Też się dusiłam
Marek ogłosił to w niedzielę wieczorem, kiedy Basia układała wyprasowane koszule w schludne stosiki. Wszedł do sypialni, usiadł na brzegu łóżka i powiedział to tak, jakby informował o zepsutym kranie.
Basiu, duszę się.
Nawet nie podniosła wzroku. Odłożyła jedną koszulę, sięgnęła po kolejną.
Od czego?
Od tego wszystkiego. Od rutyny. Od tego, że każdy dzień wygląda tak samo. Wstajesz, jesz, jedziesz, wracasz, jesz, kładziesz się. I tak cały czas.
Basia starannie złożyła rękawy, poprawiła kołnierzyk. Miała pięćdziesiąt jeden lat, Marek pięćdziesiąt trzy. Dwadzieścia sześć lat spędzili w tym mieszkaniu na ulicy Słonecznej, wychowali syna Michała, który od pięciu lat mieszkał w innym mieście i dzwonił praktycznie tylko na święta.
I co proponujesz? zapytała spokojnie.
Chcę się wyprowadzić.
W tym momencie się zatrzymała. Nie dlatego, że się przestraszyła. Po prostu spojrzała na niego uważnie, jak patrzy się na kogoś, kto mówi coś, na co się czekało od dawna.
Gdzie chcesz się wyprowadzić?
Wynająć mieszkanie. Pobędę sam. Potrzebuję odetchnąć.
Dobrze powiedziała Basia i wzięła kolejną koszulę.
Marek wyraźnie czekał na inną reakcję. Przysunął się trochę do przodu.
Nic nie chcesz powiedzieć?
A po co? Jesteś dorosły, Marku. Chcesz idź.
Nie będziesz robiła scen?
Złożyła koszulę, ułożyła ją na stosie i wreszcie spojrzała mu prosto w oczy.
Nie. Ale mam jeden warunek.
Jaki?
Nie dzwoń do mnie w sprawach codziennych. Gdzie leży to, jak działa tamto, gdzie schowałam jeszcze coś… Wyprowadzasz się radź sobie.
Milczał przez chwilę.
To wszystko?
To wszystko.
Szczerze mówiąc, Marek nie bardzo wiedział, co z tym zrobić. Przygotowywał się na łzy, wyrzuty, trzymanie za rękaw, opowieści o latach, o synu, o tym, że tak się nie robi. Nawet w głowie już sobie układał odpowiedzi. A ona stała i prasowała koszule.
No dobrze powiedział w końcu to się spakuję.
Pakuj się.
Poszedł do garderoby. Stał tam długo, patrząc bezmyślnie na półki. Powoli zaczął wrzucać do torby dżinsy, t-shirty, skarpetki. Zabrał maszynkę do golenia, ładowarkę do telefonu, książkę, której nie tknął od miesięcy. Wyszedł do przedpokoju. Basia wtedy już była w kuchni, coś tam głośno stukało.
Wychodzę rzucił w stronę kuchni.
Powodzenia odpowiedziała.
Drzwi zatrzasnęły się za nim. Postał chwilę na klatce, nasłuchiwał. Nic. Żadnych kroków za drzwiami, żadnego szmeru. Cisza.
Nacisnął przycisk windy.
***
Mieszkanie znalazł w dwa dni przez znajomego. Niewielka kawalerka w tej samej dzielnicy, czwarte piętro, okna na podwórko. Właściciel starszy pan z wąsem pokazał szybko mieszkanie, wziął z góry za dwa miesiące i tyle go widział. W środku był rozkładany tapczan, stół, dwa krzesła, lodówka jeszcze z PRL-u i stara kuchenka gazowa. Na oknie wisiały żółte, jakby nie do końca świeże firanki.
Marek postawił torbę, usiadł na tapczanie, rozejrzał się.
Cisza była absolutna. Nie słychać kroków z drugiego pokoju, nikt nie włączał telewizora, nikt nie wołał na kolację. Położył się, założył ręce pod głowę i pomyślał: oto wolność.
Pierwsze dwa dni były wręcz całkiem w porządku. Wstawał, kiedy chciał, jadł, na co miał ochotę głównie to, co wrzucił po drodze do koszyka w Biedronce pałętał się po mieszkaniu w skarpetach i nikt go nie rozliczał. Wieczorami dzwonił do starego kumpla, Tomka. Długo gadali, Tomek śmiał się i mówił: no wreszcie, Marek, trzeba było to zrobić już dawno.
