Mam dwoje dzieci: syna i córkę. Ich ojciec zginął w młodości w wypadku motocyklowym, więc wychowałam dzieci samotnie. Włożyłam w ich wychowanie całe moje siły, wierząc, że dzięki temu staną się dobrymi ludźmi. Moja córka, Anna, skończyła uniwersytet i znalazła dobrą pracę, obecnie jest zatrudniona w jednym z najbardziej prestiżowych przedsiębiorstw w naszym mieście. Mój syn, Tomasz, odbył służbę wojskową, po której zaczął pracować jako pomocnik w warsztacie samochodowym. Nigdy nie był entuzjastą nauki, ale od dzieciństwa wpajałam mu poczucie odpowiedzialności i zasady, że mężczyzna powinien zawsze pracować.
Moje dzieci już się ustatkowały, mają swoje rodziny. Stałam się szczęśliwą babcią, doczekałam się wnucząt. W weekendy Anna przywoziła mi swoje dzieci. Zabawiałam się z nimi, czytałam bajki, uczyłam tego, czego kiedyś nauczyłam moje dzieci, opowiadałam im historie z życia. Moje wnuki są bardzo energiczne, uwielbiają biegać i bawić się w chowanego.
Pomimo swojego podeszłego wieku, zawsze brałam udział we wszystkich ruchowych zabawach z dziećmi. Aż pewnego dnia doszło do nieszczęśliwego wypadku. Nagle poczułam się źle, zaczęło mi się robić ciemno przed oczami, nogi przestały mnie utrzymywać i poczułam, że zaczynam upadać. Na szczęście, moja sąsiadka, samotna kobieta, była w pobliżu i natychmiast wezwała karetkę. Przewieziono mnie do szpitala.
W ciągu dwóch tygodni Anna odwiedziła mnie tylko raz, a Tomasz, będąc zapracowanym, zadowalał się rozmowami telefonicznymi. Moja sąsiadka natomiast bardzo się o mnie martwiła i odwiedzała mnie co drugi dzień. Po dwóch tygodniach wypisano mnie ze szpitala, ale lekarze powiedzieli, że nie mogę nadmiernie się wysilać. Moje zdrowie z każdym dniem stawało się coraz słabsze.
Dosłownie następnego dnia po wypisaniu Anna przyprowadziła swoje dzieci, a sama musiała jechać pozałatwiać swoje sprawy. Dzieci, nie rozumiejąc, że babcia nie może już biegać i skakać z nimi, sprawiły, że wieczorem czułam się wykończona. Następnego dnia musiałam znowu wezwać karetkę. Tym razem okazało się, że jest dużo poważniej. Straciłam czucie w nogach. Teraz potrzebowałam stałej opieki.
W tym czasie Anna i Tomasz zaczęli kłócić się na temat tego, kto powinien się mną zająć. Tomasz twierdził, że on i jego żona spodziewają się dziecka i nie mają miejsca. Anna zaś odpowiadała, że ma dwójkę dzieci i też nie ma miejsca. Zasmucona tą sytuacją, odesłałam ich oboje.
Okazało się, że jedyną osobą, która pozostała przy mnie, była moja sąsiadka. Ta samotna kobieta zdecydowała, że będzie się mną opiekować. Oddaję jej całą moją emeryturę, ona płaci nią za rachunki, kupuje jedzenie i leki. A co zostaje, oddaję jej – pieniądze nie są mi już potrzebne, a jej pomoc jest bezcenna.



