Wiesz co, muszę Ci opowiedzieć historię, która ostatnio totalnie mnie rozczuliła. Wyobraź sobie mały, osiedlowy sklep spożywczy w Krakowie, taki z duszą, gdzie poznasz zapach świeżych bułek z samego rana i właściciel zawsze zagada na dzień dobry. No i pojawił się tam taki jeden kot, którego nie sposób przeoczyć. Zuchwały, ale w taki uroczy sposób, że nie da się na niego złościć.
Ten kotek, który dostał imię Balbina serio, pełną gębą polska imienniczka kompletnie wykombinował, jak zajumać coś do jedzenia. Ale robiła to tak, że właściciel, pan Henryk, nie mógł przestać się cieszyć. On wręcz czekał na tę akcję każdego dnia! Zasłaniał się za ogromną lodówką, trzymał smartfona w pogotowiu i nagrywał całe te kotowskie numery, a wieczorami pokazywał filmiki żonie, Grażynie, śmiejąc się do łez.
Balbina, spryciula, siadała zawsze pod samymi drzwiami sklepu, udając, że tylko odpoczywa sobie w cieniu, a nie, że coś tam kombinuje. Oglądała się bacznie na boki, czy nikogo nie ma w pobliżu, no a pan Henryk śledził ją zza lodówki. Po chwili Balbina ostrożnie właziła do środka, cichutko jak mysz, i kierowała się prosto do półki z kiełbaskami. Tam się nagle przyspieszała, łapała jakąś parówkę czy śląską, po czym w nogi! Ale głód nie pozwalał jej uciec za daleko i dosłownie dwa metry od sklepu przyklękała i zaczynała zajadać.
Pan Henryk wychodził wtedy z uśmiechem i pytał z daleka:
Dobre?
A Balbina tylko podnosiła głowę i miau-miau w odpowiedzi.
No i bardzo dobrze mówił wtedy. Przyjdź jutro znowu!
Pewnie się zastanawiasz, czemu te kiełbaski tak sobie leżały, i to akurat na widoku, osobno, jakby czekały na zwinnego amatora. A to wszystko dlatego, że pan Henryk miał po prostu dobre serce. Balbina pojawiła się przy sklepie wychudzona, biedna, ale za nic nie chciała podejść do ludzi czy zjeść coś z ręki. Więc nasz sklepikarz wymyślił sprytny sposób najpierw kładł parówki całkiem blisko drzwi, żeby koteczka mogła uczciwie ukraść swojego śniadanka.
Później przesuwał kiełbaski coraz dalej, aż wreszcie zrobił całą stołówkę na najniższej półce tuż przy ziemi autentycznie punkt karmienia. Balbina dawno już mogła po prostu wleźć do środka i wybrać to, co jej się podobało, ale, jak to mawiają, kradzione smakuje najlepiej!
Z czasem pan Henryk pod sklepem wystawił też miskę z wodą, ogromną michę z najlepszą karmą i plastikowe pudełko z piaskiem. Obok nawet ustawił małą budkę dla psa z ciepłym kocem. Balbina wciąż była nieufna, nie dawała się pogłaskać, ale… strasznie lubiła pogadać. Jak Henryk wynosił jej skradzioną parówkę, wdawała się z nim w rozmowę na środku chodnika.
Jedno tylko zastanawiało sklepikarza Balbina zrobiła się najedzona i bardziej okrągła, a i tak ciągle regularnie kradła kiełbaski i znikała za rogiem. Długo Henryk próbował ją podejść, żeby zobaczyć, co robi z tymi kiełbaskami, ale zawsze była szybsza. W końcu kupił sobie niewielką kamerkę z dobrym zasięgiem i podpiął w sklepie do komputera. Kiedyś wreszcie odkrył tajemnicę.
Wyszło na to, że tuż obok, zza małego okienka piwnicznego, wyłaził rudy kociak. Czekał już, aż Balbina przyniesie mu coś do jedzenia. Jak tylko zamachała ogonem, rudy w tempie błyskawicy rzucał się na parówkę.
Żona Henryka tamtego wieczoru, gdy zobaczyła nagranie, popłakała się ze wzruszenia i zaczęła mu robić wyrzuty:
Henryk, jutro masz je oboje zabrać do domu, słyszysz!?
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić Balbina już nie bała się ludzi, spała nawet w sklepie, ale rudy był strachliwy jak szprotka. Gdy tylko ktoś się zbliżył, zwiewał jak błyskawica.
Czas płynął. Codziennie Henryk oglądał przez kamerkę, jak rudy popija wodę z miski Balbiny albo wygrzewa się w psiej budzie. Ale na próbę kontaktu od razu czmychał.
Wszystko zmieniło się pewnego dnia, gdy w sklepie nie było nikogo, a z progu rozległ się dziwny pisk. Henryk zerknął zza lady a tam rudy maluch wrzeszczy wniebogłosy. Podbiegł do niego, spojrzał prosto w oczy i pobiegł w stronę uliczki. Henryk ruszył za nim i za rogiem znalazł Balbinę jęczącą z bólu. Okazało się, że pogryzł ją pies prawa łapka była poważnie rozszarpana.
Rudy kociak tulił się do Balbiny i rozpaczliwie miauczał. Henryk bez zastanowienia zdjął kurtkę, delikatnie zawinął Balbinę, kociaka wepchnął do kieszeni. Sklep zamknął, wsadził ich do auta i popędził do weterynarza.
Pięć godzin spędzili w lecznicy pod Krakowem. Lekarz zszywał łapę Balbiny, a w poczekalni rudy którego Henryk nazwał Iskierka bawił się sznurkiem i zaprzyjaźniał z właścicielem sklepu.
Wieczorem Henryk zamknął sklep i przywiózł do domu jeszcze nieprzytomną po narkozie Balbinę i energicznego Iskierka. Grażyna była w siódmym niebie i jak to kobieta najpierw obdzwoniła siostrę, potem koleżanki, żeby opowiedzieć całą opowieść i uronić parę łez.
Jak skończyła dzwonić, Henryk, Balbina i Iskierka już dawno chrapali na łóżku w najlepsze.
No pięknie śmiała się Grażyna a dla mnie gdzie miejsce?
Ale Iskierka ochoczo się przesunął, przytulił się do niej i zaczął ugniatać łapkami.
Tak oto znaleźli swój dom.
Dziś dwa wielkie, dumnie wyglądające koty, Balbina i Iskierka, nawet nie przypominają tamtych kotów spod sklepu. Czasem Balbina liże Iskierka po uszach ot, z przyzwyczajenia. Po drugiej stronie ulicy, przy sklepie obuwniczym, pojawiła się szara kicia, a sprzedawczyni co chwilę wpada do Henryka po co lepszą puszkę.
Kto wie, może ją też kiedyś ktoś przygarnie?
Może przyjdzie taki czas, że kotki będą wielką rzadkością i żeby mieć kota w domu, trzeba będzie stać w kolejce i zaliczyć szkolenie?
Co myślisz możliwe jest takie kotowe eldorado?



