Jesteśmy w kontakcie Poranek u pani Nadziei Nowak zawsze zaczynał się tak samo. Czajnik na gazie, d…

Poranek u Zofii Malinowskiej zawsze wygląda tak samo. Czajnik na gazie, dwie łyżeczki herbaty sypanej do starego, pękatego imbryka, który oszczędza od czasów, gdy dzieci były małe i wydawało się, że wszystko dopiero przed nią. Woda się grzeje, a ona włącza radio w kuchni i jednym uchem słucha wiadomości. Głosy spikerów są jej bliższe niż niejedna twarz.

Na ścianie wiszą zegar z żółtymi wskazówkami. Zegar chodzi bez zarzutu, za to dzwonek stacjonarnego telefonu pod nim dzwoni coraz rzadziej. Dawniej trzeszczał wieczorami, kiedy koleżanki dzwoniły pogadać o serialu czy ciśnieniu. Teraz koleżanki to chorują, to wyjeżdżają do dzieci do innych miast, a czasem już odchodzą na zawsze. Telefon stoi w kącie, ciężki, z słuchawką, która miło leży w dłoni. Zofia czasem ją gładzi, przechodząc obok, jakby sprawdzała, czy ten sposób kontaktu jeszcze żyje.

Dzieci dzwonią komórkami. A właściwie dzwonią do siebie, bo kiedy już przyjadą, cały czas trzymają telefony w rękach. Syn potrafi w połowie rozmowy nagle zamilknąć, zapatrzeć się w ekran i mruknąć: Zaraz, po czym zaczyna intensywnie stukać w szkło. Wnuczka, drobna dziewczynka z długim kucykiem, właściwie nigdy nie wypuszcza telefonu z rąk. Ma tam znajomych, gry, lekcje, muzykę. Wszystko tam.

Ona sama ma stary telefon z klawiszami. Kupili jej go, kiedy pierwszy raz trafiła do szpitala z nadciśnieniem.

Żebyśmy mogli się zawsze dodzwonić powiedział wtedy syn.

Telefon leży w szarej kaburze na półce w przedpokoju. Czasem zapomina go naładować. Czasem poniewiera się w torebce pod apaszkami i paragonami z Biedronki. Rzadko dzwoni, a gdy już się zdarzy, Zofia często nie zdąży nacisnąć odpowiedniego klawisza i potem długo się złości na swoją powolność.

Tego dnia kończy siedemdziesiąt pięć lat. Liczba wydaje jej się obca. W środku czuje się co najmniej dziesięć lat młodszą. Może nawet piętnaście. Ale dowodu nie da się oszukać. Poranek jak zawsze: herbata, radio, krótka gimnastyka na stawy, której nauczyła ją lekarka rodzinna. Potem wyjmuje z lodówki sałatkę, zrobioną dzień wcześniej, i stawia na stół sernik. Dzieci obiecały być na drugą.

Ciągle ją dziwi, że teraz o urodzinach nie rozmawia się przez telefon, tylko w jakimś czacie. Syn kiedyś powiedział:

My z Anią wszystko ustalamy w rodzinnym czacie. Pokażę Ci kiedyś.

Ale nigdy nie pokazał. Dla niej słowo czat brzmi jak coś z innego życia, gdzie ludzie mieszkają w małych okienkach i rozmawiają tylko literami.

O drugiej zjawiają się wszyscy. Najpierw do przedpokoju wpada wnuk Mateusz z plecakiem i słuchawkami, za nim po cichu przemknęła wnuczka Jagoda, potem syn z synową, objuczeni torbami. W mieszkaniu od razu robi się gwarno i ciasno. Pachnie ciastem z cukierni, perfumami synowej i jakimś świeżym, szybkim zapachem, którego Zofia nie potrafi nazwać.

Mamo, wszystkiego najlepszego syn obejmuje ją mocno, szybko, jakby już gdzieś się spieszył.

Prezenty kładą na stole. Kwiaty wędrują do wazonu. Jagoda od razu prosi o hasło do Wi-Fi. Syn krzywi się, grzebie w kieszeni za karteczką i zaczyna dyktować jej ciąg literek i cyferek, od którego Zofii szumi w głowie.

