Córka naszej sąsiadki, Marta, od kilku lat jest mężatką. Po ślubie, młodzi wprowadzili się do jej rodziców. Półtora roku później, urodziło im się dziecko. Dziewczyna ma teraz trzydzieści lat i nigdy nie pomyślała o własnym mieszkaniu. Na szczęście to, w którym mieszkają z rodzicami, jest przestronne, trzypokojowe, więc jakoś się w nim mieszczą. Marta często mówi:
– Nie rozumiem tych, którzy wynajmują od obcych mieszkania. Jak można wprowadzić się do lokalu, w którym już ktoś używał tych samych mebli, tej samej kanapy, czy toalety. Nie wiadomo, ilu lokatorów było wcześniej i jeszcze trzeba płacić za to dużo pieniędzy. Nie, dziękuję!
Jednak wygląda na to, że wspólne mieszkanie z rodzicami, nie przychodzi im łatwo. Czasami ojciec dziewczyny się złości, robi małe awantury, wszystko słyszę przez ścianę. Niekiedy chodzi o potłuczone naczynia, czasem o bałagan w domu, czasem o plamę na podłodze. Natomiast córka sąsiadów robi zamieszanie, gdy na przykład jej matka daje dziecku słodycze, które surowo zabroniła jeść synkowi. Babcia próbuje rozpieszczać wnuka, ale ona jest temu przeciwna.
Kiedy Marta przyszła do mnie i się skarżyła, powiedziałam jej:
– Są też plusy wspólnego mieszkania. Na przykład pomagą Ci przy dziecku. Gdy jest potrzeba, możesz zostawić małego z mamą.
Ona się tylko zaśmiała:
– Skąd pomysł, że matka mi pomaga? Mam dziecko przy sobie 24 godziny na dobę. Mama czasem ugotuję jakąś zupę i umyje naczynia, ale często tego nie robi, więc wszystko spada na mnie. Generalnie nie siedzi z dzieckiem dłużej, niż dwie godziny, co jest śmieszne, żeby uznać to za pomoc.
Patrzyłam na nią z zazdrością, bo ja moge tylko pomarzyć, żeby mieć chociaż tyle pomocy. Wyobrażam sobie, że wracam ze spaceru z córką, a ktoś już przygotował zupę, albo siedzi z nią co najmniej pół godziny, żebyś mogła wziąć prysznic, pójść na pocztę czy do sklepu. To jak magia.
Marta mówi, że taka pomoc, to żadna pomoc. Całe życie mieszkała z rodzicami, potem ściągnęła tu męża i urodziła dziecko, ale uważa się za niezależną i samodzielną. Obraża się również, gdy matka zwraca jej uwagę na to, że jej mąż siedzi cały dzień przed komputerem, grając w gry. Albo kiedy prosi ją, aby rozważniej wydawali pieniądze, ponieważ wydają je według niej na głupoty, nie mając ich za dużo. Dziewczyna się wtedy bardzo denerwuje i mówi:
– Dobrze wiemy, o której iść spać, co robić w ciągu dnia, jak wydawać pieniądze, czy jak wychowywać dziecko, więc ona nie musi się wtrącać. To nie jej sprawa.
Dziwię się, że młode małżeństwo nie pomyślało jeszcze o własnym mieszkaniu, skoro im tak źle.

