KŁOSY – opowieść o polskiej wsi, tradycji i sile wspólnoty

KŁOSY

To było, zdaje się, z dobre ćwierć wieku temu, kiedy byłam młoda i jeszcze wiele spraw wydawało mi się prostych. Lekarz rodzinny, mimo moich gwałtownych protestów, skierował mnie na oddział chorób wewnętrznych.

Miałam wtedy dwadzieścia trzy lata, a mój mąż, Henryk dwadzieścia sześć. Henio pracował jako inżynier w biurze projektowym, a ja kończyłam studia na Uniwersytecie Warszawskim. Byliśmy małżeństwem od dwóch lat i dzieci nie zdążyliśmy jeszcze mieć pieluchy i śpioszki nie figurowały na liście naszych planów.

Uważałam się za porządną i przykładną żonę, bez większych wad. Za to w Henryku coraz wyraźniej dostrzegałam ciemne punkty. Nie podobało mi się, ile czasu poświęcał swojemu motocyklowi zamiast mnie. Byłam pewna, że potrafię zmienić w Heniu to, co uznałam za jego wady. Jednak bardzo się myliłam okazało się, że to ja muszę się zmienić.

Po wyjątkowo stresującej sesji moje ciało nie wytrzymało, żołądek odmówił posłuszeństwa. Ciągle było mi niedobrze, nie mogłam nic przełknąć.

Kochana powiedział mi siwy doktor Tadeusz Konarski, poprawiając druciane okulary na nosie szanuj zdrowie od młodu, a suknię od nowości. I żeby mi się nie sprzeciwiać, Katarzynko. Musisz się dobrze przebadać i podkurować. Teraz przekazuję cię w ręce moich szanownych koleżanek i kolegów.

Drżącym głosem podziękowałam za skierowanie i, pociągając nosem, poszłam załatwić formalności.

W szpitalnym pokoju byłyśmy cztery dwie kobiety około pięćdziesiątki, starsza pani w białej chustce w czerwone grochy i ja. Staruszkę zwaną Ludwika Biernacka zapamiętałam najlepiej, imion dwóch pozostałych już nie pomnę.

Nie chciałam z nikim rozmawiać czułam żal do całego świata, szczególnie zaś do męża, który w moim przekonaniu chciał się mnie pozbyć, bo nie upierał się przy leczeniu ambulatoryjnym.

Leżałam zwinięta na skrzypiącym, metalowym łóżku, odwrócona do ściany, pogrążona w swoim bólu, obwiniając wszystkich wokół.

Zabierz te swoje weki i słoiki, nie będę tego jeść warczałam na męża, który przynosił mi jedzenie w plastikowych reklamówkach.

Kasiu, doktor kazał gotować rybę na parze, to dla ciebie najlepsze tłumaczył spokojnie Henio spróbuj, proszę. Nawet ziemniaki sam robiłem, choć trochę zjedz.

Nie namawiaj mnie więcej odburkiwałam nie chcę. Daj rybę pod blok kotom, one pewnie też takiego paskudztwa nie zjedzą.

Henryk tylko ciężko wzdychał i wychodził zmartwiony, a ja dorzucałam kolejne uszczypliwości.

Nie przychodź już do mnie powtarzałam za każdym razem.

Ale mąż i tak odwiedzał mnie o świcie i wieczorem, starał się jak mógł. Codziennie rano na moim stoliku czekało świeże jedzenie. Słoiki zawinięte w koce, by nie wystygły. A ja nie potrafiłam docenić ani cierpliwości, ani miłości.

Kiedy on w ogóle miał czas to wszystko przygotować? Teraz rozumiem, ile go to kosztowało, wtedy nawet mnie to nie obchodziło.

Leki, zastrzyki, kroplówki wszystko na nic. Chudłam, policzki zapadały się, pod oczami pojawiły się wielkie cienie. Po dogłębnym badaniu usłyszałam diagnozę przewlekłe zapalenie żołądka. Dziś może się to wydawać niczym, lecz wtedy był to sprawdzian mojej wytrzymałości.

Po każdej porcji leków kładłam się na zgrzytliwe łóżko i patrzyłam w pustkę. Tylko negatyw ode mnie bił i nikt nie chciał do mnie podchodzić, a ja sama już nie umiałam inaczej.

Pewnej nocy, gdy obie współlokatorki dostały przepustki do domu, zostałyśmy z Ludwiką Biernacką same.

Nie śpisz, Katarzynko? zagadnęła cicho.

Nie, boli mnie brzuch burknęłam od niechcenia, przewracając się na bok.

Wiesz, Kasiu zaczęła leżę tu trzy razy do roku, dla profilaktyki. Mam ten sam banalny problem co ty. Ale w domu daje się żyć.

Co, lekcję zdrowego odżywiania chcesz wygłosić? Daruj sobie, wszystko wiem syknęłam zniecierpliwiona.

