Jedyny mężczyzna w rodzinie
Rano przy śniadaniu najstarsza córka, Małgorzata, wpatrując się w ekran swojego telefonu, zagaiła:
Tato, widziałeś dzisiejszą datę?
Nie, a co w niej takiego niezwykłego?
Zamiast odpowiedzi, Małgosia odwróciła do mnie ekran: 11.11.11, czyli 11 listopada 2011 roku.
To twoja szczęśliwa liczba jedenaście, a dziś nawet potrójna. Czeka cię świetny dzień.
Żeby twoje słowa w złoto się zamieniały, słodziutka uśmiechnąłem się.
Tak, tatusiu wtrąciła młodsza, Zuzia, również wpatrując się w telefon. Skorpiony dzisiaj poznają kogoś wyjątkowego i dostaną prezent na całe życie.
Ciekawe Może ktoś z dalszej rodziny na Zachodzie nagle umarł i tylko my jesteśmy spadkobiercami milioner
Miliarder, tato podchwyciła Małgosia. Milion to dla ciebie za mało.
Właśnie. I co my zrobimy z takimi pieniędzmi? Kupimy sobie willę we Włoszech, a może na Mazurach? Do tego jacht
I helikopter! dołączyła Zuzia. Chcę swój własny helikopter
Nie ma sprawy. Będzie dla ciebie helikopter. A co dla Małgosi?
Chcę zagrać w filmie z Robertem Więckiewiczem!
Żaden problem. Zadzwonię, załatwię Dobra, dziewczyny, kończcie już tę ucztę, zaraz musimy wychodzić.
No tak, nawet pomarzyć nie można mruknęła Zuzia.
Marzyć zawsze warto i trzeba odparłem, popijając herbatę i wstając od stołu. Ale pamiętajcie o szkole
Dziwne, czemu właśnie teraz przypomniał mi się ten poranny dialog stałem w markecie i pakowałem zakupy do siatek. Dzień się kończył, nie był ani trochę klasowy, przeciwnie roboty przybyło od rana, musiałem zostać w pracy dłużej i wróciłem wykończony. Nie wydarzyło się żadne nowe znajomości ani prezent na długie lata.
„Zamiast szczęścia jak cegła przez okno” uśmiechnąłem się w duchu, opuszczając sklep.
Koło mojego leciwego, dwudziestoletniego Poloneza pałętał się chłopak. Zaniedbany, w podartych ubraniach, na nogach dwie różne buty: jeden sportowy, drugi stary, powykręcany trzewik przewiązany niebieskim drutem; na głowie zniszczona, stara czapka uszatka z wypalonym uchem.
Proszę pana głodny jestem dałby pan chleba wychrypiał, jak tylko do niego podszedłem.
Zadrżałem nie tyle przez jego wygląd, co przez ten ton, który bardziej przypominał replikę z dawnego filmu. W głowie przemknęły mi wspomnienia z młodości, zajęcia z dykcji w liceum, gdzie uczyli nas, jak widz od razu wyczuje fałsz. Chłopak nie był szczery, instynktownie to wyczułem cała ta bieda była przerysowana. Po co? Przeczuwałem, że cała ta szopka jest zagrana tylko dla mnie. No dobrze, młody, pobawimy się, pomyślałem, wyobrażając sobie, jak dziewczyny się ucieszą lubią bawic się w detektywa.
Chlebem się nie najesz. Co powiesz na miskę barszczu, ziemniaki ze śledziem i do tego kompot oraz świeże racuszki?
Chłopak na chwilę się speszył, ale zaraz wrócił mu rezon, zerknął mi spod byka.
Nic nie mówisz? Tak czy nie?
Tak wyszeptał.
To dobrze. Potrzymaj, proszę.
Zawsze w takich sytuacjach dawałem dziecku siatki z zakupami. Prawdziwy bezdomny od razu by uciekł, zmykał jak zając już nie raz to przerabiałem. Tym razem jednak bezdomniak tylko zacisnął dłoń na siatce i nie drgnął.
Wolno szukałem kluczy, zadzwoniłem do dziewczyn:
Małgosiu, nastawiłyście już ziemniaki? I surówka gotowa? Ugotuj proszę trochę barszczu w małym garnuszku, wrócę za dwadzieścia minut.
Chłopak nadal stał w miejscu, głowa spuszczona, siatka mocno trzymana. Dzięki, chłopie nie chciało mi się dziś biegać.
Gdy pakunki wylądowały na tylnym siedzeniu, otworzyłem przednie drzwi:
Proszę wsiadać, kareta czeka! Ziemniaki się gotują, barszcz podgrzewany.
