Kamienna kobieta

Kamienna kobieta

Halina Bednarska została przywieziona karetką, zebrano ją z ulicy. Upadła prosto w ohydną, zimną breję, nie miała siły wstać. Sanitariusze wsadzili wiotką Halinę do samochodu i przewieźli do Izby Przyjęć.

Wysoka, postawna kobieta w spodniach od garsonki, w kozakach na szpilce, z umiarkowanym makijażem podkreślającym jej lekko wyłupiaste oczy i pełne usta, w uszach masywne kolczyki z bursztynem, na kolanach skórzana torebka Halina wjechała do izby, siedząc uparcie w fotelu. Leżeć nie zgodziła się w żadnym wypadku; gdy tylko odzyskała przytomność, zganiła kierowcę karetki za to, że czuć od niego papierosami, pielęgniarzowi wytknęła niezgrabność, a praktykantowi, który ledwie skończył szkołę, zakazała się do niej zbliżać.

A i nie bardzo miałem ochotę! odburknął chłopak, naburmuszony.

No śmiało, chłopcze, braki szacunku każdemu się mogą przytrafić! odcięła Halina, chwyciła podłokietniki i podciągnęła się na swoim fotelu na kółkach, po czym niczym rozgniewana sowa nastroszyła się, przytuliła torebkę do brody i zaczęła wodzić wzrokiem po szpitalu, jakby była niezapowiedzianym, tajnym kontrolerem. Zmarszczyła brwi, na środku twarzy, jakby ciosanej nieudolnie z polskiego granitu, jej skóra była poprzecinana siecią kapilarów przykrytych grubą warstwą podkładu, który po zastrzyku zbiegł się w nieestetyczne zmarszczki na czole. Proszę jechać dalej. Tu nie mam zamiaru czekać, przeciąg! oznajmiła, wskazując głową pełen ludzi korytarz.

Rejestrująca w szynszylowej futrze surowo popatrzyła na nową pacjentkę, wyrwała papiery sanitariuszowi, rzuciła: od tej chwili Halina Bednarska to ich sprawa, sanitariusze mogą już jechać.

Przełom nadciśnieniowy, straciła przytomność… nie uderzyła się w głowę… Ciśnienie już… meldował młodzieniec w niebieskim kitlu.

Dobrze, Romku, już idźcie, miejsca mało! pogładziła go po ramieniu pielęgniarka. Bardzo do niego podobna, pewnie matka.

No tak… Trzeba pomóc rodzinie w pracy, przebiegło Halinie przez głowę.

Głowa ją rozsadzała, ręce bezwładniały co chwila i opadały na kolana, przez co droga torebka z logo, kupiona we Włoszech, o mały włos nie spadła jej na podłogę a nie miałaby już siły jej podnieść. Słabość rozlała się po ciele, nawet mówić ciężko. Język suchy, spuchnięty, przyklejał się do podniebienia, chciało się pić.

Proszę, dajcie mi trochę wody powiedziała Halina na tyle głośno i wyraźnie, na ile umiała.

Nikt nie usłyszał. Wokół roił się tłum, rodziny pchały łóżka z chorymi, pocieszały, pytały, szturchały tych, którzy odcinali się ze zmęczenia. Pomiędzy nimi, unikając kantów i przeszkód, uwijał się personel lekarski, poprawiał stetoskopy i czytał na stojąco wręczane dokumenty, klasyfikował chorych do gabinetów, potem coś wołając. Pielęgniarki czymś się zajmowały, robiły ważne rzeczy, ale Haliny w ogóle to nie dotyczyło.

Gdzie jest Baranowska? Kto tu Baranowska? zapytała któraś z pielęgniarek, w myślach Haliny ochrzczona medyczką”.

Tu jestem odezwała się Halina, a potem głośniej: Tu jestem!

To dla pani, pojemniczek. Toaleta tam. Potem oddać krew. I zdejmij pani czapkę, nie jesteśmy na Syberii!

Halina zapomniała, że siedzi jeszcze w puszystej czapce z lisa, niczym bohaterka z Misia. To przez to po czole ściekały jej strużki potu i tak paliło czubek głowy.