Trzeciego dnia Marek zorientował się, że skończyły mu się czyste skarpetki.
Spojrzał na pralkę w małej łazience. Niewielka, okrągła. Otworzył klapę, zajrzał do środka. Zamknął. Otworzył znowu. Przypomniał sobie, że właściciel mówił coś o proszku pod zlewem. Rzeczywiście stała tam otwarta paczuszka, przeczytał napis: Do białego i kolorowego. Wsypał na oko do przegródki, którą wydawało mu się, że powinien. Ustawił program, nacisnął guzik.
Pralka ruszyła.
Godzinę później wyjął skarpetki. Były wilgotne, prawie przemoczone i… lekko różowe. Dopiero wtedy sobie przypomniał, że wrzucił do prania razem z nimi nową czerwoną koszulkę.
Powieśił skarpetki na kaloryferze. Schnęły do następnego wieczora.
Czwartego dnia postanowił zrobić normalny obiad. W Żabce kupił pierś z kurczaka, ziemniaki, cebulę. W szafce znalazł patelnię zdartą z teflonu. Postawił na gazie, wlał olej. Olej zaczął strzelać, pierś wrzucił w całości od razu się przykleiła. Ziemniaki obierał długo i niedbale, na łupiny stracił połowę. Od cebuli łzy polały się ciurkiem.
W efekcie na talerzu leżało coś białawo-brązowego, twardego z zewnątrz i surowego w środku.
Połowę zjadł, resztę wyrzucił i zamówił jedzenie z najbliższego baru mlecznego.
Po tygodniu podliczył, ile wydał na jedzenie na wynos. Wyszło prawie tyle samo, ile Basia zwykle wydawała na całą miesięczną spożywkę. Pomyślał, że trzeba się ogarnąć. Kupił kaszę gryczaną, ugotował. Wyszła całkiem okej, co go uspokoiło.
Ale generalnie codzienność przygniatała go ze wszystkich stron, powoli i bezlitośnie, jak fale Bałtyku.
***
Na dziesiąty dzień przyszło przełamanie.
Brał prysznic i zobaczył, że woda nie spływa. Spojrzał w dół po podłodze ściekała mętna kałuża. Zakręcił wodę, poczekał nie spływało. Noga pod wannę, coś tam czuje, ale woda stoi.
Przypomniało mu się słowo: syfon. Basia zwykła mówić: Marek, muszę wyczyścić syfon, bo zaraz woda będzie stała. Zawsze kiwał głową i wychodził z łazienki.
Usiadł na podłodze, zajrzał pod wannę. Rurka, potem jeszcze jedna, potem coś plastikowego, białego. Dotknął ustąpiło niespodziewanie lekko i nagle buch! woda chlusnęła na podłogę. Zimna i brudna.
Marek podskoczył, poślizgnął się, złapał za ręcznik, który natychmiast wpadł w kałużę. Usiłował wkręcić to złączenie z powrotem, ale woda nie przestawała lecieć. Lejąca struga sunęła już po łazience, wchłonęła dywanik w dziesięć sekund.
Goły, mokry, wybiegł do przedpokoju, na mokrych stopach zostawiając plamy, chwycił telefon i gorączkowo szukał, jak zamknąć wodę w bloku. W końcu przypomniał sobie coś o zaworze pod zlewem. Do kuchni, zakręcił. Uff. Ciśnienie zgasło.
Wrócił do łazienki. Wyglądało jak po małej powodzi. Mokry dywanik, mokry ręcznik, wszystko mokre. Syfon kapie.
Marek usiadł na korytarzu, w mokrych bokserkach i gapił się w ścianę.
Pierwszy odruch: zadzwonić do Basi, ona będzie wiedzieć, co dalej. Już miał wybrać jej numer, ale przypomniał sobie jej słowa: Nie dzwoń w sprawach codziennych.
Odłożył telefon.
Potem zadzwonił do Tomka.
Tomek, wiesz jak naprawić syfon?
Co?! Wiesz, ja zawsze dzwonię po fachowca. Weź sobie numer, mam dobrego hydraulika.
Hydraulik przyszedł następnego dnia. Pokręcił, wsadził nową uszczelkę. Kwadrans roboty. Zainkasował tyle, że Marek musiał się przez chwilę przełknąć ślinę.
