Nie jestem złym facetem. To musi paść na początku, bo wiem, jak to wygląda z zewnątrz, a od trzech tygodni słyszę to samo od teściowej, od kumpli Natalii, w końcu od niej samej. Więc powiem to raz, po swojemu, i niech ktoś w końcu posłucha, jak to wyglądało z mojej strony okna.
Mam trzydzieści jeden lat, mieszkam w Bydgoszczy, a do niedawna mieszkałem z Natalią w kawalerce przy Gdańskiej, nad sklepem monopolowym, gdzie w piątki do drugiej w nocy słychać było, jak ktoś tłucze butelki w kontener na tyłach. Przyzwyczaiłem się do tego dźwięku tak, że teraz w ciszy nie mogę zasnąć.
Pracowałem w hurtowni części samochodowych osiem lat. Kierownik zmiany, niejaki Robert, miał zwyczaj zostawiać mi na biurku listę „do zrobienia po godzinach" bez pytania, czy mam plany, i bez płacenia nadgodzin, bo „jesteśmy przecież zespołem". Kiedy w marcu powiedziałem, że nie zostanę szósty raz z rzędu, bo mam umówioną wizytę u lekarza, kazał mi wybierać między nadgodzinami a premią kwartalną. Wybrałem trzeci wariant: wypowiedzenie.
Nie planowałem siedzieć bez pracy. Planowałem kupić motor i wozić paczki dla firmy kurierskiej, bo sąsiad z dołu, Grzesiek, robił to samo i mówił, że w sezonie da się wyciągnąć trzy i pół tysiąca złotych miesięcznie, jak się chce. Natalia się zgodziła. Sama zaproponowała, że pożyczy mi pieniądze na motor, bo miała odłożone na koncie oszczędnościowym, a ja miałem spłacać ją z pierwszych zarobków.
To, czego nikt w tej historii nie mówi: motor kosztował dziesięć tysięcy sto złotych, kupiłem go używanego od ogłoszenia na Gdańskiej Grupie Motocyklowej, przejechał już czterdzieści dwa tysiące kilometrów, a po dwóch tygodniach zaczął się grzać na trasie krótszej niż osiem kilometrów. Mechanik z warsztatu przy Fordońskiej powiedział, że to sprzęgło i że naprawa zajmie kilkanaście dni, bo czeka na część z Warszawy. Nie miałem motoru przez połowę kwietnia. To wtedy zacząłem się rozliczać z aplikacją kurierską na telefonie, patrząc, jak inni kierowcy biorą zlecenia, których ja fizycznie nie mogłem wziąć.
Natalii tego nie powiedziałem od razu, bo wstydziłem się, że kupiłem gruchota. To był mój pierwszy błąd, nie ostatni.
Kiedy motor wrócił z warsztatu, zaczęły się zamówienia, ale w Bydgoszczy w kwietniu i maju restauracje mają mniej ruchu niż latem, a system aplikacji faworyzuje kurierów z wyższym ratingiem, których ja jeszcze nie miałem. Pracowałem, ale nieregularnie, czasem cztery godziny dziennie, czasem żadnej. Nie kłamałem, kiedy powiedziałem jej matce, że nie ma sensu jeździć bez zleceń — paliwo kosztuje, a za pusty przejazd nikt nie płaci.
To, co Natalia przemilczała swojej matce, a co ja teraz muszę dopowiedzieć: to ja pierwszy zaproponowałem, żebyśmy usiedli i rozpisali budżet. Zrobiłem tabelkę w telefonie. Wyszło, że razem, nawet z moimi słabymi tygodniami, powinno starczyć, gdyby nie to, że Natalia od lutego spłacała jeszcze kartę kredytową po swojej byłej współlokatorce, która wyjechała do Niemcy i zostawiła jej dług sto osiemdziesiąt złotych miesięcznie do spłaty przez rok. O tym mi nie powiedziała. Dowiedziałem się dopiero, gdy zobaczyłem SMS z banku na jej telefonie, leżącym na kuchennym blacie obok czajnika.
Więc kiedy jej matka pyta, gdzie poszły oszczędności — nie wszystko poszło na piwo w sobotę, choć nie zaprzeczę, że parę razy wyszliśmy z chłopakami spod klatki na Wyżyny, gdzie Damian ma grilla na balkonie, i Natalia dała mi na to pięćdziesiąt złotych, bo powiedziała, że nie mogę siedzieć zamknięty jak więzień. To prawda. Ale to nie te pieniądze zatopiły budżet.