Z ociąganiem zdjęła nakrycie, spojrzała, gdzie by je schować, żeby nie spało, wcisnęła do torebki. Skórzana włoska torba była już wypchana po brzegi papierami i dokumentami. Halina nie zamierzała leżeć tu ani chwili dłużej niż trzeba; miała nadzieję, że jak trochę odpocznie, wypiszą ją szybko. Czas jest pieniądzem, Halina Bednarska, dyrektorka dużej firmy, nie mogła pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek. Ma przecież okna do zamówienia i pracy po uszy!

Pielęgniarka położyła jej pojemnik na kolanach.

Halina Bednarska. Kobieta postawna, rosła. Zawsze taka była: duży noworodek, duża dziewczynka, młoda kobieta, potężna kobieta. Oj, ale ona duża szeptały znajome matce Haliny w przychodni. A jakie stopy! kiwały z uznaniem sprzedawczynie butów, gdy już w szkole Halina wyrastała z dziecięcych pantofli…

W porównaniu do córki matka Haliny wydawała się Calineczką. To geny po ojcu-gigancie. Gigant odszedł zbyt wcześnie, zżarł go rak, gdy Halina miała osiem lat.

Halina zawsze się siebie wstydziła. Jak polski Guliwer w tłumie dzieci w przedszkolu wszystkie ją omijały, uznawały za dziwaczkę. W szkole też swoje przeszła. Dopiero na sporcie znalazła miejsce; przypadek zrządził, że jej mama zaczęła się spotykać z trenerem. By nie przeszkadzała w domu, zapisali Halinę na lekkoatletykę. Rzut dyskiem, pchnięcie kulą tam Halina rozkwitła. Ktoś musiał się tym zajmować. Przydarzały się urazy, bark ciągnął do dziś na zmianę pogody, ale liczył się sukces. Potem bardzo się sparzyła, biorąc za miłość zwykłe męskiej ciekawości narobiła głupstw, wydoroślała, pochowała matkę, ulepiła z siebie kobietę, za którą wszyscy cicho się oglądali ze zdziwieniem.

Początkiem kariery była praca w administracji budynków, zarządzała ekipą remontową, potem się dokształciła, po transformacji wszystko się pozmieniało, jak grzyby po deszczu wyrosły firmyHalina z chłopakami dorabiała na budowach. Dużą ją czasem brano za mężczyznę, śmiano się, ale nie dawano jej zrobić krzywdy. Swoja. Była stanowcza, nawet szorstka, nie znosiła biesiad i spotkań towarzyskich. Tylko swoje.

I została taka do końca, nieuśmiechnięta, kamienna”.

Kamienna baba szeptano za jej plecami.

Potem powstała jej firma Okna Prosto z Serca. Halina stała się panią od okien, znała się na wszystkim, zyskała szacunek.

Podwładnym nie słodziła, nie piła z nimi herbaty, ale mogli na nią liczyć jak na mur. Dyrektorka Bednarska stanowczo wchodziła ludziom w życie wysyłała do lekarzy, doradzała restauracje na uroczystości, ganiła za pracę po godzinach, pilnowała badań lekarskich, fundowała bożonarodzeniowe paczki, ale nigdy nie przebierała się za Śnieżynkę ze swoimi rozmiarami nie pozwalała sobie na śmieszność.

Wiedziała wszystko, nawet zanim ktokolwiek się do czegoś przyznał. Gdy sekretarka, Tereska, jeszcze tylko kupiła w aptece test ciążowy, Halina już miała namiary na najlepszą klinikę.

O kłótniach w rodzinie też wiedziała, o dzieciach przyjętych na studia czy nie, o kuzynach z Suwałk, którzy zjawili się znienacka wszystkim organizowała zakupy lub powołania. Rozwiązania miała gotowe. Życie nauczyło ją chronić siebie, a z czasem i innych, tych delikatnych, tych, którzy kiedyś nie poradzili sobie tak dobrze jak ona.

Przyjaciółek nie miała. I w sumie tak łatwiej wtedy nie groziły jej obgadanki za plecami, żadna nie szepnie nasza ty kolubryno”.