To normalna stawka? zapytał.
Normalna mruknął hydraulik beznamiętnie i poszedł.
Marek zamknął drzwi i pomyślał, że Basia nigdy nie wzywała hydraulika do takich pierdół. Sama pogrzebała, załatwiła, kupiła uszczelkę w Castoramie. Kiedy, jak, nawet nie wiedział.
***
Wtedy przyszło mu do głowy, że może spotka się z Martą. To była koleżanka jeszcze z dawnych czasów, dawno temu było coś między nimi przed tym, jak poznał Basię. Od siedmiu lat rozwiedziona wiedział to od wspólnych znajomych. Czasem widywali się na jakichś urodzinach.
Zadzwonił.
Cześć, Marta, mówi Marek Kwiatkowski.
Marek? była zaskoczona, ale nie niechętna. O rany, ile lat.
Wiesz obecnie mieszkam osobno. Może pójdziemy gdzieś na kolację?
Zastanawiała się przez chwilę.
Mieszkasz osobno od kogo?
Od żony.
Rozwodzimy się?
Wiesz, jeszcze nie do końca.
Zrozumienie i ostrożność pojawiły się w jej głosie.
No to okej, czemu nie.
Spotkali się w kawiarni w centrum. Marta przyszła w ładnym płaszczu, zadbana, z nową fryzurą. Marek zauważył, że dobrze wygląda. Wypili po kieliszku wina, pogadali o wspólnych znajomych, potem Marta zapytała:
Opowiedz, co u ciebie?
Pracuję w firmie budowlanej, jak zawsze, kierownik zaopatrzenia.
A mieszkasz gdzie?
Wynajmuję mieszkanie na Klonowej.
I jak, dobrze tam?
Chciał odpowiedzieć, że tak, ale powiedział:
No daje radę. Tylko pralka słabo wiruje. I kuchenka coś szwankuje.
Marta patrzyła na niego z wyrazem, z którym długo nie mógł się pogodzić współczucia. Ni to romantycznego, raczej takiego do kogoś, komu nie bardzo się układa.
Rozumiem powiedziała.
Dalej jakoś się nie kleiło. Ona opowiadała o córce, on o Michale. Wypili jeszcze po jednym kieliszku, ale ona musiała rano wstać, pożegnali się pod kawiarnią.
Wrócił do pustego mieszkania. Lodówka była pusta, sklepy się zamykały, więc znalazł w szafce zupki chińskie i zalał wrzątkiem z czajnika.
Marta więcej nie zadzwoniła. On też.
***
W podobnym czasie próbował umówić się z chłopakami. Zadzwonił do Tomka tak, w piątek, ale do ósmej, bo Iwonka ma zebranie w szkole, trzeba być w domu. Marcin się zgodził, ale żeby go podwieźć do domu, bo nie pije, żona zabiera go w sobotę do jej rodziców.
Siedli we trzech w małym pubie pod metrem. Wypili po dwa piwa, pogadali o piłce, pracy. W końcu Tomek spytał:
No i jak ci jest na wolności?
Spoko odpowiedział Marek.
Basia nie dzwoni?
Nie.
Tomek i Marcin spojrzeli na siebie.
W ogóle nie dzwoni? dopytał Marcin.
W ogóle.
Znów spojrzeli porozumiewawczo. Tomek zakręcił kuflem.
Moja by już trzy razy dziennie zadzwoniła.
Basia nie dzwoni powtórzył.
To chyba dobry znak, a może zły zamyślił się Marcin.
W jakim sensie zły?
No, że jej bez ciebie dobrze.
Marek dopił piwo. Nie chciał o tym rozmawiać. Właściwie myślał o tym codziennie, ale nie chciał się przyznać.
O wpół do ósmej Tomek spojrzał na zegarek, wstał, zaczął się ubierać. Marcin też. Uściskali się, poklepali Marka po ramieniu i poszli każdy do żony, do dzieci, do swojego życia.
Marek został sam przy stoliku, zamówił jeszcze jedno i posiedział do zamknięcia.
***
Basia w tym czasie naprawdę przez pierwsze dni czuła coś na kształt zagubienia, ale nie takiego, jak się spodziewała. Nie pustkę po Marku, raczej takie dziwne poczucie, jakby w mieszkaniu zrobiło się więcej miejsca. Jakby ktoś poprzestawiał meble i nie bardzo wiadomo, czy to dobrze, czy źle.
