Gdy mój 24-letni syn zdecydował się na zakup samochodu na kredyt, obiecałam mu pomoc, gdyby znalazł się w kłopotach finansowych. Tak płaciłam za niego przez rok, a syn podwiózł mnie tym samochodem może dwa razy. I to po moich wielu prośbach. Gdy rozmawialiśmy o samochodzie, powiedziałam, że pomogę w płaceniu, jeżeli będzie mnie woził do mojej rodziny. Obiecał, że nie tylko do rodziny, ale także na działkę i na targ w soboty. Dał mi obietnicę jak polityk, dlatego powiedziałam, że pomogę.
Za pierwszym razem, gdy go poprosiłam, przyjechał i odwiózł mnie. Ale musiałam prosić go o to przez trzy dni. Inny raz odwiózł mnie do rodziny, ale nie z powodu mojej prośby, tylko po to, żeby się przed nimi pochwalić samochodem. Potem stracił już zainteresowanie jeżdżeniem tam czy podwożeniem mnie. Pewnego dnia poprosiłam go, żeby zawiózł mnie do przychodni. Odmówił, twierdząc, że boi się prowadzić w takim upale. Co to za wymówka? Zresztą, następnego dnia zobaczyłam jego samochód. Syn przejechał obok mnie, gdy stałam na przystanku, a obok siedziała jakaś dziewczyna. Na działkę też mnie nie odwoził. Miał swoje sprawy, nie miał czasu. Wtedy skończyła się moja cierpliwość. Dlaczego ja mam płacić za kredyt, jeśli jeździ tym samochodem każdy, oprócz mnie.
Jazda z różnymi dziewczynami i przyjaciółmi nie jest dla niego problemem, ale kiedy ja proszę o coś, nie ma nigdy czasu. Już dwa miesiące nie płacę za samochód. Co mi zależy, niech płaci sam. W pierwszym miesiącu dzwonili do niego z powodu opóźnienia. Powiedziałam, że mam problemy, musi sobie poradzić sam. W drugim miesiącu zaczął na mnie naciskać, jakbym mu coś była winna. Kłóciliśmy się. Przypomniał mi, że obiecałam mu pomoc, a ja powiedziałam, że on też wiele obiecywał, ale niczego nie realizuje. Teraz nie wiem, czy spłaca kredyt, czy sprzedał samochód. Nie jestem zainteresowana. Zrozumiałam, że na taksówce wyjdę taniej, niż na tym jego samochodzie.



