Jeżyk
No nie! Basia przeczytała wiadomość na czacie przedszkolnej grupy i cisnęła telefon na kanapę obok siebie.
Co tam znowu, mamo? Zosia oderwała się od zeszytu i zerknęła na matkę.
Konkurs, znowu konkurs! Mam już tego serdecznie dosyć! Po co im te wszystkie konkursy, naprawdę? A jeszcze najlepsze oddać do pojutrza. A ja mam jutro dyżur. I kiedy niby mam to robić?
Chcesz, to ja zrobię? Zosia odsunęła podręcznik od algebry. Skończyłam już prawie lekcje. Algebra jeszcze, ale ją jutro odgapię od Marysi. I tak nie rozumiem tego dziwnego zadania, może mi wyjaśni.
Oj nie, kochanie, rób swoje. Jeszcze tylko tego brakowało! Przecież zaraz koniec semestru! I testy na karku.
A co z Jasiem Znowu będzie mu przykro. Pamiętasz, jak ostatnio wszyscy dostali dyplomy, a jego nawet nie obejrzeli? A sam robił swoją pracę
Dlatego nie obejrzeli! Basia zmarszczyła się jeszcze bardziej. Bo u niektórych to Picasso i Dali wyskakują w każdym konkursie. A jak ktoś rysuje, to jakby Matejko mu rękę prowadził. I oczywiście wiadomo, że nie dzieci robią, tylko rodzice. Dziecko przecież nie zrobi tego, co tam potem widać na wystawie Ale najbardziej mnie denerwuje co innego.
A co?
Że panie przedszkolanki chórem przekonują, jak te prace są dziecięce. Powinnaś to zobaczyć! Nawet dorosły by się spocił.
Mamo, dlaczego wszyscy milczą? Nikt się nie zbuntuje? Po prostu za każdym razem robią i już. Pamiętasz, jak w pierwszej klasie było podobnie? Ktoś w końcu powiedział, że dość wygłupów, albo niech dzieci robią same.
To wtedy, kiedy pani Irena się na was wypięła?
No! Zosia się roześmiała. Jaka ulga wtedy była! Potem pani Ewa powiedziała, że od tej pory wszystkie prace robimy sami, nie rodzice. I natrzepała dwójkę Kindze, co przyniosła zabawkę wydzierganą przez mamę. Najpierw pochwaliła, a potem kazała całej klasie przynieść włóczkę i szydełko. Pamiętasz?
Ach, to dlatego wtedy po sąsiadkach biegałam pół wieczoru! No pewnie, że pamiętam.
No właśnie! Posadziła Kingę i kazała jej zrobić kółeczko. Oczywiście nie dała rady i dostała dwóję. Nie pamiętasz?
Zapomniałam już To tyle lat.
Moim zdaniem, za takie konkursy tylko rodziców nagradzać. Żeby potem dzieci się nie rozczarowywały. Zosia schowała długopisy do piórnika i wstała. Zrobić ci herbatę? Poczytam Jasiowi bajkę?
No jasne! Basia podniosła się z kanapy i podeszła do córki. Uściskała ją i cmoknęła w skroń. Ale wyrosłaś! Już nawet nie dosięgnę czubka głowy, jak dawniej Cała tata.
Daj spokój, mamo Zosia lekko się odsunęła. Nie chcę gadać o nim.
I nie będziemy! Idź, zrób herbatę, a ja jeszcze do kogoś zadzwonię. Podsuwasz mi świetny pomysł.
Basia mocno przytuliła córkę po raz drugi, po czym lekko ją popchnęła.
No, idź!
Patrząc na prostą jak struna sylwetkę Zosi, Basia pomyślała, co za zagadkowa rzecz te geny Ona sama była puszystą blondynką, Jasio też jasny, krępy, wykapany po niej. A Zosia była jak porcelanowa figurka: drobna, wyraźnie zarysowana, cała w ruchu. Elegancka postura, łabędzia szyja, wąskie nadgarstki. Cały ojciec i babcia ze strony ojca. Teściowa Basi była baletnicą. Nie jakąś primabaleriną raczej siódma labędzica z końca. Ale kręgosłup miała nie do zdarcia, stalową wolę i energię. No i charakterek ufff! Zosia była jednak zupełnie inna z ciepłem, które widzieli wszyscy i na które nieraz się łapała. Że ludzie wykorzystywali jej empatię to fakt. Często przez to dostawała po łapach, ale nigdy nie zamierzała przestać pomagać.