Babciu, a czemu nie siedzisz z nami w czacie? pyta nagle Mateusz, ściągając buty i idąc do kuchni. U nas tam całe życie się dzieje.

Dajże spokój z tym czatem macha ręką, podsuwając mu talerz z sernikiem. Mnie ten telefon wystarcza.

Mamo wtrąca się synowa właściwie dlatego wymienia spojrzenie z mężem mamy dla Ciebie prezent.

Syn wyciąga z torby schludne pudełeczko. Białe, błyszczące, z kolorowym nadrukiem. Zofia od razu czuje narastający niepokój. Już wie, co tam jest.

Smartfon syn mówi to tak, jakby ogłaszał jakąś diagnozę. Porządny, nie najdroższy, ale dobry. Jest kamera, internet, wszystko, co trzeba.

A na co mi to? pyta, starając się brzmieć spokojnie.

Mamo, jak to na co. Będziemy mogli rozmawiać przez wideorozmowy synowa spieszy się z wyjaśnieniem, pewnym tonem. Mamy rodzinny czat, tam wrzucamy zdjęcia, nowości. No i teraz wszystko przez internet do lekarza się zapisać, rachunki sprawdzić. A przecież narzekałaś, że w przychodni kolejki.

Dam sobie radę zaczyna, ale widzi, że syn wzdycha powściągliwie.

Mamo, będziemy spokojniejsi. Jak coś, możesz napisać od razu. Albo my napiszemy. I nie będziesz już szukać tego telefonu z klawiszami, zastanawiając się, gdzie ta zielona słuchawka.

Uśmiecha się, próbując złagodzić słowa. Ale Zofia i tak czuje ukłucie. Zielona słuchawka. Jakby już do niczego się nie nadawała.

No dobrze mówi, patrząc na pudełko. Jeśli tak chcecie.

Otwierają pudełko razem, jak kiedyś prezenty dla dzieci. Tylko dzieci już dorosłe, a ona siedzi w centrum jak uczennica na egzaminie. Ze środka wyjmują cienki, czarny prostokąt. Zimny i śliski. Na ekranie ani jednego przycisku.

Wszystko tu dotykowe tłumaczy Mateusz. Trzeba tylko dotknąć. O, tak.

Przejeżdża palcem po ekranie, kolorowe ikonki rozbłyskują. Zofia drży. Wydaje jej się, że to jakaś chytra maszyna, która zaraz zażąda hasła, loginu albo Boga wie czego.

Nie bój się mówi Jagoda, zaskakująco łagodnie. Wszystko ustawimy. Na razie nie naciskaj nic sama, dobrze? Sami pokażemy.

Te słowa bolą najbardziej. Nie naciskaj sama. Jak małemu dziecku, co zaraz coś zbije.

Po obiedzie cała rodzina przenosi się do pokoju. Syn siada obok na kanapie, kładzie smartfona na jej kolanach.

Patrz zaczyna tu przycisk włączania. Naciskasz i przytrzymujesz. Pojawia się obrazek, potem ekran blokady. Żeby odblokować, przesuwasz palcem. O, tak.

Robi to tak szybko, że wszystko jej się myli. Przycisk, obrazek, blokada brzmi jak obcy język.

Poczekaj prosi. Po kolei, bo zapomnę.

Nie zapomnisz, to proste macha ręką syn. Przywykniesz.

Kiwnęła głową, chociaż wie, że nie tak prędko. Potrzebuje czasu. Czasu, żeby pogodzić się z tym, że teraz świat mieści się w prostokącie, do którego musi jakoś się wcisnąć.

Wieczorem telefon ma już zapisane numery dzieci, wnuków, sąsiadki Ireny Zabłockiej oraz lekarza rodzinnego. Syn instalował komunikator, utworzył konto, dodał ją do rodzinnego czatu. Ustawił duże litery, by nie mrużyła oczu.

Patrz pokazuje tu czat. Piszesz. Zaraz coś Ci napiszę.

Wpisuje szybko tekst. Na ekranie pojawia się wiadomość od niego do siebie. Potem wyskakuje kolejna od synowej: Hura, mama z nami!. Zaraz potem od Jagody: dużo kolorowych emotek.