Kamienna baba się nie myli, nie ściemnia, nie owija w bawełnę wali prosto z mostu, zawsze z myślą o konsekwencjach. Jeśli zwalniała kogoś, to już miała dla niego alternatywę. Czyś chciał, czy nie, dopełniała obowiązku.

Tyran? Nie. Raczej pociąg do lepszego życia, którego lepiej nie stawać na torach, bo rozjeżdża z zimną skutecznością. Ten pociąg miał swój wagonik: syn Szymon. Dla niego żyła i się starała…

Kto nie wytrzymywał jej stylu, odchodził. Lecz większość trwała. Gdy wokół trudno o pracę, Halina zgromadziła wokół siebie lojalnych.

Na nich opierała teraz całą nadzieję dopóki leży w szpitalu, własny zespół nie pozwoli rozklekotać kontraktów!

Co to za coś?! Proszę to sprzątnąć, nie idę! odtrąciła pojemniczek Halina. Mam przełom nadciśnieniowy, muszę leżeć! Czytać nie umiemy?!

Nie wrzeszcz, kobieto! odezwał się siedzący na ławce bezdomny w pocerowanej futrzanej czapce. Podniósł słoiczek, obejrzał go z każdej strony. Chcesz, to ja za ciebie oddam, co? Ha-ha! Tylko pod warunkiem, że dasz mi czapę. Za darmo nie pracuję… Lubię takie duże kobitki…

Pomóż sobie sam! warknęła Halina, odepchnęła się nogami i odjechała fotelem pod drugą ścianę. Podłokietniki wbiły się w ścianę, zostawiając dwie wgniotki.

Proszę pani! Przed chwilą skończyliśmy remont, nie niszczyć ścian! ofuknęła ją kobieta w kitlu z plakietką. Kasia, kogo tam mamy?

Należę do siebie. Wychodzę. Jaki adres tej waszej przychodni? dopytywała Halina, podnosząc się z trudem. Muszę zamówić taksówkę. Telefon…

Gdzie tam pani idzie? Zaraz przyjdzie lekarz, poleży, dojdzie pani do siebie odpowiedziała pojednawczo ta sama kobieta, która przed chwilą ją ofuknęła.

Ale Halina już dzwoniła.

Szymon? Daj mi Syna! powiedziała surowo do telefonu. Wiem, że pracujesz, ale to ważne. Jestem w szpitalu, mam jutro ważne spotkania. Potrzebny mi Szymon.

Nie rozkazywała, choć miała donośny, budzący respekt głos. Wolała nakreślić powagę sytuacji i jasno sprecyzować potrzeby.

Jagna, synowa Haliny, tupnęła do łazienki i zapukała. Mąż przerwał prysznic: Co? Mów!

Twoja mama dzwoni. Jest w szpitalu.

Co, Jagna? Czekaj, zaraz wyjdę odpowiedział Szymon, zamykając drzwi od kabiny, po czym znów puścił wodę.

Słyszał, co powiedziała żona? Na pewno. Ale skoro matka dzwoni, to oddycha i radzi sobie dziesięć minut jej nie zbawi.

A przecież Szymon czekał na nią cały dzień, aż przyjdzie po niego…

Mama miała ciągle coś do załatwienia. Najpierw praca, potem biznes”, nowoczesne mieszkanie wymienione na lepsze dzięki tej firmie od okien. Halina zamontowała nowe szyby w szkolnych klasach Szymka, pomagała znajomym, uruchamiała remonty, budowy, współpracowała z architektami. Jej sieć oplatała wszystkich. Tylko jedna rybka, śmiesznie nazwana Szymek, zawsze była z boku.

Mama nie biła go, nie krzyczała. Przychodziła, sprawdzała lekcje, kiwała głową, gdy wszystko było dobrze, a jeśli nie poprawiała błędy i kierowała do pokoju na poprawki. Do ideału, powtarzała. Potem wyjaśniała sucho dlaczego trzeba się starać.

Ale że go kocha, Halina nigdy nie powiedziała. Nigdy nie powiedziała przed snem, że Szymek jest najlepszy, wyjątkowy, piękny; że kocha go po prostu za to, że jest. Milczała.

