Kamienna kobieta
Gabriela Fedorowicz została przywieziona do szpitala karetką zabrano ją z ulicy. Upadła w obrzydliwą, zimną breję, zabrakło jej sił, żeby się podnieść. Ratownicy unieśli zmiękłą Gabrielę, wsadzili do ambulansu i zawieźli na Szpitalny Oddział Ratunkowy.
Duża, potężna kobieta w garniturze i butach na obcasie, z umiarkowanym makijażem podkreślającym jej trochę wypukłe oczy i pełne usta, z ciężkimi kolczykami w uszach i skórzaną torebką na kolanach wjechała do szpitala, siedząc w wózku. Odmówiła jazdy na leżąco; gdy odzyskała przytomność, zbeształa ratownika za zapach papierosów, pielęgniarce zwróciła uwagę, że jest za wolna, a młodemu praktykantowi nakazała się do niej nie zbliżać.
Nie pali mi się do tego! burknął chłopak, nadąsany.
To jeszcze proszę się mi tu nie odszczekiwać, młody człowieku! opierając się na podłokietnikach, odpowiadała Gabriela z lodowatą miną, po czym nadęła się jak zła sowa, przyciągnęła torebkę pod brodę i rozglądała się po poczekalni badawczym okiem nieoczekiwanego inspektora, marszcząc czoło i ściągając cienkie brwi do środka swojej twarzy, jakby wyciosanej niezdarnie w kawałku granitu. Skóra widać poprzecinana była siecią naczyniek, ale zatuszowaną grubą warstwą podkładu, który teraz, od potu po zastrzyku, zbrylony nieładnie podkreślał zmarszczki. Jedźmy dalej. Tu nie mogę czekać, przeciąg! oznajmiła, wskazując gwarny korytarz.
Pani w recepcji spojrzała na nową pacjentkę w drogiej futrzanej szubie do ziemi, energicznie wyrwała papiery z rąk ratownika: od tej chwili Gabriela Fedorowicz była już tylko ich, karetka mogła odjechać.
Przełom nadciśnieniowy, straciła przytomność na ulicy… Głową nie uderzyła… meldował młodzik w granatowym mundurze.
Dobrze już, Romku. Idźcie sobie, miejsca brakuje pogłaskała go po ramieniu pielęgniarka, do której była dziwnie podobna. Najpewniej syn.
Trzeba… pomagać rodzinie się ustawiać… pomyślała Gabriela jak automat.
Dokuczliwie bolała ją głowa, ręce opadały na kolana, wtedy torebka, droga, z tłoczeniem włoskiej firmy, zjeżdżała jej na podłogę i nie miałaby już siły jej podnieść. I tak na nic nie miała już sił. Nawet mówić było trudno. Język suchy, jakby spuchnięty, lepił się do podniebienia, bardzo chciało się jej pić.
Proszę mi dać wody powiedziała głośno i wyraźnie Gabriela, jakby do nikogo konkretnego.
Nikt jej nie usłyszał. Ludzie wokół kręcili się, rodziny popychały nosze, pocieszały, pytały, budziły kogoś odłączonego. Obok przebiegali lekarze z przewieszonymi na szyjach stetoskopami, czytając napotkane papiery, rozdzielali pacjentów, potem z gabinetów krzyczeli polecenia. Pielęgniarki zajęte swym ważnym nie patrzyły na Gabrielę.
Gdzie jest Baranowska? Kto Baranowska? zapytała jedna z tych medyczek, jak ochrzciła je w myślach.
Tu jestem odezwała się Gabriela. Tu!
To dla pani słoiczek, toaleta tam, potem na krew. No i zdejmijcie tę czapkę! Nie ma tu Syberii!
Gabriela zapomniała, że siedzi w futrzanej, kudłatej czapce, jak bohaterka Nieoczekiwanej zamiany miejsc. Stąd te strużki potu na czole.
Niechętnie ściągnęła nakrycie głowy, upchnęła w torebce, choć ta już pękała od akt. Nie miała zamiaru tu leżeć jak poczuje się lepiej, wyjdzie. Czasu nie trwoni się, gdy jest się Gabrielą Fedorowicz Baranowską, dyrektorką dużej firmy. Od okien PVC jest tu po uszy roboty!
Pielęgniarka położyła pojemnik na kolanach Gabrysi.