A ja jak? pyta Jak napisać?

Klikasz tu syn dotyka miejsca na ekranie pojawia się klawiatura. Piszesz. Albo możesz nagrać głos. Naciskasz mikrofon i mówisz.

Próbuje. Palce drżą. Zamiast dziękuję wychodzi hziękuję. Syn się śmieje, synowa też. Jagoda chichocze i wrzuca jeszcze emotki.

Nic nie szkodzi mówi syn, widząc, że spięła się. Każdy na początku robi błędy.

Kiwa głową, ale w środku czuje wstyd. Jakby oblała łatwy sprawdzian.

Kiedy wyjeżdżają, mieszkanie znowu cichnie. Na stole zostaje niedojedzony sernik, kwiaty w wazonie i białe pudełko od smartfona. Telefon leży obok, ekranem do stołu. Odwraca go ostrożnie. Ekran czarny. Naciska przycisk na boku. Ekran rozświetla się miękko. Pojawia się zdjęcie, które Jagoda ustawiła jej jako tapetę: cała rodzina na zeszłorocznego Sylwestra. Widać Zofię z profilu, w niebieskiej sukience, z uniesioną brwią jakby już wtedy nie była pewna, czy jej miejsce akurat tam.

Przesuwa palcem po ekranie jak ją uczono. Migoczą ikonki. Telefon, wiadomości, aparat, jeszcze coś. Przypomina sobie: Nie naciskaj nic niepotrzebnego. Ale skąd wiedzieć, co potrzebne?

W końcu odkłada ostrożnie smartfona z powrotem na stół i idzie zmywać naczynia. Niech na razie poleży. Niech przywyknie do mieszkania.

Na drugi dzień budzi się wcześniej niż zwykle. Najpierw zerka na nowy telefon. Leży jak wczoraj, obcy. Wczorajszy lęk trochę zelżał. To przecież tylko rzecz. Można się nauczyć. Kiedyś bała się mikrofalówki, a potem umiała z niej korzystać.

Parzy herbatę, siada do stołu, przyciąga smartfona do siebie. Włącza go. Dłoń się poci. Na ekranie znów zdjęcie z Sylwestra. Przesuwa palcem, widzi ikonki. Rozpoznaje zieloną słuchawkę coś w końcu znajomego i wciska ją.

Pojawia się lista kontaktów: syn, synowa, Jagoda, Mateusz, Irena Zabłocka. Wybiera syna. Naciska. Telefon wibruje, ekran pulsuje. Przykłada go do ucha jak zwykły telefon, czeka.

Halo? słyszy głos syna, trochę zdziwiony. Mamo? Wszystko OK?

Tak, chciałam sprawdzić czy działa odpowiada i czuje dziwną dumę. Zadziałało.

No widzisz, mówiłem! Brawo, mamo. Tylko przez komunikator lepiej dzwoń, taniej.

Ale jak? gubi się.

Pokażę później, teraz mam spotkanie.

Rozłącza się czerwoną słuchawką. Serce wali jak przy szybkim marszu. Ale w środku przyjemnie ciepło. Zadzwoniła sama. Nikogo nie prosiła.

Dwie godziny później przychodzi pierwsza wiadomość na czacie rodzinnym. Telefon piszczy, ekran błyska. Drży. Jagoda: Babciu, jak się czujesz?. Pod spodem mruga pole można wpisać odpowiedź.

Długo się patrzy na te literki. Potem klika. Klawiatura się pojawia. Małe litery, ale widoczne. Pisze jedno po drugim. D nie trafia, wychodzi f. Skasowała. Znowu. Palce nie słuchają. Siedzi tak nad jak się masz ze dwadzieścia minut, w końcu układa: Wszystko dobrze. Piję herbatę. W dobrze błąd, ale zostawiła. Wysyła.

Po chwili pojawia się odpowiedź: Super! Sama napisałaś? I serduszko.

Łapie się na tym, że się uśmiecha. Sama napisała. Jej słowa są tam, gdzie zawsze były tylko cudze.

Wieczorem wpada sąsiadka Irena Zabłocka z słoikiem dżemu.