Pewnie nie kocha jej wcale! Do tego wniosku doszedł Szymon w wieku dziewiętnastu lat. Jeśli przez jej znajomości dostał się na studia, nie musiał pracować to jej obowiązek, nie dowód miłości. O urodzenie go nie prosił; skoro już go ma, niech go wychowa. Szpital to przecież nic!

Halina usłyszała, jak Jagna mruczy pod nosem, że Szymon oddzwoni za dziesięć minut.

Pani Halino, co się dzieje? zapytała cicho Jagna. Mogę coś zrobić?

Halina nie odpowiedziała, przerwała rozmowę. No, teraz z czystym sumieniem mogła powiedzieć portierowi: do nikogo nie należy. Tylko do siebie. Syn oddzwoni, kiedy zechce, synowa żuje gumę, najwidoczniej bojąc się, że teściowa przykuje ją do swojego cielska. Jest nikogo. To łatwiejsze.

Spróbowała wstać, oparła się o ścianę. Fotel odjechał, nogi się ugięły. Halina runęła na podłogę.

Po podłodze potoczył się pojemnik, z torebki wysypały się dokumenty, czapka opadła jej koło policzka, jak gdyby chciała osłonić twarz.

O kurczę… zaklął bezdomny i podniósł Halinę, w międzyczasie wsuwając do kieszeni jej portfel i zdejmując pierścionek z bursztynem.

Przypominał Halinie kogoś, niewyraźnie, jak przez mgłę, nie mogła rozpoznać…

Nic nie czuła. Oddychała ciężko, głowa zwisała, a w uszach rozlegała się monotonna komenda: Trzymaj się prawej strony, trzymaj się prawej strony…

Zwykle jeździła do biura samochodem, nie prowadziła sama nie lubiła skupiać się na znakach i jeździe. Wolała w trasie załatwiać sprawy albo, po prostu, patrzeć przez okno. Miała kierowcę, Romana Grochowskiego. Od lat, co rano o 7:30, podjeżdżał pod jej dom, otwierał drzwi przed kamienną babą, poprawiał płaszcz, wskakiwał za kierownicę, włączał radio z Chopinem i wyjeżdżał w trasę. Był oddany, zadowolony z profitów od szefowej: leki dla schorowanej żony, wakacje dzieci, lepsze paczki, premie, trzynaste pensje. Była gotowa dzwonić po niego w nocy, jeśli trzeba było już za chwilę być na dworcu lub w Katowicach, gdzie trzeba rozwiązać spór z producentem szyb. Roman jechał, a Halina z suchym proszę wybaczyć, że nie w porę wsiadała do auta, choć zgodnie z kontraktem nie musiała tłumaczyć się z nocnych zleceń…

Tego dnia Grochowski utknął pod blokiem, bo wyjeżdżająca śmieciarka rozbiła mu tył auta.

Pani Halino, może wezwać taksówkę? Ale się wpakowaliśmy! załamywał ręce Roman.

Nie trzeba. Pojadę metrem, pokręciła głową Halina, choć od rana źle się czuła. Bała się? Uderzyło ją to? Tak. Mocno? Nie. Była przecież skamieniała, znała życie, na wszystko miała pieniądze. Załatwisz to tutaj, potem przynieś papiery, musimy zamówić naprawę.

I poszła chodnikiem do metra, jak wielka, szaro-pomarańczowa chmura. Przechodnie schodzili jej z drogi, czuli respekt przed jej posturą. Mogłaby zagrać giganta w filmie…

W metrze gorąco, tłumy ludzi, chwilami zator, chwilami znów ruch. Trzymajcie się prawej strony… słyszała Halina z megafonów, gdy schodziła z przesiadki na Politechnice na nową linię. Ludzie słuchali. Halina też musiała się trzymać prawej strony, by nie stratowali jej studenci pędzący na zajęcia. Wszyscy w pośpiechu, dzień się dopiero zaczynał…

A teraz już się kończył. Po pomiarach, zastrzyku, kablach doprowadzono ją do sali i przełożono na łóżko. Przykryto prześcieradłem. Ledwie żywa, nasłuchiwała wciąż tej jednej myśli: Trzymaj się…

W sali ciemno, pachnie lekami, jakby kaszą gryczaną i świeżutkimi sucharkami waniliowymi. Halina lubi je, ale jada rzadko.

