Andrzej, który zaoferował się mnie podrzucić do rodzinnego domu, okazał się niemiłosiernie zezowaty. Wysadził mnie nie tam, gdzie trzeba, jakby kura go kiedyś poskubała.
I wtedy wszystko zaczęło mi się sypać jak domino.
Dopiero po czterdziestce udało mi się wygrzebać z tej dziury, do której wepchnął mnie jakiś niezbyt rozgarnięty bocian.
Dom zbudowałem, żonę – Halinkę – sobie znalazłem, samochód kupiłem, co prawda używany, ale jeździ. Zostało jeszcze coś posadzić i kogoś wychować.
Jedno dziecko z Halinką damy radę wychować. O drugim nawet nie myśleliśmy.
Właśnie o sadzeniu, wzrastaniu i tym paskudnym, deszczowym poranku rozważałem, parząc kawę. Rodzinne slipki bujały się na przeciągu. Slipki rodzinne kupiłem dużo wcześniej niż założyłem rodzinę. Jaka ironia losu.
W szybę balkonu zastukało coś zza okna. Dzieciaki znowu kamieniami w gołębie rzucają? Bociana wam trzeba, łobuzy.
Stukanie powtórzyło się. Potem jeszcze raz. Kto tam? Przecież to trzecie piętro.
Odsłoniłem firankę. Na balkonie dreptał ten sam zezowaty bocian z dziecięcych wyobrażeń.
Odejdź, stworze krzyknąłem z przestrachem. Kanapka zrobiła nurka prosto w dół.
Przepraszam cię, Wojtku, bocian wsadził cienką głowę przez szczelinę balkonu, wina moja, przyznaję się, wina. Skubnij! Najlepiej z prawego skrzydła, jest większe.
Spadaj próbowałem wypchnąć to długie szydło z powrotem na dwór, trzymając ją w obu dłoniach.
Wasiu, nie żartuj zachrypiał bocian posłuchaj, co mam do powiedzenia.
Jeszcze gadać zamierzasz nie odpuszczałem zaraz zawiążę ci tę szyję w supeł, łajdaku.
Ja so przefpraszeniami przyleciałem.
Trochę późno, klekoczu.
Dzwonek przy drzwiach zawył natrętnie. Halinka wróciła.
Znikaj powiedziałem bocianowi, wpychając go znów na balkon. Żebym cię tu nie zobaczył, kiedy wrócę.
Automatycznie pobiegłem do drzwi.
Przepraszam, Wojteczku bocian jeszcze dociągnął głową do okienka przepraszam. Naprawiłem już wszystko.
Halinka wpadła do mieszkania cała mokra, ale roześmiana. Włosy przyklejone do policzków, oczy błyszczące jak gwiazdy. Bociana też spotkała?
Nie dała mi wypowiedzieć nawet słowa rzuciła parasol w kąt, rzuciła się na szyję.
Czwórka! Czwórka! zapiszczała na cały pokój.
Co czwórka? popatrzyłem na nią jak na obcą.
Będziemy mieć czworaczki! nie uspokajała się Halinka. Cztery małe brzdące naraz!
W tej chwili powiązałem wszystko: słowa bociana, nasze czworaczki. Wybiegłem jak strzała na balkon. Zezowaty bocian właśnie zrywał się do lotu. Próbowałem złapać go za ogon.
Nie zdążyłem.
Stój łobuzie! wrzasnąłem za nim. Stój, długonosy!
Nappppprawiłem! rozniosło się z góry.
Odwróciłem się. Za mną stała Halinka. Płakała ze szczęścia.
Tak sobie myślę, że czasem nawet najbardziej skomplikowane życiowe splątania da się rozplątać wystarczy tylko poczekać na własnego bociana.