W domu zawsze było jakieś chore zwierzę, które Zosia zawsze przyganiała z ulicy, pielęgnowała, po czym oddawała w dobre ręce.
Z wszystkich jej zdobycznych stworów został tylko stary, wielgachny kocur, którego znalazła Zosia zeszłej zimy. Były takie mrozy, że szkoły pozamykali. Zosia siedziała z bratem w domu, bo Jasio też nie chodził do przedszkola, bo był chory. Jak już matka wyleciała na nocny dyżur, Zosia zabrała się za obiad i odkryła brak cebuli. Sklepik tuż obok, więc nakazała Jasiowi nie ruszać się z kanapy, wyłączyła kuchenkę i poleciała po cebulę. Wracając, poślizgnęła się pod klatką i z całym impetem walnęła przy schodach. Jej wzrok spotkał się z parą żółtych, miodowych oczu. Kocur siedział na ostatnim schodku i wyglądał, jakby właśnie tu chciał umrzeć. Ogromny, czarny jak smoła, kiedyś puszysty, teraz futro skudłacone, łysy na placki, z ropiejącymi ślepiami. Morda miał tak zrezygnowaną, że Zosia, wycierając łzy, zapytała:
Zimno? Pójdziesz ze mną?
Kocur nie odpowiedział. Patrzył długo, tylko mocniej podwinął łapy.
Zosia spróbowała go podnieść, ale był za ciężki. Otworzyła drzwi klatki i krzyknęła:
No chodź, bardzo zimno, a u nas mleko jest.
Patrzył na nią bez nadziei. Komu ja potrzebny? to wręcz biło z jego miny. Zosia aż klapnęła przy nim na lodowatych stopniach.
Nie bój się Proszę cię. Chodź. Jesteś mi potrzebny, rozumiesz?
Kocur długo patrzył, słuchał jej głosu, aż w końcu szturchnął ją wielką czachą w rękę i wstał.
No! Zosia ucieszyła się i poczłapała na górę. Plecy bolały, ale już mniej. Jasia się nie bój, on głośny, ale dobry.
Basia tylko westchnęła, widząc rano w kuchni to łysiejące dziwadło.
Zosiu, długo nie pożyje, pewnie
Mamo, ale chociaż się ogrzeje, prawda?
No i dobrze, niech zostaje
Basia nie miała siły protestować. Zresztą siły miała mało na cokolwiek. Mechanicznie chodziła do pracy, coś robiła w domu, dbała o dzieci. Czuła się, jakby mieszkała w akwarium pełnym kisielu. Lepkie, ciężkie, a zarazem śliskie, niepotrzebne i jałowe Tylko dzieci Zosia i Jasio się liczyły.
Mąż nie odszedł od razu. Ponad rok krążył między Basią i nową partnerką, zastanawiając się, gdzie mu lepiej. Basia już dawno nie cieszyła się z jego obecności, ale on nie kwapił się, żeby odejść.
Za bardzo za mną nie tęsknisz, widzę. Ale dzieci mnie kochają.
Funkcjonowali już osobno, na szczęście mieszkanie było przestronne. Zosia nawet nie pisnęła, kiedy matka przeniosła się na jej kanapę. Mimo młodego wieku córka wszystko doskonale czuła.
Basia wiedziała, że mąż ma już drugiego syna, młodszego od Jasia. No i blondynkę o urodzie modelki, która z tym elegancko ubranym synkiem spacerowała po parku. Znowu blondynka Basia trochę ironicznie się uśmiechała na widok „nowej żony” swojego męża.
Pewnego dnia Basia wróciła pieszo zamiast autobusem. Jesień była nienajgorsza, ciepło, liście szeleszczące pod nogami. Taki spacer uspokoił ją bardziej niż jakiekolwiek krople uspokajające z apteki. Nawet się uśmiechnęła, patrząc jak bezczelna wiewiórka pokicała przed zdezorientowanym psiakiem ledwo trzymanym przez siwego pana. Siwy Taki będzie jej były, pomyślała. Tylko już nie z nią. Nie będzie tych wspólnych wypadów, siedzeń z wnukami na działce, morza, gór Wszystko przepadło.
Odwróciła się i zobaczyła byłego męża z nową rodziną. Życie czasem pisze scenariusze bez żadnego ostrzeżenia. Stała bez słowa, patrzyła, jak on bawi się z synkiem, a potem równie bez słowa ruszyła ku wyjściu z parku, już pewna, jak ułoży dalej życie.