To trzecie piętro, za oknem nie widać zatłoczonej Alei Jerozolimskich, tej pełnej aut i świateł, jak kolorowa lampka choinkowa…

Taką właśnie lampkę Halina kupiła kiedyś w Smyku, wspominała. Któregoś wieczoru weszła po Szymka do przedszkola, siedział sam na ławeczce w szatni, a pani już zakładała płaszcz.

No zobacz Szymek, mama po ciebie przyszła! zawołała radośnie.

Chłopiec, udając obojętność do swojego czerwonego kombinezonu, wycierał ukradkiem łzy rękawem, tylko po to, by nie pokazać matce. U innych dzieci są tatusiowie, inne mamy są pogodne, miękkie, w wełnianych spódnicach, przyklękają, przytulają dzieci, uśmiechają do innych, poprawiają czapki, odprowadzają do domu.

U niego Halina stoi jak skała, patrzy w milczeniu, czeka, aż się ubierze. Nie pomaga, nie krytykuje, tylko czeka.

Co masz w pudle? zapytał Szymek szybko, idąc obok.

Ach, Szymku, to girlanda światełek! Zawieśmy na naszej choince, będzie pięknie! niespodziewanie Halina rozmarzyła się, Szymek zaniemówił, że matka też umie tak mówić. Jakby była zwyczajna…

W drodze do domu Szymek wyobrażał sobie, jak to światełka rozbłysną na ich lichutkiej, sztucznej choince, jak będzie wszystkim w przedszkolu opowiadać…

A gdy odpalili girlandę, nie zaświeciła. Kamienna kobieta skłamała, nie będzie świąt… Mama widząc smutek Szymka, szybko zwinęła lampki i schowała. Chodź na kolację. Mam prasowanie.

Po dwóch dniach przyniosła naprawioną girlandę panowie z jej roboty naprawili. Ale Szymek już wtedy leżał chory w domu i o swojej choince nikomu nie opowiadał…

…Teraz jakiś niewidzialny, wszechmogący ktoś rozciągał nad miastem właśnie taką girlandę, podpiętą do ludzkich serc. Wszędzie płynął ruch, a Halinie żarówka jakby zgasła trzeba ją naprawić…

Drzwi się otworzyły, do łóżka Haliny podeszła mała, chuda kobieta w różowym uniformie.

Proszę nie otwierać oczu, zmyję pani tusz szepnęła cicho. Nie otwierać, spokojnie, zrobię to delikatnie.

Zaczęła głaskać ją po policzku, czymś miękkim, pewnie mokrą wacikiem.

Halina, słaba i wiotka, zamarła, chłonęła każdą sekundę.

Przyjemnie… Boże, jakie przyjemne! Chłodny wacik miękko dotyka skóry, pielęgniarka coś mruczy…

Halina przypomniała sobie mamę. Nie było jej od lat wpłaciła robotnikom, żeby pomalowali grób i poprawili krzywy nagrobek, posiała niezapominajki. Czy powinna jeszcze? Rozrzuciła suche nasionka po mogile, szerokim ruchem dłoni.

Przysypać od góry? Bo gołębie wyjedzą! pytali panowie, licząc, że jeszcze dorzuci patrzyła na nich jak skała. Potem dała banknoty i odeszła. Do wiosny i tak trzeba dożyć…

Mama, gdy chorowała, zawsze pocierała jej twarz mokrym, pachnącym świeżością ręcznikiem.

Nie trzeba, położę się, sama się umyję… szepnęła Halina zawstydzona.

Proszę milczeć. Musi pani wypocząć, nabrać sił. Tylko wypocząć. Zaraz koniec, już… Proszę, czysto. Teraz włosy, zdejmę spinki…

Pielęgniarka uniosła jej głowę, zdjęła wsuwki.

Zapłacę, Halina szukała torebki, portfel… Nie ma… zajęczała.

To już drugi raz w życiu, gdy ją okradziono. Pierwszy raz w metrze, na ruchomych schodach. Facet się ocierał, nie wiedziała nagle na ulicy okazało się, że torba rozcięta, portfel, zdjęcie Szymka, ulubiona złotówka z wycieczki zniknęły. Usiadła wtedy na ławce i się popłakała. Olbrzymia kobieta, a płakała jak dziecko.

