Nietoperz i pies mordoklejka

Powiem wam od razu, bo inaczej nie zrozumiecie: to nie był mój pomysł, żeby zabrać psa od kolegi. To on mi go wcisnął. Ale po kolei.

Nazywam się Marek Dobrowolski, mam czterdzieści dwa lata i przez większość życia byłem tym gościem, którego nie zauważano. Wzrost sto sześćdziesiąt osiem centymetrów, waga sześćdziesiąt jeden kilogramów przy stresie i pięćdziesiąt osiem, gdy było gorzej. W podstawówce w Radomiu wołali na mnie „patyk", w liceum „chudzielec", a raz nawet jeden gość z równoległej klasy nazwał mnie „nietoperzem" — bo podobno miałem takie odstające uszy i garbiłem się jak on. Przezwisko przykleiło się na dwa lata.

Rodzice mieli sklep spożywczy przy ulicy Grzybowskiej, ojciec zmarł, jak miałem dwadzieścia sześć lat, matka dziesięć lat później. Zostałem sam, bez rodzeństwa, z jednym kolegą ze szkoły — Tomkiem, który mieszkał piętro niżej i którego znałem od trzeciej klasy. Pracowałem jako magazynier w hurtowni budowlanej na obrzeżach miasta, dwanaście lat w tej samej firmie, i tam, w biurze, siedziały same kobiety — księgowa, kadrowa, dwie handlowczynie. Traktowały mnie jak maskotkę. Przynosiły mi szarlotkę, pytały, czy jadłem obiad, jedna nawet cerowała mi rękaw od kurtki, bo zauważyła dziurę. Nikt z nich nie patrzył na mnie jak na mężczyznę. Patrzyli jak na coś, co trzeba nakarmić i przypilnować.

Nie miałem żalu. Po prostu tak było.

Aż pewnego wieczoru, w Biedronce przy Żeromskiego, zobaczyłem ją.

Nazywała się Kasia Wiśniewska, pracowała na kasie numer trzy, i była — no, była kobietą, której się nie da nie zauważyć. Metr siedemdziesiąt osiem, głos, który słychać było przy wejściu do sklepu, i taka pewność siebie, jakiej ja nie miałem nigdy w życiu. Stałem w kolejce z kartonem mleka i paczką kajzerek, serce mi łomotało jak młot pneumatyczny, i wtedy z tyłu wepchnęło się dwóch typów po dwudziestce, każdy z butelką żubrówki.

— Stajesz za nami, ziomek, śpieszy się nam — rzucił jeden.

Innego dnia bym ustąpił. Ale Kasia patrzyła.

— Kolejka jest kolejka, panowie — pisnąłem, i sam się przestraszyłem własnego głosu.

Drugi popchnął mnie w klatkę piersiową, niby żartem, ale niezupełnie.

— Trzymaj dystans, stary.

I wtedy Kasia wstała zza kasy.

— Dokumenty poproszę. Bo nie wiem, czy w ogóle mam prawo wam to sprzedać.

Chłopaki się zacięli, próbowali coś gadać o urodzinach kolegi, ale ochroniarz Zenek, który do tej pory ziewał przy wejściu, już podszedł bliżej, i w końcu się wynieśli, klnąc pod nosem. Kasia spojrzała na mnie i powiedziała tylko:

— Chodź, przebiję ci to. Jedz porządnie, bo cię wiatr zdmuchnie.

Byłem gotów zapaść się pod podłogę ze wstydu. A tymczasem to był początek wszystkiego.

Od tamtego dnia Kasia zaczęła mi nosić obiady w słoiczkach, śmiała się z moich żartów, które wcześniej nikogo nie śmieszyły. Kobiety z mojej pracy nagle się wycofały — usłyszałem kiedyś, jak jedna mówi do drugiej w kuchni: „Marek to teraz trofeum Kaśki, niech se go bierze, może wykarmi wreszcie chłopaka". Nie obraziłem się. Pomyślałem: skoro mnie chce, to znaczy, że jestem jej potrzebny. A z potrzeby do miłości jeden krok.

Zaprosiłem ją na kawę do cukierni na rynku. Zgodziła się. Potem był ślub, cichy, w USC, dwadzieścia osób gości, wesele w restauracji „Pod Kasztanami" za dwanaście tysięcy złotych, które uzbierałem przez lata odkładania po sto złotych miesięcznie z pensji.

I wtedy zaczęło się prawdziwe życie.

Kasia od pierwszego dnia małżeństwa uznała, że to ona rządzi. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby rządzenie oznaczało po prostu decydowanie, co ugotujemy na niedzielę. Ale ona traktowała to jako prawo do karania. Za krzywo powieszony obraz w salonie — awantura na pół godziny. Za nieumyty talerz — wyzwiska. Ja milczałem, bo wierzyłem, że kiedyś się dotrzemy, że to się ułoży, że pod tą surowością jest jakaś czułość, którą kiedyś zobaczę.

Zobaczyłem inną rzecz. Trzy lata po ślubie, w naszym mieszkaniu na Ochocie, stłukłem filiżankę po jej babci — starą, z porcelany, jedyną taką. Kasia spojrzała na skorupy, potem na mnie, i powiedziała: „Ty nieudaczniku, ty nietoperzu jeden, nawet naczynia umyć nie potrafisz normalnie" — i wtedy dostałem w twarz. Otwartą dłonią, mocno, aż zadzwoniło mi w uchu.

Coś we mnie się wyłączyło. Stałem tam ze skorupami pod nogami i myślałem tylko jedno: wystarczy bicia, miałem tego dosyć w dzieciństwie.