Słyszałam, że dzieciaki ci sprezentowały ten jak mu tam nowoczesny telefon mówi, zdejmując buty.

Smartfona poprawia Zofia. Słowo wydaje jej się za modne na swój wiek, ale wymawia je z dumą.

I jak? Nie gryzie? uśmiecha się sąsiadka.

Na razie tylko piszczy wzdycha Zofia. Wszystko inaczej. Brak przycisków.

Mój wnuk też namawia. Mówi, że bez tego teraz ani rusz. Ale ja już za stara, niech sobie młodzi w tym internetach.

Słowo za stara tnie boleśnie. Ona też tak myślała. Ale teraz leży w jej pokoju rzecz, która jakby mówi odwrotnie: jeszcze nie za późno. Można spróbować.

Kilka dni później syn dzwoni, mówi, że zapisał ją do lekarza przez internet. Zofia jest zaskoczona.

Ale jak to przez internet? pyta.

Przez ePUAP, mam Ci login i hasło zapisane na kartce w szufladzie przy telefonie.

Otwiera szufladę. Tam faktycznie leży złożona karteczka z ciągiem cyfr i liter. Bierze ją jak receptę od lekarza. Teoretycznie wszystko jasne, ale praktycznie nie wiadomo, co zrobić.

Nazajutrz się przełamuje. Włącza smartfona, szuka ikony przeglądarki, którą pokazywał syn. Naciska, wyskakuje białe pole z paskiem u góry. Wpisuje adres, przepisując z kartki bardzo powoli, z trudem. Dwa razy się myli, kasuje. Wreszcie strona się ładuje. Niebiesko-białe paski, jakieś przyciski.

Wprowadź login i hasło czyta na głos.

Login wpisuje jakoś. Hasło gorzej, bo litery i cyfry razem. Klawiatura wciąż się zmienia, znika i pojawia znów. Niechcący kasuje wszystko. Klęte, fuka pod nosem, aż sama jest zaskoczona swoją irytacją.

W końcu odkłada telefon i sięga po słuchawkę stacjonarnego.

Nic mi nie wychodzi! mówi do syna. Te wasze hasła to jakieś tortury.

Mamo, nie denerwuj się. Wieczorem wpadnę, pokażę.

Ciągle wpadasz i pokazujesz, ale potem wychodzisz, a ja znów sama z tym

Zapada cisza.

Wiem, mamo. Po prostu praca, wiesz Przyjadę z Mateuszem, on ci spokojnie pokaże. Jest lepszy ode mnie.

Zgodziła się. Ale odkłada słuchawkę ciężkim sercem. Bez nich nic nie znaczy. Niby ciężar.

Wieczorem przychodzi Mateusz. Zdejmuje trampki, siada obok na kanapie.

Pokaż, babciu mówi spokojnie z czym problem?

Otwiera stronę, pokazuje ekran.

Tu wszystko trudne przyznaje. Te napisy, przyciski. Boję się coś zepsuć.

Tu nie ma co psuć wzrusza ramionami. Najwyżej wylogujesz i wejdziemy z powrotem.

Mówi szybko, ale bez zniecierpliwienia. Palce sprawnie wędrują po ekranie. Pokazuje gdzie kliknąć, jak zmienić język, jak przeglądać zapisy u lekarzy.

Patrz, tutaj twoja wizyta. Jeśli się nie da przyjść można anulować. Tu klikasz.

A jak przez pomyłkę anuluję? pyta.

Trzeba się zapisać znowu on na to. Nic strasznego.

Kiwa głową. Dla niego nic. Dla niej całe wydarzenie.

Gdy wychodzi, długo siedzi z telefonem w dłoni. Czarny ekran jakby ją sprawdzał z wytrwałości. To login, to hasło, to znowu błąd połączenia. Świat był kiedyś prostszy. Zadzwonić, umówić się, przyjść teraz trzeba jeszcze ogarniać paski i napisy.

Tydzień później jest przygoda z zapisaniem się do lekarza. Zofia budzi się z ciężką głową i słabością. Nadciśnienie szaleje. Ma wizytę za dwa dni. Chce sprawdzić godzinę. Włącza smartfona, loguje się, szuka zakładki z wizytami nie widzi swojego nazwiska.