Wsiadł cicho, jakby niepewny. Jechałem z dziewczynami do wioski siedem kilometrów za Sochaczewem, gdzie od ponad dziesięciu lat byłem spawaczem w pogotowiu. Sam wychowanek domu dziecka, nie miałem bliskich poza córkami, które kochałem ponad wszystko. Zawsze starałem się pomagać dzieciakom, które nie miały domu znałem to z własnego doświadczenia, wiedziałem, że nie liczą się warunki materialne, tylko miłość. Niestety, urzędnicy widzieli to inaczej tata samotnik, dwójka własnych dzieci, a gdzie dom? Jakby w domu dziecka było lepiej!
Chłopak milczał przez całą drogę, skulony, wcisnął się w kurtkę. Nie wyglądał na dom dziecka takich rozpoznawałem bez pudła. Wyglądało raczej, jakby uciekł z domu i jeszcze nie przywykł do ulicy.
Pewnie się pospieszyłem z oskarżeniem o kłamstwo pomyślałem. Chłopak chyba przeżył szok. Nic, zaraz nakarmimy, damy mu się umyć, otoczymy troską i sam opowie co i jak.
Córki czekały już na ganku, rzuciły się do auta, pomagając z zakupami.
A kto to? w końcu zauważyły pasażera.
No jak to kto? To obiecane dziś rano nowe znajomości i prezent na całe życie mrugnąłem do nich.
Super, tata! Zuzia podeszła, nachyliła się i spojrzała pod czapkę chłopca. Świetny prezent. Może się pomyliłeś i zabrałeś nie tego?
Gdyby to było takie proste Krzyczał: jestem twoim prezentem, twój! Nie mogłem się odczepić.
A jak ten prezent się nazywa? zapytała Małgosia.
Bez nazwy, bez metki, bez ceny zażartowałem.
Ojciec, dali ci felerny egzemplarz, trudno, wyrzucimy zagrała lekko Zuzia.
Chłopak jeszcze bardziej się spięł, wyglądał, jakby zaraz miał uciec. Zuzia przytrzymała go za ramię, delikatnie poklepała po czapce:
Halo? Kto tam mieszka?
Chłopak milczał, chował się w płaszczu jak żółw.
Brak zasięgu rzuciła Małgosia. Idziemy do domu, może w kuchni zadziała.
Popatrzyła na mnie porozumiewawczo wiedzieliśmy już, że trzeba zagrać w dobrego i złego policjanta. Pokazałem jej dłoń pięć minut.
Zuzia, już całą sobą zaangażowana w akcję, wciągnęła chłopca do domu. Dziewczyny z siatkami, otoczyły go jak cęgi.
Zaraz potem Nadzie wybiegła do mnie do garażu:
Tata, on wszystko ściemnia!
Skąd wiesz?
Elementarne, Watsonie! On nie pachnie jak bezdomny, tylko jak domowy dzieciak.
Wąchałaś go?
I jeszcze jak! Wiesz czym pachnie?
Kołuję w głowie drożdżówkami? Mydłem? Mlekiem?
Przegrałeś! Nadzie podsunęła mi brudną dłoń. Wąchaj!
Wącham, nawet zeskrobałem paznokciem charakteryzacja! Dziewczyna roześmiała się:
Tak, tata, to najprawdziwszy charakteryzator. Zmalował się, jakby błota nie widział.
Jak się nazywa? spytałem.
Powiedział, że Bolek. Uliczna ksywka. Sprawdziłam bolek to byk, samiec.
Wyhodujemy, sprzedamy
Oj, tata, skończ już, bo sprawa poważna. On specjalnie podjechał do ciebie. Przebrał się, umorusał, żeby się dostać do nas do domu. I najlepsze zaraz jeszcze Vero go rozgryzie.
Zaraz potem Małgosia krzyknęła z kuchni:
Tato, zostało nam trochę kwasu siarkowego?
Jest, pół bańki odpowiedziała Zuzia i dodała półgłosem: Teraz rozpuszczamy w wannie i spuszczamy rurą!
Okrutnice zaśmiałem się, idąc umyć ręce.
Tymczasem w kuchni chłopak siedział na stołku, umyty, siedmioletni, rudzielec w podartej koszulce w biało-czerwone pasy z napisem Polska, w podartych dżinsach, bose stopy schowane pod taboretem. Obie córki krzątały się przy stole, śmiały do siebie.
No to co, byczku zwróciła się do niego Zuzia zjadasz coś? A może trawy ci przynieść?
Do tego paszy dodała Małgosia.
Dziewczyny, spokój. Patrzymy na talerze i jemy.
Obie grzecznie kiwnęły głowami.
Patrząc z ukosa, nie przestawałem się dziwić. Chłopak zmieniał się w oczach wyprostował się, nie ukrywał wzroku. Spokojny, jakby od dawna czuł się tu dobrze. Dziewczyny też to zobaczyły.
Po co więc to przedstawienie? myślałem. Nie wygląda na złodziejaszka. Może przyszedł tu w innym celu?
Tato, śpisz? Jeszcze coś? wyrwała mnie Małgosia.
Nie, już dość, dziękuję. Dziewczynki, macie złote ręce.
