Osioł Bartek z Podlasia, który znał drogę na pamięć

We wsi pod Bielskiem Podlaskim, tam gdzie asfalt kończy się za ostatnim gospodarstwem i zaczyna polna droga do lasu, stał zagrodzony sadem dom Tadeusza Wojtyły. Telewizor u sąsiadów grał zawsze to samo popołudniowe wiadomości, a w sieni pachniało suszonym koprem, bo żona Tadeusza wieszała go na sznurku nad piecem od sierpnia do października.

Osioł nazywał się Bartek. Trafił do Tadeusza jako trzylatek, kupiony od handlarza z Siemiatycz za cenę, którą Tadeusz do dziś pamiętał co do złotówki — trzysta pięćdziesiąt ówczesnych złotych, kwota, za którą wtedy można było kupić prosiaka i jeszcze zostawało na wódkę na chrzciny. Piętnaście lat Bartek wożył worki z ziarnem, ciągnął wóz z sianem, znosił z pola ziemniaki, gdy traktor stał zepsuty w szopie, bo na części brakowało pieniędzy.

— Ty to mi tu jesteś jak drugi syn — mawiał Tadeusz, klepiąc go po zadzie spracowaną dłonią. — Bez ciebie bym tego gospodarstwa nie utrzymał.

Bartek nie rozumiał słów. Rozumiał ton. I to mu wystarczało, żeby rano znowu podstawić grzbiet pod uprząż.

Lata jednak robiły swoje. Kolana zaczęły mu się uginać na podjeździe do stodoły, a oddech robił się ciężki już po dwudziestu metrach pod górkę. Pewnego wrześniowego popołudnia potknął się na podwórzu i rozsypał worek z mąką prosto pod nogi kur, które rzuciły się dziobać biały pył w kurzu.

Tadeusz patrzył na to długo. Potem powiedział, bardziej do siebie niż do zwierzęcia:

— No i co ja z tobą teraz zrobię, co. Starzejesz się, kolego. Już nie ten czas.

Miesiąc później na podwórze przyprowadzono młodego muła od kuzyna z Hajnówki. Zwierzę miało na imię Grom, było lśniące, rącze, i pierwszego dnia bez trudu wciągnęło wóz z sianem pod górkę, na której Bartek ostatnio musiał odpoczywać dwa razy.

Od tamtej pory to Grom dostawał najlepszy owies. To przy nim krążyła żona Tadeusza z wiadrem czystej wody. Bartka nikt specjalnie nie krzywdził — po prostu przestano go zauważać. Jego koryto bywało napełnione do połowy, bo "przecież już mało je, bo mało robi". Nikt nie mówił tego wprost, ale liczby w korycie mówiły same za siebie.

Stał godzinami w rogu wybiegu, przy starej gruszy, która i tak od dwóch lat nie rodziła owoców, i patrzył, jak Tadeusz z dumą oprowadza sąsiadów wokół Groma. Sąsiadów pies, kundel Rex, obwąchiwał wtedy Bartka po nogach i kładł się obok niego w błocie — jedyne stworzenie na podwórzu, które wciąż traktowało go tak samo jak zawsze.

Zima tamtego roku przyszła wcześnie i ostro. W nocy z dziewiątego na dziesiątego grudnia temperatura spadła do minus dwudziestu, a wiatr od strony Puszczy Białowieskiej gnął topole przy drodze tak, że trzeszczały jak stare kości. Około drugiej w nocy rozległ się z obory łomot i przeraźliwe rżenie.

Tadeusz wybiegł w kalesonach i kufajce narzuconej na ramiona. Drzwi obory były wyrwane z zawiasów, a po śniegu ciągnął się ślad kopyt znikający w kierunku lasu. Grom, przerażony hukiem walącej się od wiatru gałęzi, wyrwał się i zniknął w ciemności. Tadeusz z latarką przeszedł jeszcze ze sto metrów w las, wołając po imieniu, ale wiatr zabierał głos, a ślady po chwili gubiły się w zaspach. Wrócił do domu z pustymi rękami, obiecując sobie, że rano zorganizuje ludzi z sąsiedztwa do szukania. O mule nikt więcej tamtej zimy nie usłyszał — może dotarł do jakiejś obcej zagrody za Orlą, może nie.