Serce wpada w panikę. Szuka, przewija pusto. Wczoraj nic nie klikała. A może? Przypomina sobie, że próbowała wieczorem sprawdzić jak się anuluje wizytę. Może kliknęła za dużo?

Kłębią się myśli. Teraz trzeba iść do przychodni, siedzieć w kolejce, kaszlący ludzie, zaduch. Ona już słaba. Wzbiera lęk.

Chciała zadzwonić do syna, ale myśli: ma trudny tydzień w pracy. Wyobraziła sobie, jak mówi kolegom: Znowu mama nie radzi sobie z telefonem. Staje się jej przykro.

Zaciska zęby, oddycha głęboko. Przypomina sobie o Mateuszu ale ten ma uczelnię. Nie chce znowu prosić.

Patrzy na smartfona. Czarny prostokąt przyczyna problemu i jego ewentualne rozwiązanie. Loguje się jeszcze raz. Palce się trzęsą, ale opanowuje się.

W zakładce wizyty pusto. Znaczy, przepadło. Głębokie westchnienie, potem wchodzi w zapisz się do lekarza. Lista lekarzy, wybiera internistę. Najbliższy termin dopiero za trzy dni, trudno. Potwierdza.

Ekran myśli, w końcu wyświetla: Zostałaś zapisana. Jej nazwisko, data, godzina. Sprawdza kilka razy, czy na pewno. W klatce lżej. Sama to zrobiła. Bez dzieci, bez wnuków.

Na próbę pisze jeszcze do lekarza komunikator, czat z panią doktor, którą syn jej kiedyś dodał. Chwilę się namyśla, potem naciska mikrofon.

Dzień dobry, tu Zofia Malinowska, mam problem z ciśnieniem, zapisałam się do Pani na środę przez internet.

Wysyła. Ikonka kręci się. Za parę minut przychodzi odpowiedź: DOBRZE, PANIĄ WIDZĘ W SYSTEMIE. PROSZĘ DZWONIĆ, JAKBY CO.

Czuje, że napięcie opada trochę. Zapisana w systemie, lekarz wie. I to wszystko smartfonem.

Wieczorem pisze w czacie rodzinnym: Zapisałam się do lekarza sama przez internet. Błąd w zapisałam, ale nie poprawia. Najważniejsze sens.

Pierwsza odpowiada Jagoda: Wow! Ty lepsza niż ja!. Potem synowa: Brawo! Jestem dumna. I w końcu syn: No mówiłem, że się uda.

Czyta te wiadomości i czuje wewnętrzne rozluźnienie. Może nie jest już całkiem poza ich światem szybkich wiadomości i żartów lecz pojawiła się między nimi a nią nitka. Może teraz pociągnąć ją, gdy potrzeba i dostanie odpowiedź.

Po wizycie u lekarza, która przebiega spokojnie, postanawia nauczyć się czegoś nowego. Jagoda opowiadała kiedyś, że przesyła z koleżankami zdjęcia jedzenia, kotów i wszystkiego, co popadnie. Zofii wydawało się to głupie, ale w duszy zazdrościła one mają wspólny obraz dnia, a ona tylko radio i okno na podwórko.

W słoneczny dzień, gdy światło na parapecie lśni na doniczkach z rozsadą, bierze smartfona, włącza aparat. Na ekranie pokazuje się jej kuchnia, zamknięta w ramce. Przesuwa bliżej doniczek. Naciska kółko. Odgłos kliknięcia.

Zdjęcie wyszło trochę rozmazane, ale widać na nim zielone listki i smużkę światła. Długo ogląda ten kadr. Myśli, że te młode siewki są trochę jak ona z telefonem wyciągają się ostrożnie do światła, choć ziemia jeszcze ciężka.

Wysyła zdjęcie na czacie rodzinnym. Myśli jak podpisać. W końcu pisze: Moje pomidory rosną. Wysyła.

Odpowiedzi przychodzą zaraz. Jagoda wrzuca zdjęcie pokoju zawalonego podręcznikami. Synowa talerz z sałatką z podpisem: Uczę się od Ciebie. Syn selfie z pracy, zmęczony, ale z uśmiechem: Mama ma pomidory, ja raporty. Kto ma lepiej?