Drugiego dnia zadzwoniła do Eli.
Marek się wyprowadził powiedziała.
Jak to? Gdzie?
Wynajął mieszkanie. Mówi, że się dusił.
Ela zamilkła, potem westchnęła.
Basiu, jak się czujesz?
Szczerze mówiąc dobrze. Sama się dziwię.
Płakałaś?
Nie. Dziwne, co?
Może cię jeszcze dopadnie.
Może. Zobaczymy.
Potem zadzwoniła ich przyjaciółka z dawnych lat ze studiów, Ewa. Ewa była szczera do bólu.
No nareszcie stwierdziła bez ogródek. Basia, ja ci to mówiłam już dekadę.
Co mówiłaś?
Że byłaś gosposią bez wypłaty.
Ewa, przesadzasz.
Naprawdę? Kiedy ostatni raz zrobiłaś coś dla siebie?
Basia zamyśliła się. Długo nie mogła sobie przypomnieć.
Chyba w zeszłym roku obcięłam włosy.
No właśnie.
Następny tydzień to była propozycja Ewy: chodź ze mną na jogę. Najpierw Basia powiedziała, że nie, ale potem się namyśliła. Przywdziała stary dres leżący latami na dnie szafy i odkryła, że sztywności nie wypracujesz w miesiąc.
Każdy tak zaczyna powiedziała instruktorka, młoda dziewczyna z końskim ogonem.
Po dwóch tygodniach Basia już się trochę lepiej zginała. Chodziła na zajęcia trzy razy w tygodniu. Potem z Ewą szły na kawę, rozmawiały godzinami. Basia uświadomiła sobie, że nie pamięta, kiedy ostatni raz po prostu gadła sobie spokojnie, nie myśląc o tym, że trzeba wracać do domu gotować, bo Marek zaraz przyjdzie z pracy.
Wieczorami czytała. Wcześniej książka leżała przy łóżku jako wyrzut sumienia dwadzieścia stron i spała. Teraz potrafiła czytać godzinami, bez pośpiechu.
Któregoś razu zadzwonił Michał.
Mamo, tata mówi, że się wyprowadził.
Tak, to prawda.
I jak wam?
Różnie odpowiedziała Basia. Szczerze mówiąc, mnie dobrze.
Michał chwilę milczał.
Mamo, rozwodzicie się?
Nie wiem, jeszcze nie myślałam o tym.
Jesteś smutna?
Jestem zaskoczona, ale nie smutna.
Znów dłuższa pauza. Michał od dziecka był powolny w analizowaniu świata.
Okej powiedział w końcu. Zadzwoń, jakby co.
Ty też dzwoń. Nie tylko w święta.
***
Był jeden moment, kiedy Basia po prostu stanęła na środku kuchni i wpatrywała się przez chwilę w okno.
Myła filiżankę od porannej kawy i nagle dopadło ją: dwadzieścia sześć lat. To dużo. Więcej niż połowa życia. Tam było wszystko, w tym dobre też. Pierwsze wspólne mieszkanie, remonty, obdarte od tapet ręce. Michał, jeszcze mały chłopiec, ciągle obtarty. Wyjazd nad morze wtedy śmiali się przez trzy dni, do dzisiaj nie pamięta, z czego, a sam śmiech pamięta znakomicie.
To już nie wróci. Teraz to po prostu zostanie w przeszłości, niczym zdjęcia w albumie.
Czekała, aż to uczucie minie. Minęło po kilku chwilach.
Odłożyła filiżankę na suszarkę i poszła zbierać się na jogę.
***
Piotr pojawił się przypadkiem.
To była sąsiadka z dołu, pani Maria, osiemdziesięcioletnia dama z nieprawdopodobną pamięcią i manieryczną skłonnością do rozmów na klatce po pół godziny. Poprosiła Basię, żeby wkręciła żarówkę, bo syn przyjedzie dopiero za tydzień, a w korytarzu ciemno. Basia wkręciła, przy okazji wypiły herbatę. Wtedy wszedł syn pani Marii nie ten spodziewany, tylko ten drugi, niespodziewany.
