Pamiętam to tak, jakby to było wczoraj, choć minęło już tyle lat. Moja ciotka, pani Helena, miała wtedy siedemdziesiąt osiem lat. Była jedną z trzech sióstr mama, ciotka Helena i najmłodsza, ciotka Zofia, która wiele lat temu przeniosła się do Gdyni, a później zamieszkała na stałe w Szwecji.
Ciocia Helena była wyjątkową osobą, o nietuzinkowej historii kilkanaście razy wychodziła za mąż, ale nigdy nie doczekała się własnych dzieci. Jej ostatni mąż, pan Stanisław, zmarł już dawno, pozostawiając ją samą w starym drewnianym domku na skraju wsi pod Krakowem. Były tam tylko dwa skromne pokoje, a ubikacja znajdowała się na zewnątrz, przy ogródku warzywnym.
Pana Stanisława wszyscy wspominali jako barwną duszę. Latami odwiedzaliśmy ich razem z rodziną, pomagając w różnych sprawach, zwłaszcza gdy dostawaliśmy wieści od cioci Zofii z dalekiej Szwecji. Siostry, choć dzieliła je odległość, utrzymywały ze sobą kontakt czasem przez listy, czasem dzwoniły przez drogie połączenia zagraniczne.
Kiedy ciocia Helena została wdową, jeździliśmy do niej coraz częściej. Kupowaliśmy węgiel, drewno na opał, sadziliśmy warzywa, sprzątaliśmy jej ogródek. Nigdy nie oczekiwaliśmy niczego w zamian. Wiele razy namawialiśmy ją, żeby przeprowadziła się do nas do Krakowa, ale ona zawsze powtarzała, że nie nadaje się do życia w mieście.
Z biegiem czasu zrobiło się możliwe, by podciągnąć wodę do jej domu, a potem gaz. Zbudowaliśmy jej łazienkę przy domu, wymieniliśmy stare dachówki na nową blachę, wszystko po to, by mogła mieszkać wygodnie po swojemu. W podzięce obiecała, że kiedyś dom zostanie w rodzinie przepisać go chciała naszym dzieciom.
Na każde wezwanie byliśmy u cioci wystarczyła krótka wiadomość. Pewnego dnia okazało się jednak, że wyjechała do Szwecji, by zamieszkać z Zofią. Nagle ich więzi się zacieśniły, choć przez lata bywały napięte. Pytaliśmy o dom, a ciocia powiedziała tylko, żeby na razie go zostawić.
Wtedy pomyślałam, że może jeszcze wróci na wieś, że tęskni za starym domem. Ciotka Zofia miała wtedy rodzinę męża i dorosłą córkę, Martę. Wszyscy mieszkali razem w dużym domu pod Sztokholmem.
Ciocia dała nam klucze do swojego domu, więc w następną sobotę z siostrą Basią ruszyłyśmy na wieś. Nasz klucz nie pasował do zamka ktoś wymienił wkładkę. Na płocie widniał napis białą farbą: Na sprzedaż.
Wróciłam do Krakowa, usiadłam przy komputerze, a na stronie z ogłoszeniami znalazłam ten dom. Zadzwoniłam do agenta dowiedziałam się, że dom sprzedano za blisko dwieście tysięcy złotych. Byłam zła na ciocię Helena, nie chciałam jej nawet słyszeć.
Włożyliśmy tyle pieniędzy i pracy w ten dom, a bez naszych starań byłby nic nie wart. Miesiąc później zadzwoniła do mnie ciocia Helena: Dom sprzedałam, pieniądze dałam Marcie, córce Zofii usłyszałam w słuchawce.
Do dziś nie wiem, jak na to wszystko patrzeć mój mąż włożył przecież tyle własnych oszczędności w remont domu cioci. Czuję żal, bo dla nas ten dom był symbolem rodzinnej troski, która przeminęła wraz z czasem.




