Na pierwszym roku studiów uczęszczałem na wieczorne zajęcia języka angielskiego. Zwykle kończyły się one dość późno bo około dziesiątej wieczorem. Na ulicach panowała już ciemność. Pewnego dnia tuż za bramą szkoły siedział wielki doberman. Zwierzę nie miało obroży, ale pies wyglądał na bardzo zadbanego. Wyglądał jakby na mnie czekał. Od razu oparł głowę o moją nogę: „Przyjacielu, zgubiłeś się czy co?” Masz swój dom? Wyjąłem z plecaka kanapkę z kiełbasą, ale pies jej nie tknął. Spokojnym krokiem ruszyłem w moim kierunku. Pies pobiegł za mną. Pomyślałem, że może wraca do swoich i mamy po drodze. Rozmawiałem z nim, a on patrzył na mnie swoimi dużymi, inteligentnymi oczami. Miałem wrażenie, że rozumie każde moje słowo.
Nagle, na skrzyżowaniu jakiś samochód zablokował nam drogę. Zza szyb dochodziła bardzo głośna muzyka. Słychać było gwizdy i pijackie okrzyki. W środku siedziało trzech postawnych facetów, jeden z nich otworzył drzwi i rzucił się na mnie. Od razu przemknęło mi przez myśl, że niedawno ktoś z naszego sąsiedztwa został dotkliwie pobity. Poczułem jak mi włosy stają dęba, zamarłem w miejscu. Nidy w życiu się tak nie bałem. Zdawałem sobie sprawę, że nie mam szans się obronić. W momencie, kiedy ten typ spod ciemnej gwiazdy złapał mnie za rękę, pies rzucił się na niego. Jego ujadanie najwyraźniej bardzo przestraszyło pozostałych chłopaków, bo po chwili uznali, że najlepiej będzie jak najszybciej się stamtąd odjechać. Zszokowany i na granicy płaczu, zacząłem tulić i całować mojego obrońcę. Wierna psina odprowadziła mnie pod same drzwi mojego domu. Postanowiłem, że przyniosę mu coś smacznego w podzięce, ale kiedy zszedłem na dół, mojego wybawcy już nie było. Babcia mówi, że to był anioł w ciele psa.