Gabriela Fedorowicz Baranowska kobieta wielka, postawna. Zawsze taka była: duży noworodek, duża dziewczynka, duża kobieta. Jaka ona…! wołano za jej matką w przychodni. Ale ma pani rozmiar stopy! kiwali głowami sprzedawcy w sklepie…
Przy niej mama wyglądała jak Calineczka. Ale takie geny mój ojciec przekazał. Ojciec, postawny jak tur, wypalił się na raka, gdy Gabrysia miała osiem lat.
Gabriela zawsze się siebie wstydziła. W przedszkolu czuła się jak Guliwer między maleństwami, w szkole zniosła wiele uszczypliwości. Jedynie na lekkoatletyce, gdzie trafiła za sprawą matki i jej przygody z trenerem, odnalazła się. Rzut dyskiem, kula to jej miejsce. Cierpiała z powodu urazów, ciągnął ją do dziś bark, ale odczuwała satysfakcję. Później sparzyła się, myląc męskie zainteresowanie z miłością, aż dorosła, pochowała matkę i ulepiła z siebie kobietę, za którą wszyscy się oglądają, lecz boją się odezwać.
Gabi zaczynała w administracji spółdzielni, kierowała robotami, potem po transformacji weszła w biznes, zakładała z chłopakami okna. Przez gabaryty brali ją nieraz za faceta, potem śmiali się, ale szanowali. Swoja. Była surowa, czasami twarda, nie cierpiała zgromadzeń, ale była nasza.
Gabriela pozostała nieprzystępna, kamienna.
Kamienna baba szeptano za plecami, porównując ją do starosłowiańskich bożków.
Potem powstała jej własna firma Okno na świat. Gabriela dogłębnie poznała temat, zyskała renomę.
Nie rozczulała się nad podwładnymi, nie piła z nimi herbaty, lecz stali za nią murem. Jako szefowa ingerowała zdecydowanie: wysyłała do lekarza, doradzała gdzie uczcić rocznicę, karciła za nadgodziny, zamawiała badania, obdarowywała na święta, ale Mikołajem nigdy nie była z jej posturą to byłoby groteskowe!
Wiedziała wszystko o wszystkich o ciążach sekretarek, rodzinnych sporach, listach produktów dla kogoś, kto zjeżdżał z prowincji… Troszczyła się, bo życie nauczyło ją chronić nie tylko siebie, ale i innych, słabszych.
Nie miała przyjaciółek. Tak wygodniej, przecież nikt jej nie nazwie za plecami naszą dryblą.
Kamienna baba nie myliła się jeśli zwalniała, to oferowała alternatywę, była bezpośrednia i twarda, jak parowóz goniący w przyszłość, który lepiej nie wchodzić pod koła. Miała jednak swój przyczep syna Szymona. Dla niego się starała
Odstawali ci, którzy nie wytrzymywali jej tempa było ich niewielu. W dobie rosnącego bezrobocia zbudowała wokół siebie krąg lojalnych ludzi.
Na nich musi liczyć, gdy leży w szpitalu, byleby nie przegapili kontraktów!
Co to jest?! Nie pójdę z tym! zrzuciła słoiczek Gabi. Mam przełom nadciśnieniowy. Leżeć muszę! Czytać nie umiecie?
Cicho, złotko! ożywił się mężczyzna z ławką, o wyglądzie kloszarda, z bandażem na głowie, podniósł pojemnik. Chcesz, zrobię za ciebie, co? Ha ha! Ale za czapkę. Nic za darmo. Oj, lubię duże dziewczyny!
Sobie pomóż! odburknęła Gabriela i odjechała wózkiem do przeciwnej ściany, żłobiąc w tynku dwa wgnioty.
Kobieto! Co pani robi! Dopiero co był remont! pokrzyczała jakaś kobieta z plakietką. Sylwia, kto to jest? Gdzie ją?
Nikogo. Swoja. Odchodzę. Jaki to adres tego przybytku? Muszę wezwać taksówkę… z trudem wstała Gabi.
Dokąd się rwiecie?! Taksówka, fe! Siedzieć, doktor za chwilę, poleżycie i powrócą siły, łagodnie powiedziała ta sama rejestratorka.
Gabi już gdzieś dzwoniła.