Wieczorem spakowała mu rzeczy i cicho powiedziała:
Wyprowadź się, proszę.
Może by dyskutował, ale z pokoju wyszła Zosia i powtórzyła spokojnie za matką:
Wyprowadź się.
gdy zamknęły się drzwi, Basia osunęła się pod ścianą:
Mamo, wszystko w porządku?
Zamknęła oczy na minutę, zbierając myśli:
Nastaw, proszę, czajnik. Herbaty mi się chce.
Dzieci przyjęły odejście ojca inaczej. Jasiek był jeszcze mały, mama mu wystarczała, ojciec i tak rzadko się nim zajmował. Ale dla Zosi to była trauma. Udawała dzielną, żeby nie dołować mamy, ale nocami gapiła się w sufit, szukając wzorków w cieniach z drzew za oknem. Rzadko, ale w końcu zasypiała i to ratowało organizm.
Zmęczenie szybko dało o sobie znać. Zosia robiła się nerwowa, płakała z byle powodu. Basia zabrała ją do psychologa, ale niewiele pomogło. Dopiero z pojawieniem się Kuby tak dzieci nazwały kota sytuacja stopniowo się zmieniła.
Kuba został już z nimi i o dziwo, dzieci mega się z nim zżyły. Basia nocami czasem czuła się nieswojo, bo ten stwór nagle pojawiał się znienacka w kuchni czy na korytarzu.
A ty co, nie śpisz? marudziła, patrząc jak kocur układa się obok.
Nie miauczał, nie domagał się głaskania. Po prostu siedział. A te nocne posiadówki okazały się terapeutyczne kot słuchał, a Basia szeptem, by nie obudzić dzieci, opowiadała mu o swoich żalach, strachach i rozterkach. O tym, że nie umie zamknąć za sobą drzwi do tego, co nazywała kiedyś rodziną. Nieraz się wyżaliła, nieraz popłakała. I Kuba zawsze tylko siedział, robił mądrą minę i udawał, że wszystko rozumie.
Gdy zauważyła, że Zosia jest spokojniejsza, nagle zrozumiała, że nie tylko ona gada z kotem. I kiedy przekazała mimochodem:
Jeśli będziesz go komuś szukała domu, to się nie zgadzam. On zostaje.
Przez rok Kuba nabrał masy i futra, z dzikiego stracha zrobił się całkiem domowy kocur. A gdy koleżanki pytały Basię o życie uczuciowe, śmiała się:
Najlepszy facet już jest. Wysłucha, podłyka milczeniem wszystkie moje gadki, dzieci lubi, prawie nie je, a skarpet nie nosi. Lepszego nie znajdę!
Nie myślała o nowym związku. Czuła się jak zepsuta lalka, z powykręcanymi stawami, zastygła w bezruchu. Dzieci były jej radością.
Konkursami Zosi przedszkole jej nie dręczyło. Ten okres zapamiętała jako ciąg balów i imprez. Sukienka, pantofelki, kokardki! Ale z Jasiem już tak łatwo nie było. Inne nauczycielki, a do tego komitet rodzicielski pełen ludzi z sercami na dłoni i zapałem, że aż strach.
Po rozwodzie mąż oświadczył, że alimenty dostanie dopiero przez sąd, a do tego czasu nic. Wiedział, że Basia ze swoją pensją nie utrzyma dzieci na poprzednim poziomie. Chciał, by ona prosiła nie doczekał się. Po dwóch miesiącach na makaronie Basia znalazła drugą pracę. Koszmar, stress, niewyspanie ale przynajmniej nie musiała chodzić do byłego.
Tylko na dzieci miał czas coraz mniej. Jak bardzo się nie starała, nie dało się ze wszystkim wyrobić.
Na początku konkursy nie sprawiały problemu ile czasu trzeba, żeby ulepić bałwanka lub wykleić laurkę? Zosia nieraz pomagała mamie, a Jasiek upierał się, że wszystko robi sam. Ale najpierw jedna praca, potem druga lądowały w kącie, niezauważone. W końcu wychowawczyni na zebraniu złoiła Basię słownie przed całą grupą rodziców, aż zabrakło jej słów. Oburzenie innych dorosłych przerwało tyradę. Basia usiadła z płonącymi policzkami i postanowiła na zebrania nie wraca.
