Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć bo noszę to w sobie już kilka dni i sama nie wiem, co myśleć. Wczoraj wracam z pracy do domu, wchodzę do kuchni, a na stole kolacja gotowa, pachnąca, wszystko przygotowane. Tylko gdzie jest Marysia? Normalnie zawsze się krząta po domu, a tu cisza.
Wołam, nikt się nie odzywa, to zaglądam do sypialni, a moja Marysia siedzi na podłodze, pakuje ubrania do torby. Pytam, trochę zaskoczony: Kochanie, wybierasz się gdzieś? A ona patrzy na mnie i nagle mówi, że dostała skierowanie do szpitala wojewódzkiego na badania. I że lekarze mają złe przeczucia
Zamurowało mnie. Ale jak to złe? Pytam, czy chodzi o tę chorobę, na którą zmarła jej mama. Patrzę na nią i nie mogę uwierzyć, że o tym rozmawiamy. Marysia przecież zawsze taka energiczna, nigdy na nic nie narzekała. Minęło nam razem ponad trzydzieści lat, dzieci wychowaliśmy, dom trzyma się właściwie tylko dzięki niej. Wszystko gotuje, sprząta, prasuje nie pamiętam, żebym ja kiedykolwiek wziął się do zmywania. Bo przecież to nie jest robota dla faceta, tak się zawsze tłumaczyłem
Marysia przecież także pracuje prowadzi księgowość w tej samej firmie co ja, a mimo to po pracy biega po domu i dba, żeby nigdy niczego nie brakowało. A ja? Wracam, narzekam, że ciężki dzień miałem, padam na kanapę i tyle mnie widać. Nawet przez myśl mi nie przyszło, żeby jej pomóc.
Ostatnio wzięła dzień wolny na badania, trochę się zmartwiłem, ale myślałem, że może jakaś grypa. Zapytałem, czy się dobrze czuje, zaproponowałem, żeby może kupić jakieś witaminy, bo przecież wiosna i pogoda w kratkę. Wzruszyła ramionami, powiedziała, że może. Wieczorem usłyszałem, że musi jechać do Krakowa do szpitala, bo lekarze się martwią. Spakowała się cała w sobie; mówiła spokojnie, choć widziałem, jak bardzo jest przejęta.
Powiedziała mi, żebym na kolację zjadł kotlety i ryż, bo są na kuchence, a na stole świeża surówka, ona musi się zapakować i wcześnie położyć spać. Zapytałem, czy sama jadła, a ona tylko pokręciła głową powiedziała, że nie ma apetytu. Patrzyłem na jej torbę i przypomniało mi się, jak parę lat temu kupiliśmy ją na wyjazd nad morze, który nigdy nie doszedł do skutku, bo mnie szef poprosił o zastępstwo, a ja zgodziłem się, bo miałem dostać premię. Była taka zawiedziona, chociaż próbowała tego nie pokazać. Następnego roku też nam nie wyszło z urlopem, potem już nawet nie proponowała. A ja byłem tylko zadowolony, bo przecież na działce zawsze jest co robić, grill, znajomi, rzeka do kąpania po co nad jakieś morze jechać?
A teraz moja Marysia pakuje te rzeczy do szpitala Tej nocy nie mogłem spać. Leżałem obok niej i słyszałem, jak płacze po cichu do poduszki. Chciałem ją przytulić, ale jakoś nie wiedziałem, jak zacząć
Rano odprowadziłem ją na autobus. Uściskaliśmy się mocno, nie chciałem jej puszczać. Patrzyłem jeszcze długo za autobusem, chociaż wszystko rozmywało mi się przed oczami.
Cały dzień chodziłem jak cień. Próbowałem coś robić w pracy, w domu odgrzałem sobie resztki obiadu, ale jakoś wszystko straciło smak. Wyjąłem stary album ze zdjęciami, zacząłem przeglądać Ach, ile tam wspomnień. Pierwszy taniec na naszym weselu, zdjęcia z dzieci, czasy, kiedy Marysia była taka szczęśliwa.
Poznaliśmy się przypadkiem na urodzinach u kolegi. Ona była tam z innym chłopakiem, ja też przyszedłem z koleżanką, ale wystarczyło, żebym spojrzał na Marysię i byłem już zupełnie pogubiony. Kto by pomyślał, że istnieje miłość od pierwszego wejrzenia? Ja na pewno nie. Ale mnie trafiło. Musiałem o nią trochę powalczyć, ona nie od razu się przekonała, ale w końcu się zgodziła.
Wiesz, patrząc na te zdjęcia, uświadomiłem sobie, jak bardzo przez te wszystkie lata traktowałem Marysię no, po prostu jakby wszystko mi się należało. Rzadko jej dziękowałem, raczej nie słodziłem, uznawałem, że to normalne, że mnie wyręcza i dba o wszystko Głupio mi się zrobiło na samą myśl.
Kiedy Marysia była przeziębiona, zawsze brała tabletkę i szła do pracy. Ja jak tylko zabolało gardło, to od razu rosół albo kompot i opieka, bo co z tego będzie. Zdałem sobie sprawę, że przez moment naprawdę mogę ją stracić I wtedy już nic nie będzie takie samo.
Te parę dni egzystowałem na autopilocie, codziennie rozmawialiśmy przez telefon Marysia nie była w stanie powiedzieć nic konkretnego, dopóki nie miała wszystkich badań. Czułem się fatalnie, zastanawiałem się, czemu przez tyle lat bywałem egoistą
I w końcu zadzwoniła wieczorem: Wiesz co, Stasiu mam dobre wieści! To, czego się bali lekarze, nie potwierdziło się. Są jakieś kłopoty, ale zupełnie nie takie straszne. Tak się ucieszyłem, że aż się popłakałem ze szczęścia. Umówiłem się z nią, że odbiorę ją z dworca autobusowego.
Kupiłem jej ogromny bukiet lilii zawsze je uwielbiała. Była zaskoczona, jak mnie zobaczyła: Stasiu, po co wydałeś tyle pieniędzy? śmiała się, ale ucieszyła jak dziecko.
A ja mówię: Marysiu, nawet nie wiesz, jak się bałem. Tak cię kocham I obiecuję, że będę lepszym mężem. Zdziwiła się, myślała chyba, że się czymś zgrzeszyłem!
A ja jej oznajmiłem: Kupiłem nam bilety za miesiąc urlop, jedziemy nad Bałtyk. Zaniemówiła. A działka? spytała. Roześmiałem się: A niech ją szlag, kupimy ogórki na targu! Chyba naprawdę poczuła się kochana.
Przytuliła się do mnie: Może musiało to wszystko się wydarzyć, żebym usłyszała takie słowa Chodźmy do domu, Stasiu. Ja też cię bardzo kocham.
Widzisz, czasem człowiek dopiero pod presją zrozumie, co tak naprawdę jest ważne.