Szymon? Janka, daj mi syna! rozkazała do telefonu. To ważne. Jestem w szpitalu, jutro spotkania, Szymon musi tu być.
Wyjaśniała stanowczo, starając się od razu nakreślić sytuację. Janka, jej synowa, poszła do łazienki. Szymon odkrzyknął spod prysznica: Co, Janka? Za chwilę wyjdę!
Usłyszał wszystko? Oczywiście. Skoro matka dzwoni, to znaczy żyje i ogarnia sprawy dziesięć minut nie zawali świata. Poczeka.
Czekał zawsze, od rana do wieczora, na matkę.
Matka pracowała, potem robiła biznes, zmienili mieszkanie przez jej okna. Gabi zmieniła okna w szkole Szymona jako sponsoring, pomagała urządzać domy wszystkim krewnym trzymała wszystkich w sieci swojego wpływu. Tylko mała rybka, z dziecięcym imieniem Szymon, zawsze była w innym stawie.
Nie biła syna, nie krzyczała, sprawdzała lekcje i kazała poprawiać do ideału. Dlaczego się uczyć i starać, wyjaśniała oszczędnie, rzeczowo.
Nigdy jednak nie powiedziała, że go kocha nie szepnęła, że jest najlepszy, nigdy nie wyznała, że kocha go po prostu, bo jest jej synem. Milczała.
Nie kocha mnie! tak uznał Szymon około dziewiętnastego roku życia. Owszem, pomogła mu zdać egzaminy, nie musiał dorabiać, ale czyż nie taki jest obowiązek matki zrobić z dziecka człowieka? On nie prosił o życie; skoro już się urodził, to niech matka postawi go na nogi. Szpital? E, nieważne!..
Gabriela usłyszała, jak Janka informuje, że Szymon zadzwoni za dziesięć minut.
Gabrielo, co się stało? zapytała Janka. Mogę coś zrobić?
Nie odpowiadając, Gabi nacisnęła czerwony przycisk. Teraz administratorka może pytać: Czyja pani jest? z przekonaniem powie: Nikogo. Swoja. Syn oddzwoni, kiedy uzna to za stosowne, synowa żuje gumę, zapewne boi się, że ciężarnej wpiętej w jej los teściowej teraz się nie pozbędzie. Nikogo. A może to i lepiej.
Gabriela próbowała stanąć, oparła się o ścianę, ale nogi się ugięły. Padła jak worek na podłogę. Potoczył się nieszczęsny pojemnik, rozlała torebka, futrzana czapka zatrzymała się przy policzku Gabrysi.
Ja pierniczę… zawołał kloszard, rzucił się podnieść Gabrielę. Przy okazji wsunął jej portfel do swojej kieszeni i zdjął pierścionek z bursztynem.
Mężczyzna wydawał jej się znajomy… Ale nie mogła pojąć czemu.
Nic nie czuła, ciężko dyszała zwieszoną głową, w uszach ciągle powtarzało się: Trzymaj się prawej strony, trzymaj się prawej strony…
Zazwyczaj Gabriela jeździła do biura autem. Nie prowadziła sama, nie lubiła skupiać się na znakach. Wolała rozwiązywać sprawy po drodze, czytać albo patrzeć przez okno. Miała kierowcę, Romana Gałczyńskiego, który co rano podjeżdżał pod jej dom, otwierał drzwiczki, poprawiał płaszcz, puszczał klasykę i ruszał w trasę. Tak od lat. Roman był zadowolony korzystał z jej znajomości: leki dla chorej żony, tanie wczasy, porządne produkty, premie… Od szefowej nie odchodzi się tak po prostu. Czasem dzwoniła w nocy: musiała natychmiast lecieć do Katowic lub Gdańska wyjaśniać reklamację. Roman, całując śpiącą żonę, pędził do szefowej, a ta chłodno przepraszała za kłopot i wsiadała do schludnego auta. Tak wypada wedle etykiety…
Tym razem jednak Roman, przyjechawszy pod blok, utknął, bo śmieciarka wgniótła mu tył samochodu.
Gabrielo, weźmy taksówkę! Ale pech jęknął Roman.
Nie trzeba taksówki. Pojadę metrem odparła, poprawiając czapę, choć od rana źle się czuła. Bała się po tamtym uderzeniu? Owszem, ale nie bardzo. Jej to już nie ruszało są pieniądze, są możliwości. Załatw tu, nie śpiesz się, potem przyjdź z dokumentami, naprawa auta czeka.