Spokojnie! wołała pani Helena, wychowawczyni. Chciałam tylko podkreślić, że to my, rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za przyszłość dzieci! Trzeba poświęcić im czas, serce Przecież to świetna okazja na wspólną zabawę, nawiązywanie więzi Jeśli nie znajdą państwo pół godziny na pomoc przy pracy co to za rodzice?
Basia już nie słuchała. Miała przed oczami Kuba ze spojrzeniem a co mnie to obchodzi? i uznała, że szkoda tych wszystkich bezrefleksyjnych zajawek. Chciała tylko wrócić do domu, nakarmić dzieci, usiąść do herbaty z kotem w kuchni. I pogadać. A czat wyciszy na amen.
Zebranie było tydzień temu, a teraz znów wiadomość o nowym konkursie. Basia poczuła złość. Dość tego! Jeśli konkurs jest dla dzieci, to niech dzieci go robią! Jeśli dla rodziców to może napiszcie, przyznam się bez bicia, że ulepiłam króla Lwa z masy solnej o trzeciej nad ranem Telefon do kilkorga rodziców i szybko się dogadali, że robią rewolucję: dzieci robią prace samodzielnie.
Tydzień później, podczas uroczystości w przedszkolu, Basia wchodziła w szampańskim humorze. Jeśli się nie uda, trudno ale od dziś już nikt nie powie, że jest złą matką, a jej zdanie i zdanie dzieci będą się liczyć.
Praca Jasia stała w najgłębszym kącie na wystawie. Basia przesunęła super-dzieła wyraźnie zrobione przez dorosłych, wyciągnęła jeżyka własnoręcznie zrobionego przez syna i postawiła go na środku.
Basia, po co? spytała zaskoczona pani Helena. Zaraz rodzice przyjdą, oglądają…
Chcę, żeby wszyscy zobaczyli pracę Jasia, którą zrobił zupełnie sam. Poprawiam tylko plakietkę.
Widziała, że wychowawczyni zaciska usta, ale przy Basi już nie tknęła pracy. Jasiek, widząc swojego jeżyka na eksponowanym miejscu, aż oniemiał z zachwytu, a kiedy usłyszał kilka pochwał, urósł cały w dumę.
Rodzice i dzieci gromadzili się w sali. Szum, zamieszanie, szykowanie strojów i fryzur, klasyka przed przedszkolnym spektaklem.
Wychodząc, Basia porozumiała się wzrokiem z ojcem Weroniki i zeszła na dół za Jasiem. Górę ogarną już inni.
Koncert był świetny. Jasiek powiedział wiersz, którego nauczyła go Zosia, zatańczył polkę z Weroniką. Basia podziwiała, jaki jest zwinny może rzeczywiście warto zapisać go na taniec. Ale jej rozważania przerwała pani Helena, która zaczęła wręczać nagrody. Dzieci po kolei wychodziły po dyplomy i czekolady, sponsorowane przez komitet rodzicielski. Jasia i wielu innych, którzy swoje prace zrobili naprawdę sami wśród wyróżnionych nie było.
A teraz pani Helena kończyła już, zamierzała ogłosić koniec imprezy, kiedy Basia wstała.
Teraz parę słów od rodziców naszej grupy, jeśli wolno.
Niektórzy się uśmiechnęli, wiedząc, co będzie. Inni patrzyli nieco zdziwieni, jak Basia idzie pod scenę, po drodze zabierając od mamy Szymka stos dyplomów i od mamy Leny dużą puszkę.
Dziękujemy paniom za wspaniałą uroczystość! Za pomysły i pracę z naszymi dziećmi i z nami! Za zaangażowanie i serce! Dziękujemy! No, wszyscy razem teraz!
Sala odpowiedziała chaotycznie, potem coraz głośniej. Napięcie opadło.
Chcemy też podziękować dzieciom, które choć nie zdobyły żadnej nagrody, starały się tak samo. Zasługują na brawa!
Basia zaczęła wyczytywać imiona. Obdarowane dzieci, choć bez medali, dostawały dyplomy i czekolady. Wieczorem wreszcie wybuchł śmiech i dzieciom wrócił humor.
Ale to jeszcze nie koniec! Basia kontynuowała. Czas na nagrody dla najlepszych rodziców za manualne zdolności!
Wyciągnęła chupa-chupa i wręczyła go mamie przewodniczącej komitetu. Ta, zdziwiona, przyjęła dyplom i lizaka.
Basiu, co ty wyprawiasz?
