Na trzydzieste urodziny udało mi się kupić własne, dwupokojowe mieszkanie. Mieszkam w nim sama i, co tu kryć, nie znalazłam jeszcze potencjalnego męża. Wiecie, jaki według mnie jest główny powód moich perypetii w życiu uczuciowym? To właśnie to mieszkanie. W dzisiejszych czasach kobiecie w Polsce bardzo trudno być jednocześnie samodzielną i kobiecą. Gdybym miała podzielić swoich adoratorów na grupy, wyglądałoby to mniej więcej tak:
1. Masz swoje mieszkanie? Super, to się wprowadzam i nie muszę się niczym martwić!
Ci panowie nie mają najmniejszej ochoty się szarpać wszystko już gotowe, po co więc się wysilać? Dla takiego faceta fakt, że mam własne cztery kąty, to oczywiście ogromny plus. Już widzi siebie jako głowę rodziny, dzieci biegające po moim (nie naszym!) salonie, a rzeczywistość tylko wtedy ma sens, jeśli w jego życiu nie zmieni się właściwie nic. O rozwoju zawodowym nawet nie myśli, bo przecież problem z dachem nad głową już załatwiony. Samochodu nie chce, w końcu mój wystarczy. Więcej ambicji? Po co
I tak, podczas rozmowy z takim potencjalnym mężem, zaczynam mieć wrażenie, że bardziej nadaje się na mojego syna niż partnera. Trzeba mu gotować, dogadzać i pilnować, by się nie zgubił i jeszcze nie daj Boże nie odszedł! Taka szczęśliwość raczej nie dla mnie. Szczerze mówiąc, wolę już mieć kota i więcej czasu na swoje pasje.
2. Masz mieszkanie? A to ja wolę siedzieć z rodzicami, albo przenieśmy się na wieś najlepiej sprzedaj mieszkanie, kupmy coś razem!
To moje ulubione całe życie odkładałam na swoje lokum, po czym mój wybranek chętnie sprzedałby je, żebyśmy brali kredyt na swoje wspólne gniazdko. Oczywiście, kredyt byłby na mnie, bo przecież mam stały dochód! On ewentualnie pomoże, jak będzie mógł. A jak przyjdzie urlop macierzyński? No cóż, do czterdziestki spokojnie spłacę mieszkanie, a potem może nawet będzie mi wolno mieć dziecko o ile nie będę głowy mężowi zawracać swoimi problemami. Byle jemu było wygodnie i bez zmartwień.
Wiecie, coraz częściej myślę, że łatwiej byłoby adoptować trzyletnie dziecko z domu dziecka niż znaleźć faceta, który nie boi się ojcostwa. Nawet jeśli się z kimś ożenię, na dobrą sprawę wszystko i tak będę musiała zorganizować sobie sama. Sama się utrzymam, sama rozwiążę problemy no i sama sobie dam miłość. To po co mi właściwie facet?
Obecnie jestem panią swojego mieszkania i życia. Mam porządny remont, dużo miejsca na swoje rzeczy i hobby. Czasami oczywiście myślę o rodzinie, żeby mieć kogoś bliskiego, ale zderzenie z realiami skutecznie sprowadza mnie na ziemię. Opowiem Wam na przykład, co mi się przydarzyło niedawno.
Zakochałam się w jednym znajomym, on też zdawał się odwzajemniać uczucia. Oglądaliśmy razem film w moim mieszkaniu i naszła nas ochota na pizzę. Pomyślałam, że przydałoby się sprawdzić, czy chociaż tym razem on coś z siebie da. Dał wyszedł na klatkę schodową po pizzę i zapłacił kurierowi dokładnie tymi pieniędzmi, które mu przed chwilą dałam ja. Od tego momentu między nami zaczęło się robić nie tylko niezręcznie, ale i śmiertelnie nudno.
Może sama jestem sobie winna? Mój przyjaciółki twierdzą, że nie powinnam była nawet proponować zapłaty za pizzę. Byłam ciekawa, czy pieniądze przyjmie, czy odmówi. Bo dla mnie te 30 złotych to nie problem. Ale chodziło przecież nie o pieniądzeAle wiecie co? Zamiast analizować każdy nieudany flirt, zaczęłam traktować swoje mieszkanie jak najlepszą inwestycję w siebie nie tylko materialną, ale i emocjonalną. W końcu te cztery ściany stały się moim azylem, miejscem, gdzie mogę być dokładnie taka, jak chcę z kotem na poduszce, z kubkiem kawy o poranku, z niedokończoną książką na stole i cichym przekonaniem, że ani pierścionek na palcu, ani cudze nazwisko nie są walutą na szczęście.
Któregoś wieczoru, kiedy światło zajeżdżające pod blok tramwaju odbiło się złoto na moich firankach, pomyślałam, że mam w życiu wszystko, co najważniejsze niezależność, spokój i przestrzeń, by czekać tylko na ludzi gotowych wejść w nie z własną odwagą i szacunkiem. Może taki ktoś przyjdzie, a może nie. W międzyczasie zapraszam do siebie tylko tych, którzy wniosą coś więcej niż pusty portfel i gotowe wymagania.
I nagle poczułam, że właśnie tak wygląda miłość do samej siebie: jest ciepła, cierpliwa i nigdy nie każe sprzedawać własnego szczęścia dla cudzych wygód. Wtedy uśmiechnęłam się do swojego odbicia w oknie bo, jak się okazuje, czasem najpiękniejszym duetem jest kobieta i jej własny dom.