Miał na imię Piotr. Mieszkał w tym samym mieście, przyjechał tak po prostu. Około czterdziestu ośmiu lat, broda, porządna kurtka, zmęczone oczy człowieka, który pracuje nieprzerwanie.
Mamo, znowu wykorzystujesz ludzi rzucił z uśmiechem, widząc Basię z żarówką.
Sama się zgłosiła odpowiedziała pani Maria z godnością.
Piotr spojrzał na Basię.
Dziękuję bardzo. Sam bym przyjechał, ale nie pomyślałem, że mama siedzi w ciemnościach.
Nic nie szkodzi skwitowała Basia.
Pogadał chwilę w drzwiach. Okazało się, też pracuje w budowlance, tylko w innej firmie. Basia wspomniała, że jest księgową. Pożegnali się, ona wróciła do siebie.
Trzy dni później Piotr sam zapukał. Przyniósł mamie zakupy, a przy okazji, jak powiedział, chciał przekazać Basi czekoladki w ramach podziękowania.
Coś ty, nie trzeba było wykręcała się, ale przyjęła.
Mogę wejść na minutkę? Chciałem podpytać o twojego Marka. Mama mówi, był w zaopatrzeniu, mam pytanie o dostawcę.
Basia zawahała się.
Marek teraz mieszka osobno. Ale mogę dać do niego numer.
Rozumiem powiedział Piotr. Z twarzy nie dało się wyczytać, czy jest zaskoczony. To już nie zawracam głowy.
Odszedł. Tydzień później zadzwonił jeszcze raz znalazł rozwiązanie bez Marka i zaprosił Basię na kawę po sąsiedzku.
Poszli do kawiarni za rogiem. Rozmawiali o pracy, o mamie Piotra, o zmianach w okolicy przez ostatnie kilkanaście lat. Rozmowa płynęła, śmiał się czasem z własnych tekstów, zanim dokończył zdanie.
Długo jesteś mężatką? spytał w pewnym momencie, bez podtekstu, raczej z ciekawości.
Dwadzieścia sześć lat albo byłam. Jeszcze nie wiem.
Bywa odpowiedział po prostu, nie ciągnąc tematu.
Doceniła to.
Spotkali się jeszcze kilka razy, nie narzucał się, po prostu od czasu do czasu dzwonił, pytał, co słychać. Basi to odpowiadało po tylu zobowiązaniach możliwość odmowy była jak otwarte okno w dusznym mieszkaniu.
***
Marek z czasem zauważył w sobie rzeczy, których wcześniej nie widział.
Na przykład, że nie umie czekać. Wcześniej nie musiał jedzenie się pojawiało, czyste ubrania się pojawiały, coś się psuło, zaraz było naprawione. Teraz musiał czekać, aż wyschnie pranie, aż zagotuje się woda, aż przyjdzie hydraulik. Czekał nawet, aż przejdzie przeziębienie, które złapało go w środku drugiego tygodnia sam, z gorączką, w nieświeżej pościeli, popijając tabletki ciepłą kranówą.
Zauważył też, że nie umie jeść w ciszy. Przez dwadzieścia sześć lat zawsze ktoś siedział przy stole. Najpierw Michał, potem już tylko Basia. Czasami rozmawiali, czasami milczeli, ale to była żywa cisza. Teraz cisza po prostu była martwa.
Zaczął jeść przy telewizorze. Trochę pomagało.
Koło trzeciego tygodnia zadzwonił do Michała.
Cześć, synu.
Cześć, tato. Co słychać?
W porządku. Mieszkam teraz na Klonowej.
Wiem, mama mówiła.
A jak mama?
Dłuższa chwila milczenia niż zwykle.
Dobrze. Mówi, że jest jej dobrze.
Jak to dobrze?
No, dosłownie tak powiedziała. Chodzi na jogę, widuje się z koleżankami.
Marek musiał to przetrawić.
Nie tęskni?
Tato, Michał ostrożnie dzwonisz do mnie, żeby się dowiedzieć, czy mama tęskni?
E tam, tylko pytam.
Jest dobrze, tato. Tobie też jest dobrze. To okej.
Marek odłożył telefon. Siedział na tapczanie z uczuciem nie do określenia. To nie była obraza. Coś jak pójście do pokoju i zapomnienie, po co się przyszło.