Szkoda… szeptała, ocierając łzy. Szkoda…

Nie pieniędzy jej żal było. Tylko torby. Dopiero co kupiła markową, wymarzoną, pierwszą swoją. I portfel z cielęcej skóry, granatowy. Przechodziła korytarz biura, dumna… Teraz trzeba zszyć. Zostanie blizna na torbie i w sercu…

Teraz było jej żal znów. To ten facet przy Izbie musiał grzebać przy niej.

Nie trzeba, proszę leżeć, zaraz przyniosę ciśnieniomierz. Spokojnie…

Pielęgniarka wyszła, wróciła z ciśnieniomierzem, ucisnęła ramię, a Halina zasnęła głęboko, cieplejszym snem niż od lat…

… Szymon, wychodząc z łazienki, całkiem zapomniał o matce. Jagna próbowała przypominać, dzwoniła, ale Halina tym razem nie odbierała.

Coś się stało Szymon, trzeba się dowiedzieć wybąkała Jagna, ale on wzruszył ramionami.

Matka wszystko ma poukładane. Pewnie ma już łóżko na OIOM zarezerwowane. Zostaw, Jagnieszka wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od dużego, nowego telewizora. Nadawał akurat mecz. Szymon wiercił się pod stołem razem z piłkarzami.

Dobry telewizor mama kupiła! klepnął się po kolanie, pociągnął łyk piwa, chrupnął orzeszki.

Jagna mruknęła coś, schowała się do pokoju, znów wybrała numer Haliny.

Między sobą byli dziwnie nastawieni, nie kłócili się, ale i ciepła nie było.

Halina nigdy nie umiała okazywać uczuć. Kochała czynami. Nowe okna (jak to syn okniarki ma mieć stare okna?), remont, auto dla syna, karnet na basen dla Jagnieszki (problemy z kręgosłupem), dobre produkty, ubrania z dobrych tkanin. Niczego nie narzucała. Po prostu organizowała, zabierała do sklepu. Tam wybierali najlepsze, co było.

Jagna najpierw nie mogła się przyzwyczaić do tej metody, potem zrozumiała nie ma sensu się kłócić. Postanowiła powoli odkładać i kiedyś oddać.

Halina tak kochała. Inaczej nie umiała lub już zapomniała. Tak samo Szymka: zabawki, treningi, sprzęty, wczasy, choć rzadko z nią. Potrzebne w przedszkolu ogrzewanie sama załatwiała. Trzeba było basenu szkolnego organizowała. Czemu to wszystko? Chciała, by jej syn miał wszystko, czego ona nie miała.

Gdy Szymon powiedział, że się żeni, Halina była w szoku. Dopiero co kupowała mu samochodziki… Ślub urządzili jak chcieli, ale w dobrym lokalu, z porządną suknią, którą Jagna sama wybrała.

Jagna próbowała zbliżyć się do teściowej, lecz ta trzymała dystans. Była kamienną babą. Praca, sprawy, profile, zamówienia, reklamacje, sądy Halina raz się zaprzęgła i nie dawała już odpuścić…

Jagna po raz kolejny zadzwoniła. Odebrał ktoś inny. Zanotowała dane. Kazano czekać do rana, przyjechać w godzinach odwiedzin.

Bardzo zmęczona, niech pani przyniesie wygodne ubrania. Sweter też, jest chłodno…

Słuchała, kiwała głową. Podziękowała, rozłączyła się.

Szymon już grał na komputerze. Jagna chciała powiedzieć coś jeszcze, ale zamilkła. Spakowała się, wzięła klucze do mieszkania teściowej i wyszła cicho…

… Halina obudziła się wczesnym rankiem. Wokoło też już ktoś się ruszał, dźwięczały filiżanki, ktoś kichnął.

Dobra, dziewczyny, która to Bednarska? Pani?

Halina usiadła na łóżku, próbując zebrać włosy w kucyk, ale brakło jej sił.

Ja Bednarska.