Wtorek, kiedy jej matka przyszła bez zapowiedzi, pamiętam dokładnie, bo tego dnia rano dostałem telefon, że zlecenie, na które czekałem — stały kontrakt z piekarnią przy Podwalu, trzy dostawy dziennie na okrągło — odwołali, bo właściciel znalazł kogoś z własnym autem dostawczym. Leżałem na kanapie, bo się rozsypałem. Nie grałem w telefon z próżniactwa. Sprawdzałem oferty pracy na Pracuj.pl i pisałem do dwóch warsztatów, czy szukają mechanika. Teściowa zobaczyła krótkie spodenki i telefon w ręku i uznała, że to obraz całego mojego życia.
Powiedziałem jej wtedy, że nie ma sensu jeździć bez zleceń. To było prawdą tego konkretnego dnia. Nie powiedziałem, że tydzień wcześniej jeździłem po dwanaście godzin i zarobiłem osiemset dwadzieścia złotych, bo nikt mnie o to nie zapytał.
Kiedy powiedziała „sprzedajcie motor", coś we mnie się zacisnęło, bo to jedyna rzecz, którą kupiłem sama, za pieniądze, które miałem spłacać, i sprzedanie go w tamtym momencie, po stu dwudziestu dniach, oznaczało sprzedanie za jakieś sześć, siedem tysięcy, bo rynek używanych motorów latem jest zalany ofertami. Strata prawie czterech tysięcy złotych na aucie kupionym trzy miesiące wcześniej. Powiedziałem, że to jedyne narzędzie pracy, jakie mam, i to była prawda, tylko że w tamtym pokoju zabrzmiało jak wymówka.
Nie skłamałem, mówiąc, że matka Natalii wykorzystuje ich kłopoty finansowe, żeby nas rozdzielić — bo warunek „przyjdź sama" nie dotyczył mieszkania czy pieniędzy, dotyczył mnie jako osoby, którą Natalia miała zostawić. Ale przyznaję: powiedziałem to ze złości, nie z rozsądku. Zabrakło mi wtedy słów, żeby powiedzieć co innego.
Dwa dni później, kiedy Natalia zadzwoniła do matki z pomysłem o kredycie, ja już wiedziałem o karcie kredytowej, o długu za współlokatorkę, o tym, że jesteśmy głębiej niż myślałem. Powiedziałem jej: nie proś matki, poproszę Grześka, żeby wziął mnie na stałe zmiany u siebie w firmie kurierskiej, ma znajomości. Nie posłuchała. Bała się, że stracimy mieszkanie w pięć dni i nie chciała ryzykować.
Matka odmówiła kredytu. Natalia płakała przez telefon w łazience, słyszałem przez drzwi.
W piątek rano zadzwonił do mnie Grzesiek — powiedział, że jeden z jego kierowców odchodzi, jest miejsce na stałe zlecenia dla dużej sieci pizzerii na Fordonie, płatne od kursu plus dodatek za godziny szczytu. Umówiłem się na rozmowę tego samego dnia. Wieczorem wróciłem z umową podpisaną na start od poniedziałku.
W sobotę spakowaliśmy trzy kartony — wszystko, co Natalia miała w kawalerce ponad to, co moje — i zawiozłem ją motorem, kurs za kursem, do jej matki na Osiedle Leśne. Nie zostałem na herbatę. Teściowa otworzła drzwi, spojrzała na kartony, potem na mnie, nic nie powiedziała.
Mieszkanie przy Gdańskiej oddałem właścicielowi tydzień później, bo sam nie mogłem go utrzymać. Wynająłem pokój u Grześka za osiemset złotych miesięcznie, płacę je z pierwszej wypłaty od pizzerii — dwa tysiące sto sześćdziesiąt złotych za pierwszy miesiąc, mniej niż liczyłem, ale regularnie.
Z Natalią rozmawiamy raz na tydzień, czasem rzadziej. Ona spłaca kartę sama, w swoim tempie, u matki, bez pytania mnie o zdanie. Ja odkładam co miesiąc pięćset złotych — mam już oddane jej tysiąc dwieście z tych dwóch i pół tysiąca, które mi kiedyś dała na motor, przelewem, z podpisem w tytule „za motor, rata 3 z 5". Nie musi mi wierzyć, że to zrobię do końca. Po prostu robię.




