Podczas podróży poślubnej Andrzej powiedział mi, że zaczyna oszczędzać na mieszkanie. Otworzył konto oszczędnościowe na swoje dane i zaproponował mi również wpłacanie pieniędzy na nasze rodzinne gniazdko. To trochę mnie zaniepokoiło. W końcu Andrzej dobrze zarabiał, mógł nas utrzymać i oszczędzać. Po zastanowieniu się, zdecydowałam jednak, że nie ma nic złego w tym, żeby wspierać ukochanego mężczyznę w jego zamiarach. Zaczęłam odkładać swoje oszczędności na jego konto oszczędnościowe – dawałam mu po prostu pieniądze do ręki i miał do siebie wpłacać. Pragnienie jak najszybszego zebrania pieniędzy na mieszkanie zmusiło Andrzeja do oszczędzania na wszystkim. Podchodziłam do tego z humorem i miałam nadzieję, że zakup zakończy tę sytuację. Pierwszym sygnałem skąpstwa było jego zachowanie podczas wakacji.
Dla mnie było oczywiste, że ludzie na wakacjach jeżdżą na różne wycieczki, na koncerty i wystawy, kupują różne pamiątki.
Wyobraźcie sobie, że on nawet nie chciał słuchać. Jedyna rozrywka, na którą pozwalał, to spacer po mieście. Dobrze, że to był kurort nad morzem, inaczej byłoby nudno. Andrzej był oczywiście zachwycony naszą podróżą, bo udało się oszczędzić połowę pieniędzy, które zabraliśmy ze sobą.
Później, pragnienie oszczędzania przerodziło się u Andrzeja w manię. Doszło do tego, że zaczął wyliczać moje własne pieniądze. Byłam zszokowana, ale starałam się przekonać siebie, że to jest tylko chwilowe, że mój mąż jest dobry. I rzeczywiście, Andrzej nie pił, traktował mnie z pełnym szacunkiem. Nie pozwalał mi wydawać, ale co z tego? On też na siebie nie wydawał i pieniądze w każdym razie zostawały w rodzinie. Ale z każdym dniem coraz trudniej było znosić jego skąpstwo.
Pewnego dnia Andrzej zażądał, żebym oddawała wszystkie moje zarobione pieniądze, a on sam będzie rozdzielał na moje wydatki i potrzeby dla domu. Twierdził, że jako mężczyzna jest bardziej zorganizowany i lepiej rozporządzi nimi.
I wtedy mnie oświeciło – mój mąż wcale nie zamierza kupować mieszkania, po prostu cieszy się procesem oszczędzania. Chce, żeby pieniądze były. Zapytałam go wprost. Andrzej miał napad histerii. Jak wiele powiedzieliśmy sobie wtedy… I odeszłam. Pierwsze, co zrobiłam, to poszłam do kawiarni i zamówiłam sobie kawę z lodami. Boże, jaka to była radość, po prostu siedzieć w kawiarni i nie martwić się o to, że będę musiała za to się rozliczyć z mężem. Siedząc w kawiarni, zrozumiałam, że nigdy nie wrócę do Andrzeja. Teraz trwa nasz proces rozwodowy i walczę o każdą złotówkę, którą wtedy mu oddałam. Bo jak się domyślacie, on nie ma zamiaru oddać mi moich własnych pieniędzy w zgodzie.