Siedziała na łóżku w bluzce i spodniach. Futro i czapka w worku na ziemi, kozaki wsunięte pod łóżko.

Bluzka rozpięta pod szyją lekko prześwitywała. Kupowała sobie wyłącznie ładną bieliznę, delikatną. Ale na jej rozmiar trudno kupić, nie raz zamawiała zza granicy.

Kobieta z sąsiedniej pryczy ciekawie zaglądała. Halina speszyła się, nakryła kołdrą.

Daj rękę, Bednarska. Krew trzeba pobrać.

Pielęgniarka trafiła w żyłę bezbłędnie, Halina nic nie poczuła. Zaraz odezwał się telefon.

Przepraszam, to z pracy, powiedziała. Wyszła na korytarz, usiadła na krześle.

Znów propozycje, zapytania, zamówienia, szacunki jakby wcale nie była w szpitalu. Wreszcie nie wytrzymała oświadczyła, że jest chora, jest zastępca, do niego dzwonić.

Na drugim końcu linii pokrzykiwali, rozłączyli się.

Opadła z sił, jakby nadmuchany balon się skurczył. Ze statnej, nieugiętej kobiety zamieniła się w zwykłą, chorą osobę.

Dali jej szpitalną nocną koszulę i szlafrok. Przebrała się, zerknęła w lustro, uśmiechnęła się ironicznie. Pod oczami rozmazana kredka, włosy sterczą na wszystkie strony.

Jak upadała, połamała trzy paznokcie. Teraz wszystko ciągle się zadzierało.

Proszę do sali, za chwilę obchodzą lekarze. I śniadanie, powiedziała znajoma pielęgniarka. Była już ubrana po cywilnemu, szykowała się do domu. Dzwoniła córka, będzie dzisiaj. Jagna. Proszę się nie zamartwiać, za chwilę będzie lepiej. Póki co, musi pani odpocząć.

Po co pani to wszystko? zapytała Halina, wstając, górując nad malutką pielęgniarką. Jagna nie jest moją córką. To synowa.

Przyjedzie. Obiecała. Halinko, pamiętasz mnie? spojrzała kobieta w górę. Katarzyna. Razem leżałyśmy w szpitalu. Ty… po tym… dziecko…

Halinę tknęło jak biczem. Przypomniała ją sobie. Kiedyś tylko Kasia wiedziała, co planuje Halina, wiedziała też, że ta wielka dziewczyna straciła dziecko, bo była zraniona przez chłopaka, który bawił się jej uczuciami. Chłopak odszedł, a Halina usunęła ciążę. Kasia wiedziała, dlaczego. To ona głaskała ją po plecach, zapewniała, że jest piękna, dobra, najlepsza…

Kasiu… nie poznałam cię… Pracujesz tu? Brawo! uśmiechnęła się Halina.

Tak. A ty masz syna? Cieszę się! Ja mam dwie gaduły, już mi głowę trują! siadła obok Katarzyna. Mąż?

Zamilkła, bo zapytała o jedno za dużo.

Nie… Nigdy nie miałam. Sama dla siebie urodziłam. Myślałam, że mnie będzie bronić… Ale nie jestem mu potrzebna. Całe życie sama siebie bronię…

Kasia chciała coś powiedzieć, ale szli już lekarze, zaczynał się obchód. Halina położyła się na łóżku, a Kasia poszła do domu. Musiała się wyspać…

Szybko minęło śniadanie. Halina już się oswajała. Współlokatorki były w jej wieku czytały, spały, mówiły szeptem. Jedna, Zofia spod okna, cały czas coś chrupała. Hrup, hrup na całe pomieszczenie.

Sucharki? domyśliła się Halina. Waniliowe. Ale niech pani nie je na sucho! Trzeba popić herbatą!

Stresy… Przepraszam, staram się ciszej. Mąż na innym piętrze, udar… Nie mogę nie podjadać. Herbaty nie trzeba…

Ale jak to nie trzeba? Halina pobiegła do kuchni. Dziewczyny patrzyły z niedowierzaniem, jak wielka, zmęczona, ale dumna kobieta podchodzi majestatycznie do okienka.