O, długo cię nie było od razu wtrąciła Zuzia. My już dorosłyśmy, wyszłyśmy za mąż, jesteśmy twoimi wnuczkami!
A to wasz kawaler? kiwnąłem głową na chłopca.
Skąd tam, to nasz domowy byczek. Udomawiamy go, bo mięso podrożeje latem śmiała się Małgosia, a Zuzia zaczęła kręcić mu we włosach loczek.
Wreszcie chłopak nie wytrzymał:
Proszę, wystarczy już Ja się poddaję Panie Andrzeju, przepraszam Tak głupio wyszło
Usiądź spokojnie i opowiedz wszystkim jak było, po kolei przytaknąłem.
Ale szczerze dodała Zuzia. Nie próbuj kłamać, nie przejdzie!
Nie będę Sam się wstydzę
Prawda wprawiła nas w osłupienie. Chłopak naprawdę nazywał się Bolek Nowak (pokazał legitymację szkolną), był tylko o jeden dzień starszy od Zuzi, czyli jedenaście lat. Ojciec zginął na misji w Afganistanie, matka była wtedy w zaawansowanej ciąży urodziła przed czasem, uratowano tylko młodszą siostrę, która miała na imię również Zuzia.
Zostali we czwórkę, krewni prawie żadnych. Najstarsza siostra, ledwo pełnoletnia, walczyła, aby nie odebrali im dzieci i nie rozdzielili ich po domach dziecka. Ostatecznie obroniła rodzeństwo. Żyli skromnie, ale szczęśliwie. Bolek i siostra Sofia wychowywali się, zastępując sobie rodziców.
Na początku października Bolek zauważył, że z siostrą jest coś nie tak chodziła zgaszona. Z czasem dowiedział się, że zakochała się po uszy, nie spała po nocach z tęsknoty, ale wstydziła się przyznać. Gdy wreszcie powiedziała, Bolek dokładnie wypytał o wybranka: nazywa się Andrzej Wolski, spawacz w pogotowiu, nie pije, nie pali, sam wychowuje dwie córki, żona zostawiła go dla Argentyńczyka tuż po ich narodzinach. No i czasem pomaga bezdomnym dzieciom.
Bolek uznał, że skoro jest jedynym mężczyzną w rodzinie, to musi sam zobaczyć, komu odda siostrę. Uknuł więc plan przebrać się za bezdomnego, dostać do domu Wolskich i sprawdzić, jaki naprawdę jest Andrzej, czy dziewczyny są fajne, czy siostra będzie miała tam dobrze.
Nie przewidział tylko, że wpadnie w ręce dwóch młodych śledczych, które w pięć minut rozpracują jego maskaradę.
Polubiliście mnie, prawda? Małgosiu, Zuziu Jesteście świetne. Panie Andrzeju, proszę, niech pan weźmie moją siostrę za żonę. Nie pożałuje pan jest dobra, ciepła, jak mama. Sama chciała powiedzieć, ale bała się
Czego? delikatnie zapytała Małgosia.
Że jak się pan dowie, ile dzieci do niej przynależy, nie będzie pan chciał
Phi, nie przesadzaj, musimy cię wychować! zganiła Zuzia.
Zajmiemy się tym poważnie przytaknęła Małgosia. Tato, co się zamyśliłeś? Mamy się oświadczyć? Idziemy do Sofii?
Dziwna sprawa uśmiechnąłem się. Ja też już wcześniej zwróciłem uwagę na Sofię Myślałem sobie: byłem już żonaty, miałem rodzinę, a tu znów dzieciaki, dom pełen śmiechu
Tato położyła mi dłoń na ręku Małgosia.
Nic, Małgosiu, już nie boli Tylko pamięć została. Żona szybko miała dość macierzyństwa a tu tyle dzieci Nie każdy się na to zdecyduje, zwłaszcza młoda dziewczyna
Sofia ma już dwadzieścia trzy lata przerwał Bolek.
Tato, jesteś tylko dziesięć lat starszy. To normalne! entuzjazm Zuzi.
Ty masz doświadczenie, jej pomożesz, my będziemy pomagać wam razem przytaknęła Małgosia.
Prawda, Bolku?
Tak!
Tato, powiedz tak! dziewczyny ścisnęły mnie za ramiona.
Tak Ale musimy zapytać
Sofia się zgadza Bolek wstał i wyciągnął rękę. Jako jedyny mężczyzna w naszej rodzinie przekazuję panu moją siostrę za żonę
Uścisnąłem mu dłoń, objąłem go mocno, aż się wzruszyłem. Małgosia też otarła łzy.
No to widzisz, tato podchwyciła Zuzia rano żartowałeś, a los przygotował ci piękne spotkanie Byczek Bolek i prezent na całe życie wielka, serdeczna rodzina. Przecież o tym zawsze marzyłeś. Doczekałeś się, tatusiu…




