Justyna i Maciek są małżeństwem od czterech lat. Na początku życia małżeńskiego nie mieli żadnych różnic w kwestiach finansowych. Oboje pracowali, otrzymywali swoje wynagrodzenia i wydawali je zgodnie z potrzebami. Po roku Justyna zwolniła się z pracy, ponieważ znalazła inną, z wyższym wynagrodzeniem. W tym samym czasie, Justyna dowiedziała się, że jest w ciąży. Nie wiadomo, o czym myślała, ale dziewczyna nie zdecydowała się już zatrudniać w nowej pracy, przez to nie należały jej się żadne świadczenia, dlatego przez cały okres urlopu macierzyńskiego była zmuszona prosić męża o pieniądze.
Maciek jednak bardzo niechętnie dawał jej pieniądze. Kiedy potrzebne były owoce dla dziecka, ciężko wzdychając, wyciągał banknot z portfela. O zabawkach nie było mowy, jej mąż uważał, że nie ma sensu wydawać pieniędzy na plastik, który za kilka tygodni zostanie wyrzucony. Za każdym razem, gdy Justyna potrzebowała pieniędzy, czyli prawie codziennie, musiała wznosić „prośby błagalne” do swojego męża.
Rok temu byli na ślubie siostry Maćka. Mąż przyniósł ładną kopertę, włożył tam prezent (pieniądze) dla siostry, a kopertę schował do torebki żony. Przed uroczystością Justyna poszła do łazienki „przypudrować nosek”. Tam postanowiła zajrzeć do koperty. Okazało się, że jej mąż włożył tam pięć tysięcy zł. Justyna uznała to za niesprawiedliwe, że mąż oszczędza na niej i córce, ale jest hojny wobec siostry. Nie zastanawiając się długo, wyciągnęła z koperty trzy tysiące, pozostawiając tam dwa tysiące.
Od tamtej pory minął już rok. Ani matka Maćka, ani jego siostra, nic nie mówiły na temat prezentu, więc sprawa nie została ujawniona. Justyna uważa, że wtedy postąpiła słusznie. Wkrótce ich córka skończy trzy lata i pójdzie do przedszkola, a ona wróci do pracy, chociaż Maciek zaczął już sugerować drugie dziecko, ale Justyna broni się przed tym, wszelkimi dostępnymi metodami, bo wie, że znowu będzie musiała błagać męża o pieniądze.
Czy uważasz, że Justyna miała rację? Czy jej czyn można nazwać kradzieżą?