Źle mnie zrozumiałaś, Kasiu, nie chcę cię urazić. Przypominasz mi trochę mnie samą. Byłam równie kłująca i uparta, pięćdziesiąt kilka lat temu.

Zaciekawiła mnie. Po raz pierwszy spojrzałam na nią naprawdę. Drobniutka, przygarbiona, o oczach błękitnych, promieniujących ciepłem. Emanowała z niej dobroć.

Przypomniało mi się, jak co chwilę ktoś z pacjentów albo personelu zaglądał do naszej sali właśnie do niej. Każdy coś opowiadał, żalił się, zwierzał. Ludwika kiwała głową, nie przerywała, potem coś cicho mówiła i żal odchodził. Ludzie, nawet jeśli wychodzili zapłakani, później wracali z uśmiechem.

Przed wypisem w podziękowaniu przynoszono jej małe upominki paczkę herbatników, kefir, czasem kawałek delikatnej chałwy lub kilka czekoladek, kto co miał. Ona każdemu dziękowała i przytulała, ukradkiem ocierając łzy.

Wiesz, Katarzynko, jeśli chcesz posłuchać, opowiem ci jedną historię z mojego życia uśmiechnęła się przez łzy.

Jej twarz złagodniała, w kącikach zmarszczek zagościła na chwilę dziewczęca bezradność.

Przepraszam za nieuprzejmość, pani Ludwiko wyszeptałam. Bardzo chcę usłyszeć.

Najpierw jednak zjedz zupę z pulpecikami wskazała mi na słoik owinięty kocem.

Z wahaniem wzięłam łyżkę, chciałam się skrzywić, lecz ciekawość i głód wygrały. Pierwszy kęs nie wywołał bólu! Zjadłam niemal połowę i… smakowało mi!

No, widzisz, marudo! zaśmiała się filuternie. Dobre?

Bardzo dobre przyznałam szczerze.

Ale nie jedz na raz całej, przyzwyczajaj żołądek powoli. Wszystko się ułoży, jeśli nauczysz się szanować drugiego człowieka, szczególnie swojego Henia. On cię bardzo kocha. Nie odpychaj go. Ale dość tego, chciałaś opowiadanie.

Ludwika popiła herbatę z aluminiowego kubka i zaczęła.

Pochodzę ze wsi pod Łodzią, nas dzieci było siedmioro. Najstarszego brata, Ignacego, zabrała choroba, Martynka, najmłodsza, zmarła na tyfus, gdy miałam siedem lat. Tata pracował w fabryce, mama szyła dla pół wsi, a ja lubiłam się uczyć.

Po szkole podstawowej poszłam do seminarium nauczycielskiego, potem wróciłam do rodzinnej wsi, już z dyplomem.

Chłopcy zaczęli do mnie przychodzić a ja wszystkich z miejsca odprawiałam.

Phi narzekałam mamie i co za jeden ten Franek? Stajenny? Nie dla mnie. Marzy mi się ktoś lepszy. Albo Zbyszek, nasz sąsiad pijak. Karol, grajek, zawadiaka. Piotr-pasterz bez szkoły nawet, o czym bym z nim gadała? Nie, wolę zostać panną całe życie niż wiązać się z kimś takim!

Rodzice kręcili głową, ale nie naciskali.

Pewnego dnia do szkoły skierowali nowego dyrektora z Warszawy. Wysoki, szczupły, błękitnooki od razu skradł moje serce. Dzieci go szanowały, był łagodny, rozsądny, zawsze chętnie pomagał za darmo słabszym uczniom po lekcjach.

Szybko zostaliśmy parą i wzięliśmy ślub.

Ludwika wstała, poprawiła poduszkę pod moją głową i mówiła dalej.

Mama ostrzegała: „Miluśka, nie pokazuj mężowi rogatej duszy. Bądź dobra, nie wywyższaj się, on człowiek złoty, nie psuj tego swoim charakterem.”

Ale ja jak zawsze postawiłam na swoim wszystko musiałam zrobić po swojemu.

Razem z mężem, Władysławem, pracowaliśmy w szkole. Trzy lata po ślubie urodziła się nam córeczka, Wicia. Urodziła się słaba, z wadą serca, zmarła przed jedenastymi urodzinami, tuż przed wojną. Druga córka, Walentynka, była piękna i zdolna.

Władek często jeździł do Łodzi na narady i przywoził mi materiały na ubrania. Mama szyła mi z nich nowe stroje byłam najmodniejsza we wsi! Ale zawsze wybrzydzałam nie taki kolor, nie taki wzór, za cienka wełna, za mały kwiatek na materiale. Władek nie mógł mi dogodzić.