Śmieje się głośno. Kuchnia nagle jest pełna ludzi, każdy w swoim mieście, ale wszyscy obok.

Nie zawsze, oczywiście, wszystko idzie gładko. Raz niechcący wysłała do czatu rodzinnego wiadomość głosową, będąc przekonana, że nikt nie słyszy słychać tam jej mamrotanie do telewizora i komentarze do wiadomości. Wnuki popłakały się ze śmiechu, syn napisał: Mamo, nadajesz się na prowadzącą program. Zawstydziła się, ale później też się śmiała. Przynajmniej usłyszeli jej prawdziwy głos.

Zdarza jej się pomylić czaty i napisać pytanie do wszystkich, myśląc, że tylko do Jagody. Raz pytała, jak usunąć zdjęcie, i w odpowiedzi dostała szczegółową instrukcję od Mateusza, krótkie sama nie wiem od Jagody i obrazek od synowej: Mama, Ty nasz progres!.

Ciągle plącze się w przyciskach. Bojaźliwie wykonuje aktualizacje, których żąda smartfon. Słowa zaktualizuj system brzmią jak straszak jakby miały znów wszystko pozmieniać.

Ale z dnia na dzień strach maleje. Zauważa, że potrafi sama sprawdzić rozkład jazdy autobusów, pogodę nie tylko z radia, ale z ekranu. Raz nawet znalazła w internecie przepis na ciasto podobne do tego, które robiła jej mama. Trochę się namęczyła z wyszukiwaniem, ale kiedy zobaczyła znajome składniki, oczy jej się zaszkliły.

Nie napisała nikomu o tym. Po prostu upiekła ciasto, zrobiła zdjęcie i wysłała w czacie z podpisem: Przypomniałam sobie przepis babci. Serduszka, wykrzykniki, prośba o przepis wróciły niemal natychmiast. Zrobiła więc zdjęcie kartki, na której zapisała składniki i odpisała.

Złapała się na tym, że coraz rzadziej spogląda na stacjonarny telefon. Ciągle wisi na ścianie, ale już nie wydaje się być jedynym mostem do świata. Teraz ma też drugi sznurek, niewidoczny, lecz mocny.

Pewnego wieczoru, gdy powoli się ściemnia, a w oknach naprzeciwko zapalają się światła, siedzi w fotelu z telefonem i przegląda rodzinny czat. Są tam zdjęcia z pracy syna, selfie Jagody z koleżankami, żarty Mateusza, wiadomości synowej o zakupach. Pośród nich jej skromne, ale coraz śmielsze wpisy: fotka pomidorów, przepis, pytanie o leki.

Nagle rozumie, że już nie jest tylko widzem zza szyby. Tak, nie rozumie połowy skrótów wnuków i nie umie wrzucać śmiesznych buziek, jak oni. Ale jej odpowiedzi są czytane. Na pytania dostaje odpowiedź. Jej zdjęcia mają lajki, jak mówi Jagoda.

Telefon cicho pika. Nowa wiadomość. Od Jagody: Babciu, jutro mam kartkówkę z matmy. Mogę potem zadzwonić się wygadać?

Uśmiecha się. Pisze, starając się nie popełnić błędów: Dzwoń. Zawsze wysłucham. I wysyła.

Odkłada telefon na stół obok filiżanki z herbatą. W domu cicho, ale ta cisza już nie przytłacza. Gdzieś tam, za ścianami i piętrami, czekają na nią rozmowy i wiadomości. Nie stała się częścią młodzieżowej ekipy, jak mówił Mateusz, ale znalazła dla siebie mały kącik w ekranowym świecie.

Dopija herbatę, wstaje, gasi światło w kuchni. Odchodząc do pokoju, rzuca jeszcze okiem na telefon. Mały, czarny prostokąt spokojnie leży na stole. Wie, że gdy tylko zechce, może dotknąć ekranu i sięgnąć do swoich.

I teraz to jej wystarcza.

Oceń artykuł
TwojaCena
Jesteśmy w kontakcie Poranek u pani Nadziei Nowak zawsze zaczynał się tak samo. Czajnik na gazie, d…