Nie przeszkadzaj, i tak nie jedna wygrywasz! puściła jej oczko i rozdawała dalej.
Żaden z rodziców-ekspertów od plastyki nie wyszedł tego dnia z pustymi rękami.
Po imprezie zawrzało na czatach. Obok odpicowanych prac powstała osobna wystawa zrobionych samodzielnie przez dzieci. A nad nią, wypisane fluorescencyjnym mazakiem Zosi, wielki napis: Ja sam!
Tymczasem Basia zabrała Jasia, przemknęli się bokiem do szatni i pognała do domu, gdzie czekała już Zosia.
Mamo?
Co, kochanie? Basia spojrzała na szczęśliwego synka z dyplomem.
Skoro dostałem dyplom, to znaczy, że moja praca jest dobra?
Oczywiście! Sam słyszałeś! Jest najlepsza, bo zrobiłeś ją sam! Nawet Zosia ci nie pomagała.
Ale jeżyk wyszedł trochę krzywy.
I co z tego? Ważne, że jest twój.
Szli szybkim krokiem. Po chwili Jasiek znów spojrzał na mamę:
Mamo, jesteś ze mnie dumna?
Basia zatrzymała się, złapała go za rękę i przykucnęła:
Bardzo! Bo jesteś coraz bardziej samodzielny. Bo nie jęczałeś i nie prosiłeś, żeby ktoś ci zrobił pracę. Bo wiesz, że mam mało czasu i pomagasz mi, jak możesz. Sama widziałam wczoraj to nie Zosia myła naczynia, tylko ty. I za to ci dziękuję! Bo rośniesz na prawdziwego faceta!
A kto to jest prawdziwy facet?
Basia zamyśliła się.
To taki, kto sam rozwiązuje swoje problemy, ale umie podziękować za pomoc. Kto nie dzieli obowiązków na damskie i męskie. Kto wspiera bliskich tak jak ty z tą zmywarką. Zosia dzięki temu mogła się uczyć i dziś dostała piątkę z chemii. Dałeś jej czas. A to najważniejsze mieć czas i dobrze go wykorzystać.
A jak?
To ci kiedyś opowiem. A wiesz co? Basia wstała, wzięła syna za rękę.
Co?
Należy się nam jakiś mały święt!
Pewnie!
To kupimy ciasto?
Ja chcę!
Siedząc potem w kuchni z kubkiem czarnej herbaty z tymiankiem, Basia obserwowała, jak gadają dzieci, jak Kuba mruży oczy w kąciku, i myślała: jak niewiele trzeba, żeby te małe ludzi zrobić szczęśliwymi. Wystarczy powiedzieć, że są ważni.
Wyłączy telefon, schowa go głęboko do torby. Następnego dnia wypisze się z przedszkolnego czatu, poprosi mamę Leny, by informowała ją tylko o rzeczach kluczowych. Gdy kiedyś będą wspominały konfetti z lizaków i nagród dla rodziców, długo się pośmieją z niepewnych min wszystkich obecnych.
Za dwa lata Jasiek zostanie uczniem liceum mundurowego, a krzywy jeżyk będzie czekał na niego na kuchennej półeczce, obok pięknego dzbanka do herbaty, który Zosia przywiezie z Warszawy na ferie, bo tam będzie studiowała.
A Basia, pierwszy raz dłużej sama z Kubą, najpierw się pogubi, ale potem spotka nowego mężczyznę Eugeniusza. Niski, lekko przy kości, zupełnie inny niż były mąż, da jej wszystko, o czym marzyła po cichu na te późniejsze lata: spokojne dni, śmiechy na działce przy grillu i róże, wyjazdy nad morze. Co najważniejsze, Eugeniusz dogada się świetnie z jej dziećmi i to zaskoczy Basię najbardziej. Bo zawsze wierzyła swojemu byłemu, że nie da się pokochać cudzych dzieci. A Zosia, przyjeżdżając w odwiedziny, z zazdrością popatrzy na spacerującą po parku Basię i Eugeniusza, trzymających się jak dzieci za ręce. I zacznie marzyć, by w jej życiu kiedyś było tak samo żeby można było przejść przez park, kopać jesienne liście, karmić wiewiórki, a potem wrócić do domu, zaparzyć czarnej herbaty z tymiankiem i po prostu pobyć razem. Bo czasem nie trzeba słów, tylko kogoś, kto słyszy cię sercem.