I poszła, masywna, po chodniku w stronę metra. Ludzie schodzili jej z drogi, ustępowali miejsca. Taka monumentalność onieśmielała w filmie o olbrzymkach by się sprawdziła…
W metrze tłok, potykało się o siebie setki osób. Trzymaj się prawej strony… słyszała Gabi w tunelu pod marszałkowską. I trzymała się inaczej stratowaliby ją biegnący studenci. Wszyscy się śpieszyli, dzień dopiero się zaczynał…
Teraz dzień już się kończył, po całym zamieszaniu, badaniach, zastrzykach, przebiegach pielęgniarek, Gabi trafiła na oddział. Przykryto ją prześcieradłem. Leżała, a ciągle słyszała: Trzymaj się….
W sali pachniało perfumami, lekami, zbłąkanym zapachem gryczanej kaszy i waniliowych sucharków. Gabriela je lubiła, ale jadła rzadko.
Trzecią salę, okno na które nie wychodziło na gwarną, rozświetloną Aleję Jerozolimską, pamiętała Gabrysia. Kupiła kiedyś taki kolorowy sznur lampek w Smyku. Odebrała wtedy syna z przedszkola, siedział smutny, wycierając łzy, gdy wychowawczyni już ubierała płaszcz.
No, Szymon, doczekałeś się! A bałeś się, że nikt nie przyjdzie! wykrzyknęła ciepło wychowawczyni.
Chłopiec wstał, szybko, tak aby matka nie zauważyła łez, zakładał czerwony kombinezon ze srebrnymi pasami. Udawał, że nie zależy mu na ubraniu chciał matkę zdenerwować. Chciał jej się odwdzięczyć za… za wszystko. Inni mają ojców, on nie. Inni mają rozgadaną mamę, czułą, w spódnicy i zdartych butach. Przyklękają, obejmują, uśmiechają się do wszystkich. Matka Szymona stoi nad nim, milcząca, monumentalna, czeka.
Co masz w paczce? spytał w drodze.
To śliczna rzecz, synku! Girlanda, powiesimy na choince, cudnie będzie! odezwała się olbrzymka nagle z entuzjazmem. Nawet Szymona to zdziwiło.
Całą drogę wyobrażał sobie lampki na gałązkach, chciał opowiedzieć rówieśnikom. Ale w domu girlanda nie zadziałała. Góra skłamała, święta nie będzie… Matka zobaczywszy minę Szymona, szybko zwinęła kabel do pudełka.
Chodź jeść. Muszę jeszcze prasować…
Oczywiście, po dwóch dniach przyniosła naprawioną girlandę, bo chłopcy z garażu ją zreperowali. Ale Szymon wtedy już nie chodził do przedszkola rozchorował się. Nikomu więc się nie pochwalił…
…Teraz ktoś jakby rozciągnął nad miastem gigantyczną girlandę, podłączył do serc, lampki mrugają… A Gabi-gaśnie. Trzeba ją naprawić…
Do sali weszła drobna kobieta w różowym kitlu medycznym.
Proszę nie otwierać oczu, zaraz zmyję pani tusz. Bo piecze. Spokojnie, zmyję.
Pielęgniarka lekko głaskała Gabi po twarzy czymś miękkim, mokrym jak wacik.
Gabriela, słaba i miękka, pozwoliła jej robić.
Przyjemnie… Boże, jakie to miłe… Wata zimna, gładzi skórę, pielęgniarka szepcze łagodnie…
Gabriela przypomniała sobie mamę. Nie żyła od lat we wrześniu Gabi była u niej na grobie, zapłaciła robotnikom za malowanie ogrodzenia i wyprostowanie krzyża. I posiała niezapominajki. Nie wiedziała, czy pora właściwa. Rozsypała zamaszyście nasiona.
Przysypać? Bo gołębie, wygłodniałe, wyjedzą pytał robotnik z nadzieją na dorzucenie grosza. Kamienna, sroga postać tylko skinęła głową, podała jeszcze dwie stówki i odeszła, nie czekała na świeżą ziemię. Na wiosnę i tak zaraz życie znowu zaskoczy…
Mama, gdy Gabi była chora, zawsze przecierała jej twarz mokrym, pachnącym praniem i świeżością ręcznikiem.