Rano trzeba było jechać do Bielska po insulinę dla żony — kończyła się ostatnia fiolka, a bez leku Halina nie dotrwałaby do wieczora. Drogę zasypało tak, że nie było widać nawet słupów energetycznych przy poboczu. Bez zwierzęcia, które znało trasę na pamięć, nie było szans dotrzeć na czas — samochód utknąłby w zaspie przed pierwszym zakrętem.

Tadeusz stał na środku podwórza, nie wiedząc, co zrobić z rękami, kiedy zobaczył Bartka. Osioł stał pod okapem stodoły, przysypany śniegiem, nieruchomy, tylko uszy mu drgały przy każdym powiewie wiatru.

Podszedł do niego wolno, po drodze zahaczając butem o wiadro, które kopnął, nie patrząc. Nie od razu podniósł na niego wzrok — najpierw otrzepał śnieg z jego grzbietu, długo, dłużej niż było trzeba.

— Ty tę drogę znasz — powiedział wreszcie, kładąc dłoń na jego grzbiecie. — Wybacz, że tak długo cię… no, że tak wyszło. Ty zawsze wiedziałeś, gdzie iść, a ja jak głupi.

Bartek uniósł łeb i parsknął, otrząsając się z resztek śniegu. Nie cofnął się, nie odwrócił zadem, jak robił to czasem, gdy ktoś podchodził zbyt szybko.

Ruszyli o szóstej, jeszcze przed świtem. Bartek szedł wolno, stawiając kopyta ostrożnie, omijając zaspy, których nie było widać, ale które pamiętał każdym mięśniem. Śnieg zasypał ścieżki, lecz jego pamięć trzymała każdy zakręt, każde wzniesienie, każdą samotną sosnę przy rozstaju dróg do Orli. Dwa razy przystawał, boki miał wtedy wciągnięte, a z nozdrzy buchała para gęstsza niż zwykle. Tadeusz za każdym razem czekał bez słowa, otulając go szczelniej starym kocem, który wcześniej leżał złożony w szopie od miesięcy.

Dotarli do apteki w Bielsku po trzech godzinach, spóźnieni, zziębnięci, ale na czas. Farmaceutka, pakując pudełko z insuliną, spojrzała przez okno na starego osła otulonego kocem i powiedziała tylko:

— Ładny ma pan transport, panie Tadeuszu.

— Najlepszy, jaki miałem — odpowiedział Tadeusz i sam się zdziwił, że to powiedział na głos.

Wracali tą samą drogą, wolniej, bo Bartek co jakiś czas przystawał, żeby złapać oddech. Halina dostała lek jeszcze tego samego dnia po południu.

Tego samego wieczoru Tadeusz wziął zeszyt w kratkę, w którym od lat zapisywał wydatki gospodarstwa, i na osobnej kartce napisał: "Bartek — emerytura, siano co dzień, owies jak dawniej". Zamknął zeszyt, odłożył go na parapet, poszedł do obory i napełnił koryto po same brzegi.

Od tej pory osioł nie nosił już worków ani nie ciągnął wozu. Ale to on co zimę szedł pierwszy, wskazując drogę, kiedy śnieg zasypywał ślady.

Tadeusz sam zaczął przynosić mu najlepsze siano i codziennie rano czyste wiadro wody. Czasem stał przy nim dłużej niż trzeba, opierając się o żerdź, nic nie mówiąc.

— Głupi byłem — mruknął kiedyś, bardziej do wiadra niż do osła. — Ale ty zostałeś.

Bartek przymykał oczy i powoli żuł siano. Rex kładł się obok niego w słomie, tak jak wtedy, gdy nikt inny nie zwracał na niego uwagi. Tadeusz postawił czyste wiadro przy żłobie i został tam jeszcze chwilę, wsłuchany w chrzęst siana i wiatr uderzający o dach stodoły.

Oceń artykuł
TwojaCena
Osioł Bartek z Podlasia, który znał drogę na pamięć