Rozwód wzięliśmy siedem miesięcy później. Kosztował mnie trzy i pół tysiąca złotych na adwokata i resztki wiary w to, że kiedykolwiek jeszcze się w kimś zakocham. Obiecałem sobie: koniec, nigdy więcej.

Tymczasem zupełnie inna historia działa się w tym samym czasie kawałek dalej, na osiedlu Marysin, gdzie mieszkał Tomek z żoną Agnieszką i synkiem Kubą.

Tomek kupił psa — sunię rasy nieokreślonej, ale rozmiarów imponujących, czarną, długą, ważącą prawie trzynaście kilogramów, którą sprzedawca nazwał „jamnik olbrzym, w sumie ktoś tam skrzyżował z bassetem, kto to wie". Suka nazywała się Rózia, choć wszyscy w rodzinie wołali na nią „mordoklejka", bo miała zwyczaj obszczekiwania listonosza, sąsiadów, a czasem nawet własnego cienia — za to nigdy nie reagowała na prawdziwe zagrożenie.

Wcześniej Rózia przeszła przez trzy domy. Pierwszy właściciel uznał, że „to nie jest porządny jamnik, to jakiś przerośnięty bękart", i oddał ją koledze. Kolega chciał, żeby pilnowała działki pod Grójcem, ale Rózia szczekała wtedy, kiedy jej się podobało, a nie wtedy, kiedy ktoś właził przez płot. Wylądowała u starszej, sympatycznej, ale niezbyt sprawnej pani z Ursynowa, która trzymała ją na smyczy podczas spacerów w parku, dopóki Rózia nie zerwała się za kotem, szarpnęła zbyt mocno, i kobieta wylądowała na chodniku. Nic poważnego, siniak na biodrze, ale wystarczyło. „Nie dam rady, boję się o swoje zdrowie, oddajcie ją gdzieś, bo wypuszczę na ulicę" — usłyszał ktoś przez telefon.

I tak Rózia trafiła do Tomka, Agnieszki i czteroletniego Kuby.

Tomek od razu postawił sprawę jasno: „Rózia, Kubusia mi nie waż się tknąć, bo dostaniesz". Rózia nie miała zamiaru nikogo tykać. Za to Kuba miał wobec niej plany — chciał na niej jeździć jak na koniku, próbował wsiąść jej na grzbiet, a ona wyrywała się i warczała, bo koniem nie była i być nie chciała. Kuba płakał, Agnieszka krzyczała, Tomek sięgał po pasek, Rózia chowała się pod łóżkiem. A potem Tomek groził, że odda ją do schroniska.

Właśnie w takim momencie, pewnego wtorku w kwietniu, wpadłem do niego z wizytą — pierwszy raz od miesięcy.

— O, Marek, ile lat, ile zim — otworzył drzwi Tomek, w dresie, z piwem w ręku. — No i co, w końcu się rozwiodłeś?

— Tak, cztery miesiące temu.

— Gratuluję, dawno pora było. A ja mam odwrotny problem, chcę się „rozwieść" z psem.

Wtedy z sypialni wyszła spod łóżka Rózia i popatrzyła na mnie tym swoim spojrzeniem — jakby oceniała, czy jestem coś wart. Skojarzyłem od razu: chudy, mały, taki sam odrzut jak ona.

— No i co ty na to? — Tomek wypił łyk piwa. — Niewychowana, warczy na Kubę, a jak się na nią nakrzyczy, to się chowa. Może byś ją wziął? Sam teraz jesteś, wolny, masz czas.

— Wychowywałeś ją w ogóle? — spytałem. — Bo krzyczeć i karać to nie to samo co wychowywać. Mnie też próbowali tak „wychowywać" w dzieciństwie i nic z tego nie wyszło, tylko strach zostawał.

Tomek machnął ręką, powiedział, że nie ma czasu, że praca go zjada, że Agnieszka też ma dość.

— Weź ją, Marek. Serio. Jej dobrze, tobie dobrze, mnie dobrze.

Spojrzałem na Rózię jeszcze raz. Ona machnęła ogonem — dwa razy, powoli, jakby coś rozważała.

— Zabiorę — powiedziałem. — Ale nie wiem, czy pójdzie za mną tak po prostu.

Poszła. Bez wahania, jakby czekała właśnie na to.

Zabrałem ją tego samego wieczoru taksówką za dwadzieścia osiem złotych do mojego mieszkania przy Grzybowskiej — tego samego, w którym dorastałem, w którym mieszkałem z matką, a potem z Kasią, a teraz mieszkałem sam.

I okazało się, że z Rózią jest o wiele łatwiej niż z byłą żoną. Nie awanturowała się o byle co, nie podnosiła na mnie łapy, uczyła się szybko — a jeśli czegoś nie łapała za pierwszym razem, to za drugim już rozumiała. Zapisałem nas obu na zajęcia do szkoły kynologicznej na Woli, płaciłem sto osiemdziesiąt złotych miesięcznie za grupę, ale nie żałowałem ani złotówki.

Minęło osiem miesięcy. W zeszłą niedzielę, na wybiegu dla psów przy parku Szczęśliwickim, poznałem Anię — właścicielkę owczarka, kobietę, która roześmiała się z żartu, jaki rzuciłem o mokrej trawie i moich zniszczonych butach, i nie odeszła po tym śmiechu, tylko usiadła obok na ławce.

Rózia leżała przy moich nogach, obserwując wszystko czujnym okiem, i chyba — tak mi się przynajmniej wydawało — była zadowolona z tego, jak potoczyło się nasze wspólne życie.

Oceń artykuł
TwojaCena
Nietoperz i pies mordoklejka