Nie trzeba. Po co pani? odwróciła się Gabi zawstydzona. Odpocznę, sama się umyję.
Cicho. Proszę nabrać sił. Ja zrobię. O, tak, już ładnie. Teraz włosy…
Pielęgniarka uniosła głowę Gabi, zdjęła spinki z fryzury.
Zapłacę… sięgnęła do torebki. Nie mogę znaleźć portfela…
Gabi załkała.
Drugi raz w życiu ją okradziono. Pierwszy dawno temu, w metrze. Jakiś facet się ocierał za jej plecami na ruchomych schodach, nie była nawet pewna, czy był pijany, czy zmęczony. Gabi nie zwróciła uwagi, patrzyła przed siebie. Aż przy kiosku odkryła rozcięcie w torbie portfel zniknął, razem ze zdjęciem Szymona, pamiątkową złotówką i sprawunkami na dziś.
Wtedy się rozpłakała, usiadła na ławce. Góralka, szeroka w barach, z ogromnymi dłońmi, szlochała jak dziecko.
Żal mi… jęczała, wycierając łzy. Żal nie pieniędzy, tam grosze były. Żal torby pierwszej w życiu, drogiej, z miękkiej skóry, z której była dumna. Teraz trzeba zszyć, zostanie blizna… Na torbie i na duszy.
I teraz znów było żal. To pewnie ten sam facet, co przykleił się do niej na sorze.
Leżcie spokojnie, przyniosę ciśnieniomierz. Cicho…
Pielęgniarka wróciła, założyła mankiet. A Gabi zapadła w sen, ciepły, lepki jak rozpuszczona krówka…
… Szymon wyszedł z łazienki i o matce zapomniał. Janka przypominała parę razy, sama dzwoniła, ale Gabriela nie odbierała.
Coś się stało… Szymek, trzeba szukać. Zadzwoń do firmy usiadła przy nim, ale zbył ją ręką.
U matki wszystko zaplanowane. Pewnie ma łóżko rezerwowane na intensywnej terapii, własną karetkę. Daj spokój, Janka.
Odwrócił się do telewizora duży, płaski, w kolorach. Leciał mecz. Chłopaki w barwach biegali po boisku, Szymon razem z nimi pod stołem kręcił nogami.
Telewizor super! Matka kupiła! uderzył w kolano, łyk piwa, garść orzeszków.
Janka, masując ramię, wróciła do pokoju, znów próbowała dodzwonić się do teściowej.
Zawsze miały trudny dystans nie kłóciły się, ale i nie było czułości.
Gabrieli nie starczało czasu i umiejętności. Kochała czynem: nowe okna (bo syn okniarki nie może mieć byle czego), remont łazienki, samochód dla syna, karta do klubu dla Janki (problemy z kręgosłupem), dobre produkty, bawełna. Nie narzucała się, umawiała synową, jechały na zakupy, Janka dostawała najlepsze, co było w sklepie.
Początkowo nie rozumiała takiego podejścia, broniła się, potem uznała, że odmowa nie ma sensu. Ale w duchu zdecydowała kiedyś spłaci ten dług.
Gabi tak kochała. Inaczej nie umiała albo już zapomniała, jak. Szymona też kochała przez prezenty, sekcje, sprzęt, wczasy (choć nie z nią w kolonii, jednak odwiedzała go). W przedszkolu uszkodzone ogrzewanie? Gabi sprowadziła fachowców, załatwiła materiały. Gdy szkoła prosiła o basen dogadała się z trenerem, dzieci pływały. Po co? Chciała dać synowi to, czego sama nie miała.
Syn gdy ożenił się, Gabi odrobinę się zagubiła przecież dopiero co kupowała mu zabawki… Wesele zrobili młodzi, ale w dobrej restauracji, bo Szymon sam by nie uzbierał. Suknię dobierała Janka, tak jak chciała, z najlepszej półki…
Janka próbowała zbliżyć się do teściowej, ale ta nie wpuszczała nikogo kamienna baba, góra, nie dla czułych słów. Praca, profile, konstrukcje, zamówienia, konflikty Gabi zaprzęgła się jak koń, i ciągnęła.
Znowu próbowała zadzwonić… Odebrała inna kobieta. Zanotowała adres i porę wizyt.