Dostrzegła nawet niedbale położony linoleum, stare garnki; okna, solidne i czyste, ale przydałaby się regulacja. Miała dobrego fachowca, może zgłosi ich do administracji…

W końcu wraca do sali z kubkiem gorącej, słodkiej herbaty.

Proszę pić, Zosiu. Nie wiem, ile pani słodzi, trzeba choć trochę wypić! rozkazała Halina.

Pani jest bardzo dobra, kiwnęła Zofia. O, tam jakaś dziewczyna przyszła, macha.

Halina spojrzała na drzwi. Jagna, z torbami, ubrana w niebieski jednorazowy fartuch i foliowe buty.

Dzień dobry. Wołam, wołam… Przepraszam, do pani Haliny Bednarskiej, Jagna rzuciła siaty pod łóżko. Zofia skinęła głową i zaczęła chrupać sucharki dalej.

Nie trzeba było, Jagno, jakoś sobie dam radę, Halina zakłopotała się.

Oj, proszę pani! przesunęła rzeczy. Tu piżama, tu koszulka, sweter. Tu chemia. Tu są rzeczy z delikatesów: herbata, kawa. Bieliznę zostawiłam, ale ręce już mi odpadały.

Halina górowała przy niej niby góra, na której sterczał pierwszy raz lekko rozczochrany czubek grzywki i… nagle zadrżała.

Ciociu Halino, co z panią? Oj, tylko nie płakać… zaniepokoiła się Jagna. Idź się przebrać, zgłoszę się do lekarza!

Jagna wyszła z sali, a Halina wpatrywała się w łóżko, siatki, koszulę nocną.

Życie Haliny znów zaczynało się składać, choć długo zmuszało ją, by stąpała po odłamkach marzeń. Bolało, ale trzeba było się trzymać, pracować, nie czuć, jak głęboko te odłamki tkwią.

Halina nikogo nie dopuszczała blisko, nawet synowej. A tu proszę, przyjechała, troszczy się. Z pieniędzy? Kto wie, zobaczymy… I tak miło, że przyszła!

W międzyczasie dzwonił Szymon. Halina nie odebrała, nie miała odwagi.

Jagna wróciła od lekarza, usiadła obok i zamyśliła się, kręcąc obrączką. Nie powie jeszcze o swoim zamiarze rozstania z Szymonem. Nie teraz, nie trzeba martwić Haliny.

Nocą Halina płakała, nie wiedząc nawet dlaczego.

Następnego dnia zwrócono jej portfel i pierścionek.

Złodziej z Izby Przyjęć miał atak serca. Nie żyje. To był Burzyński Mikołaj, wyjaśnili.

Halina przytaknęła. Poznała go. Mikołaj był kiedyś gwiazdą sportową w ich sekcji, mistrzem Polski. Gładził ją po plecach i przysięgał, że nie ma piękniejszej na świecie. Okłamał, a ona wierzyła. Odszedł, ona została.

I wcale nie była Kamienną po prostu zbyt dawno przestała oddychać z ulgą i radością.

Ale wszystko się zmieni. W jej życiu była Kasia, Zofia, Jagna może naiwna, ale przez to jeszcze bardziej droga, była praca, sprawy, wiosna, niezapominajki bo trzeba żyć dla codziennych drobiazgów, których nikt za nią nie rozwiąże. Był wnuk, maleńka kropelka. Widziała go na zdjęciu z USG.

Jagnieszko, nie oczekuj niczego od dziecka, tylko kochaj i powtarzaj mu to codziennie. Ja nie potrafiłam, teraz żałuję, powiedziała kiedyś Halina. Kobieta musi kogoś kochać, bo inaczej skamienieje.

Jagna przytaknęła. Nie, Halina wcale nie była Kamienną Babą, tylko bardzo delikatną, czułą, ogromną, a jednocześnie słabą Haliną Bednarską, która kiedyś urodziła się i grubym głosem powitała świat.

Patrząc na to wszystko dziś, wiem jedno: czasem, żeby się odmienić, trzeba się na chwilę zatrzymać i pozwolić sobie być zwyczajnie człowiekiem, a nie tylko kamienną ścianą dla innych i dla siebie.

Oceń artykuł
TwojaCena
Kamienna kobieta