W roku trzydziestym trzecim, przyszła straszna bieda. Dzieliliśmy jedzenie na trzydzieści porcji, żeby starczyło do końca miesiąca. Zostało mi to do dziś pestek z dyni i arbuza nigdy nie wyrzucam.

Na dzień była dla wszystkich dwójka-trójka ziemniaków, trochę kaszy, cebula, marchew, garść pestek, łyżka smalcu, szklanka mąki żytniej. Skarb, chowałam te zapasy zawinięte w płótno. Gdybyśmy tego nie robili, podzielilibyśmy los wielu sąsiadów, którzy wszystko zjadali od razu, a potem już tylko głodowali.

Pod wsią, za łąką, było pole pszenicy. Strzeżono go całe dnie i noce. Ryzykować i zbierać kłosy było kuszącą, lecz groźną pokusą za kradzież groziło więzienie.

Ale głód był silny. Którejś nocy z Władysławem wymknęliśmy się na pole po kłosy. Dzieci spały, my przemykaliśmy ogrodami.

Zebraliśmy po garści kłosów, gdy nagle rozległ się stukot końskich kopyt stróż objeżdżał pole!

W sekundę rzuciliśmy wszystko i schowaliśmy się głęboko w krzakach bzu. Na szczęście strażnik nas nie zauważył.

Do domu wróciliśmy z pustymi rękami. I tu wpadłam w rozpacz zorientowałam się, że zgubiłam spódnicę. Tak się wychudziłam, że musiała mi spaść na polu, kiedy wytrzepywałam kłosy. Wszyscy we wsi ją znali! Omdlałam z rozpaczy, płakałam tak, że obudziłam dziewczynki.

Trzymali mnie za ręce, tuliłam je, żegnając się z nimi, wyobrażając sobie aresztowanie i dzieci jako sieroty.

Wszyscy cisza! zgromił nas Władek. Spać! Ja rano znajdę spódnicę, Miluśka.

Ja oka nie zmrużyłam, już siebie widziałam w więzieniu.

Władek rano faktycznie znalazł moją spódnicę pod kłosami i przyniósł ją do domu uratował mnie.

Ludwika odstawiła kubek, delikatnie zakryła mnie kocem i mówiła dalej:

Od tej pory spojrzałam na męża inaczej. Z szacunkiem. Przestałam podnosić na niego głos.

A potem? spytałam.

Biedowaliśmy, ale z Bożą pomocą wszyscy przetrwaliśmy, choć wojna zabrała Władkowi życie. Spłonął nasz dom, a Walentynka… Niemcy ją skrzywdzili, nie przeżyła tego. Byłam wtedy w ciąży, straciłam dziecko…

Ludwika cicho szlochała, objęłam ją delikatnie. Siedziałyśmy tak do rana.

Gdy pierwszy promień słońca wpadł przez okno, staruszka powiedziała:

W czterdziestym trzecim dostałam zawiadomienie Władysław zaginął bez wieści albo poległ. Po wojnie szukałam go wszędzie, pracowałam w różnych szkołach w całej okolicy. Gdy przeszłam na emeryturę, zabrała mnie do miasta siostrzenica, Tamara, do swojej kawalerki.

Teraz często leczę się tu w szpitalu. Nie tylko poprawia mi to zdrowie, ale Tamarka ma chwilę oddechu. Kupuję jej czekoladki z każdej emerytury, cieszy się jak dziecko. Prosi, bym na nią nie wydawała, ale widzę jej radość, bo dla niej to jak drogocenne kamienie, nie kawałek słodyczy.

Słuchałam tej kobiety z niedowierzaniem: jak to możliwe, by tak drobna, wyniszczona kobiecina niosła w sobie tyle siły, dobroci i ciepła? Tyle przeżyła, a nie zgorzkniała, przeciwnie pomaga innym. A ja, wiecznie niezadowolona, choć mam wszystko: ukochanego męża, rodzinę.

Wkrótce zdrowie zaczęło mi wracać. Jadałam już regularnie, bóle ustały. Po roku pojawił się na świecie nasz synek, Michaś, cztery lata później upragniona córka, której daliśmy na imię Ludwika.

Wiecie, wtedy spadły mi klapki z oczu. Wreszcie zobaczyłam, ile dobrego mam w Heniu! Jest troskliwy, zdolny, wyrozumiały. Musiałam zmienić wiele w sobie, a żale do niego schować głęboko.

Za każdym razem, gdy przychodzi mi narzekać na męża, przypominam sobie opowieść Ludwiki Biernackiej o kłosach. I własne wspomnienie, jak mój Henio troszczył się o mnie w chorobie. Odkąd zaczęłam pomagać innym jestem prawdziwie szczęśliwsza.

Czasem myślę, czy nie chorowałam wtedy przez własny podły charakter… Jak sądzicie?

Oceń artykuł
TwojaCena
KŁOSY – opowieść o polskiej wsi, tradycji i sile wspólnoty