Śpi, bardzo zmęczona. Przywieźcie coś wygodnego, sweter, bo chłodno. Potrzebne kosmetyki…
Janka wysłuchała, podziękowała, rozłączyła się.
Szymon grał na laptopie, ona poszła po klucze od mieszkania teściowej i wyszła…
… Gabriela obudziła się rano. Inne pacjentki także zaczęły wstawać, grzechotały kubkami. Ktoś kichnął.
Piękności, Baranowska, która? Pani?
Gabi usiadła, próbowała spięć włosy gumką brakowało sił.
Ja Baranowska.
Siedziała na łóżku w koszuli i spodniach od garnituru. Futro i czapka leżały zwinięte, buty schowane pod łóżkiem.
Koszula rozpięta, widać koronkową bieliznę. Gabi zawsze kupowała sobie piękną, delikatną bieliznę, choć przy jej rozmiarach trzeba było ją zamawiać zza granicy.
Leżąca obok, przy oknie, starsza kobieta przyglądała się Gabi z zaciekawieniem. Ta speszona narzuciła kołdrę.
Dawajcie rękę, Baranowska trzeba pobrać krew.
Pielęgniarka od razu trafiła w żyłę. Potem rozdzwonił się telefon.
Przepraszam, to z pracy… wyjaśniła Gabriela, wyszła na korytarz, usiadła.
Telefony, zamówienia, propozycje, kosztorysy posypało się jak zawsze, jakby nie leżała w szpitalu. W końcu nakazała, by sprawy kierowano do zastępcy, bo jest chora.
Rozmówca się rozłączył, rzucając przekleństwo.
Gabi opadła ramionami, jakby z potężnej kobiety zrobiła się zwykła, biedna pacjentka.
Dostała szpitalną koszulę, szlafrok. Przebrała się, spojrzała w lustro, skrzywiła. Pod oczami szminka od makijażu, włosy rozczochrane.
Okazało się, że wczoraj łamiąc się upadła, złamała też paznokcie teraz drażniły przy ubraniu.
Wejdźcie do sali, zaraz lekarz, śniadanie powiedziała obsługa. Rozpoznała tę samą pielęgniarkę, co opiekowała się wczoraj. Przebrała się, zbierała do domu.
Dzwoniła pani córka, przyjedzie dziś. Janka. Niech się pani nie załamuje, dojdzie do siebie. Trzeba odpoczywać.
Po co pani to wszystko? gwałtownie spytała Gabi, stając ponad rozmówczynią jak góra. Janka nie jest moją córką. To synowa. I wątpię by…
Przyjedzie, obiecała. Nie pamiętasz mnie? ze łzami w oczach spytała kobieta. Jestem Kasia. Kasia Pełgus. Lata temu leżałyśmy razem w szpitalu. Ty… po… No, dziecku…
Jak batem przez serce. Gabi usiadła, bo wiedziała. Kasia, prócz lekarzy, jedyna znała jej tajemnicę wielka dziewczyna, nad którą całe życie się śmiano, była w ciąży i postanowiła temu przerwać. Ojciec dziecka udawał ciepło i zainteresowanie, zagrał, upokorzył… On zniknął. Dziecko nie narodziło się. Kasia jedyna tuliła szlochającą Gabi, szeptała, że jest najpiękniejsza. Zepsutych ludzi masa, wszystkich nie zmienimy…
Kasia, nie poznałam… Ty tu pracujesz? Udało się!
Tak. A u ciebie syn? Gratuluję! Kasia usiadła. Mam dwie gadatliwe córy, wnuki… Mąż?
Westchnęła i pokręciła głową, bo spytała za dużo.
Nie miałam nigdy i nie mam. Sama sobie jestem. Dla siebie urodziłam. Myślałam, że będzie mnie bronił… Ale nie jestem mu potrzebna. Całe życie broniłam tylko siebie.
Chciała dodać coś jeszcze, ale lekarze rozpoczynali obchód. Gabriela położyła się, Kasia pojechała do domu. Była zmęczona, chciała spać.
Szybko minęło śniadanie. Gabriela się organizowała, rozejrzała. Współlokatorki podobnego wieku, ciche, czytały, szeptały, drzemały. Jedna, Zofia, cały czas coś gryzła. Chrupanie słychać było przez salę.
