Od razu zaznaczam, że nie potępiam swojej synowej. To jej życie, jej rodzina i ona sama powinna o nim decydować, ale nie mogę patrzeć, jak tracą szansę na dobrobyt w przyszłości.
Jeszcze przed narodzinami maluszka synowa pracowała jako redaktor jednego z modowych magazynów i dobrze zarabiała. Dzięki wspólnym wysiłkom z mężem kupili trzy pokojowe mieszkanie w jednym z najlepszych dzielnic miasta, kupili też drugi samochód. Synowa pracowała do ostatniego dnia ciąży i nie chciała nawet iść na urlop macierzyński – z góry szukała niani. Ja i mój syn mocno namawialiśmy ją, że przynajmniej przez pierwszy rok życia obok dziecka powinni być bliscy ludzie.
Jakoś się zgodziła i po narodzinach dziecka nawet zapomniała o absurdalnych zamiarach. Ale kto by pomyślał, że pragnienie powrotu do pracy całkowicie zniknie. Za miesiąc urlop macierzyński synowej kończy się i pora wracać do pracy. Ostatnio postanowiłam porozmawiać z nią, zaoferować swoją pomoc, kiedy nie będzie z kim zostawić dziecka.
Synowa odpowiedziała, że nie zamierza już wracać do pracy. Ma na względzie jakości pracy. Mówi, jeśli wróci do pracy, będzie pracować na pół gwizdka, bo najważniejsze będzie dla niej dobro dziecka, a w jej pracy potrzebne jest pełne zaangażowanie. Jeśli dziecko zachoruje, a maluchy często chorują, to będzie musiała brać zwolnienia, więc i tak nie będzie jej w pracy. Natomiast jeśli poświęci się pracy, ucierpi na tym dziecko.
W tym trudnym dylemacie wybrała oczywiście maluszka. Nawet nie wiem, co jej doradzić. Kiedyś pracowałam i wychowywałam dwójkę dzieci i jakoś dawałam radę. Co się zmieniło? Jej praca kończy się o 16, a przedszkole działa do 18. Chętnie bym im pomogła, ale synowa nie chce tak żyć. Dodatkowe pieniądze teraz by im się przydały, bo zanim się obejrzą, dzieci pójdą na uniwersytet i będą żyć osobno. Trzeba przecież myśleć o ich przyszłości!



