Mieszkamy w niewielkim miasteczku na wschodzie kraju. W naszej okolicy nie ma perspektyw na przyszłość dla młodych ludzi, dlatego nasza córka podjęła decyzję, że na studia pójdzie do dużego miasta albo wyjedzie do pracy za granicę. Nasza Kalinka zawsze była ambitna i zawsze mówiła, że chce w życiu coś osiągnąć.
Zdawała na dwie uczelnie: jednej w Warszawie, drugiej w Krakowie. Dostała się do obydwu, więc musiała zdecydować, gdzie chce się uczyć. Córka skłaniała się bardziej ku Warszawie, ale ja wtedy przypomniałem sobie, że mój dalszy kuzyn, który mieszka w Krakowie właśnie gdzieś na dniach miał wyjeżdżać na pięcioletni kontrakt do Arabii Saudyjskiej.
Wydało mi się to zrządzeniem losu. Zadzwoniłem do niego i zapytałem, czy nie wynająłby swojej kawalerki, naszej przyszłej pani inżynier? Zapewniłem go, że nasza córka nie ma żadnych nałogów i na pewno nie będzie z nią żadnych problemów.
Kuzyn zgodził się I to za symboliczną wprost opłatę, bo Kalina miała płacić tylko za media. Czynsz miał płacić kuzyn. Tak więc decyzja zapadła – nasze dziecko będzie studiować na WAT-cie. Żegnana tysiącem porad i przestróg, córka pojechała do Krakowa.
Na początku wysyłaliśmy jej pieniądze na mieszkanie i życie, ale po miesiącu córka powiedziała, że dostała kilka stypendiów i że zaczęła w weekendy dorabiać. Mówiła, że dobrze jej się powodzi, na wszystko jej wystarcza, a nauka idzie jej wprost świetnie.
Bardzo z tego się cieszyliśmy, ale pieniędzy nie przestaliśmy jej wysyłać, tylko po prostu zaczęliśmy dawać mniej.
Kalina przysyłała nam zdjęcia, a to z pracy, a to z uczelni. Na zdjęciach było widać, że jest bardzo szczęśliwa. Tylko nasze pytania, o mieszkanie kuzyna zbywała półsłówkami. Niby ufaliśmy jej i wierzyliśmy, że zasady moralne jakie jej wpajaliśmy, uchronią ją przed zrobieniem jakiegoś głupstwa. Ale niepokój jakiś był. Pod koniec drugiego semestru nadarzyła się okazja, żeby odwiedzić córkę w Krakowie, ponieważ miałem szkolenie w Bielsku-Białej, a to praktycznie o rzut beretem. Nic nie powiedziałem córce. Z jednej strony chciałem jej zrobić niespodziankę, a z drugiej (wstyd się przyznać) chciałem sprawdzić, czy nie mieszka z nią jakiś „zięć”.
Pełen obaw stanąłem przed drzwiami mieszkania kuzyna. Zadzwoniłem i czekam. Po chwili drzwi się uchyliły i wyjrzał przez ciemnoskóry młodzieniec.
Zamurowało mnie. – Córeczko, niby nie jestem uprzedzony, ani rasistą, ale nie o takim mężu dla ciebie marzyłem – pomyślałem.
– Czy jest Kalina? – zapytałem.
– Kalina to takie drzewo? Ci tak? Nie, tego tu nie być. – odpowiedział.
– Nie drzewo! Kalina, moja córka, gdzie jest? – starałem się być spokojny.
– Ja nie wie. Tu nie być nikogo takiego. – odpowiedział i zamknął drzwi.
Wyjąłem telefon i zadzwoniłem do córki. Na moje pytanie odpowiedziała:
– Oj tatku, nie panikuj! Przyjedź na uczelnie, jest tu taka fajna kawiarenka, wszystko Ci wyjaśnię.
Okazało się, że Kalina podnajęła mieszkanie bogatemu studentowi z Nikaragui za sumę parokrotnie wyższa, niż sama miała płacić, a sama przeniosła się do akademika. W ten sposób oszczędzała na zakup swojego mieszkania. Gdy o tym napisałem kuzynowi, ten odpisał: – Zuch dziewczyna. Ma głowę do interesów, poradzi sobie w życiu.