Sucharki? zgadła Gabi. Waniliowe lubi pani. Ale na sucho źle! Zawsze herbatą czy wodą popić!
Nerve, przepraszam, jestem cicho. Martwię się. Mąż na innym piętrze, udar… Muszę gryźć. A herbata… szkoda…
Jak to szkoda?! Przepraszam, gdzie nalewa się herbaty? Dziewczyny ze stołówki patrzyły, jak wysoka, dumna kobieta, byle nie tracąc godności, wpływa do okienka.
Gabriela zauważyła wszystko podwinięty linoleum, potrzebę nowego sprzętu w kuchni. Także brudne okna. Dobry majster się przyda…
I maszeruje z herbatą przez korytarz.
Proszę pić, Zofio. Nie wiem, ile pani słodzi, ale pić trzeba!
Zofia skinęła, łapczywie nachyliła się nad kubkiem.
Jest pani dobra kiwała. O, jakaś dziewczyna do was macha.
Gabriela zobaczyła w drzwiach Jankę, w śmiesznych niebieskich ochraniaczach, z torbami i szerokim uśmiechem.
Dzień dobry. Wołam, wołam… Nie będę tu krzyczeć. Przepraszam, do Gabrieli Fedorowicz Janka postawiła torby przy kapciach teściowej. Zofia uśmiechnęła się porozumiewawczo i wróciła do sucharków.
Janka, nie trzeba było, sama sobie poradzę… z zakłopotaniem rzecze Gabi.
O nie, przesunąć się. O, pijama, szlafrok, sweter. Tu higiena Janka wyliczała i kiwała w rytm. Proszę, ulubione smakołyki, herbata, kawa. Pościeli już nie dźwigałam, rąk brak.
Gabriela sterczała nad nią jak góra, a na jej szczycie trząsł się kosmyk włosów. Zadrżał, drżała też cała Gabi.
T-ciociu Gabi, co pani? Ale z pani cudaczka! Janka wyprostowała się zmieszana. No, idź się przebrać, ja idę do lekarza!
Janka wybiegła, a Gabi stała i patrzyła na łóżko, torby, szlafrok.
Znowu zaczęła się sklejać. Do tej pory szła po szkle. Wszystko bolało, musiała się spinać, żeby nie czuć, jak bardzo jest duża i jak głęboko w nią wbijają się oczekiwania.
A Gabi nikogo do siebie nie dopuszczała nawet Janki. A ta jednak przyjechała. Może dla pieniędzy? Kto wie. Ale tak czy owak, miło!
Kilka razy dzwonił syn, ale Gabi nie odebrała. Nie wiedziała, co powiedzieć.
Janka wróciła od lekarza, usiadła, bawiąc się obrączką. Na razie nie powie, że chce się z Szymonem rozwieść. Niech Gabi nie cierpi bardziej…
W nocy Gabi leżała tyłem do sali, płakała sama nie wiedząc, dlaczego.
Następnego dnia ktoś przyniósł jej portfel i pierścionek.
Tamten człowiek okradł panią na sorze. Tutaj oddali jej rzeczy.
A co z nim? spytała Gabi.
Nic. Już go nie ma. Sercowy. Burbaczski Mikołaj, taki był odpowiedzieli.
Gabriela pokiwała głową. Teraz go poznała. Mikołaj Burbaczski, najlepszy kiedyś z sekcji sportowej, niemal mistrz Polski. Gładził ją po plecach, przysięgał, że nie ma piękniejszej. Kłamał, wierzyła. On już nie żyje, a ona została.
I wcale nie jest kamienna, tylko zapomniała, jak się oddycha spokojnie i z radością.
Ale to się zmieni. Jest Kasia, Zofia, Janka naiwna, ale tym droższa, jest praca, wiosna i niezapominajki do siania, tysiące trosk tylko dla niej. I jest wnuk Gabi widziała zdjęcie z USG.
Janka, nie oczekuj wiele od niego. Kochaj i mów, że kochasz. Ja nie mówiłam, dziś żałuję. Kobieta musi mieć, kogo kochać, inaczej kamienieje.
Janka pokiwała głową. Gabriela wcale nie była kamienna, była delikatna, wrażliwa. Duża, postawna, szeroka ale słaba, czuła Baranowska, która kiedyś przyszła na świat i donośnym głosem powitała ten świat…