***
Na dwudziesty trzeci dzień spotkał w windzie sąsiadkę z bloku, młodą kobietę, którą widywał już wcześniej. Przedstawiła się pierwsza Karolina.
Nowy lokator? zapytała.
Tymczasowy odpowiedział.
Och, rozstanie z żoną?
Zdziwił się jej bezpośredniości.
Tak.
Bywa powiedziała lekko. Z którego piętra? Gdzie mieszkał wcześniej Wojtek, który śpiewał całe noce?
Nie, czwarte. Tam, gdzie żółte firanki.
Ach, u pana Stasia. Zawsze wynajmuje samotnym facetom. Mówi, że rodzinni za dużo bałaganu robią.
Wyszli razem z windy. Karolina mieszkała na parterze. Pracowała w klinice weterynaryjnej, miała kota i pełen parapet kwiatów.
Pomógł jej kiedyś donieść siatki z zakupami. Zaprosiła na herbatę. Było czysto, ciepło, pachniało cynamonem. Pogadali chwilę. Była bystra i miła, patrzyła tak, że czuł się zauważony. Ale złapał się na tym, że myślał: u niej porządek, a u mnie w zlewie piętrzy się brudna miska po wczoraj.
Jeszcze kilka razy spotkali się pod windą, zamienili kilka słów pod skrzynkami pocztowymi. Na tym się skończyło i nawet nie mogło być inaczej Marek sam ze sobą był jak zacięta płyta, niezamknięty temat.
Kiedyś zapytała:
Zostaniesz tu na dłużej?
Nie wiem odpowiedział szczerze.
Wyglądasz na człowieka, który jeszcze nie podjął decyzji, dokąd zmierza.
Pewnie tak jest.
Ja po rozwodzie kisiłam się w tym stanie dwa lata. Szkoda mi tych dwóch lat.
Zapamiętał to.
***
W trzydziesty pierwszy dzień pojechał na bazarek i kupił kwiaty. Nie dlatego, że ktoś prosił, nie z okazji, po prostu patrzył na białe chryzantemy i pomyślał: Basia zawsze je lubiła, nie róże róże były dla niej zbyt zobowiązujące.
Wziął wielki bukiet, zapłacił, pojechał na Słoneczną.
W metrze trzymał kwiaty, ludzie patrzyli różnie: jedni z uśmiechem, inni obojętnie. Marek myślał, co powie. Wyobrażał sobie, jak Basia otwiera drzwi. Że się ucieszy, zaskoczy, może nawet wzruszy w końcu dwadzieścia sześć lat wspólnego życia, coś znaczy.
Podszedł do drzwi, nacisnął dzwonek. Zauważył: nowy, wcześniej był inny.
Za drzwiami ktoś chodził. Usłyszał dwa głosy kobiecy, jej, i męski, nie swój.
Zamarł.
Drzwi otworzyły się na łańcuch, też nowy. Przez szczelinę zobaczył twarz Basi. Popatrzyła na niego i na kwiaty. Twarz nie zdradzała emocji.
Marek.
Basiu, przyszedłem.
Widzę.
Przyniosłem podniósł lekko bukiet.
Patrzyła na niego spokojnie, bez wyrzutów, bez łez, bez tego misz-maszu uczuć, którego się spodziewał.
Marek, nie otworzę.
Dlaczego?
Bo zmieniłam zamki.
Widzę, ale dlaczego?
Za jej plecami przesunął się cień sylwetka mężczyzny. Marek spojrzał.
Kto to?
To nie twoja sprawa odpowiedziała, bez agresji.
Basiu, zaczekaj. Dużo zrozumiałem.
Co zrozumiałeś?
Otworzył usta, zamknął. Jeszcze raz.
Że było mi z tobą dobrze. Że nie doceniałem. Że popełniłem błąd.
Milczała. Patrzyła przez łańcuch długo.
Marek powiedziała w końcu, cicho i spokojnie. Zrozumiałeś, że ci było dobrze. Ale nie zrozumiałeś, dlaczego było ci dobrze. Myślisz, że brak ci mnie. A brakuje ci kogoś, kto prasował ci koszule.
To nie fair rzucił.
Może tak. Ale to prawda.
Basia, to było dwadzieścia sześć lat.
Wiem. Były też dobre. Ale nie chcę kolejnych dwudziestu sześciu.
Dasz mi szansę?
Patrzyła długo i w końcu odpowiedziała:
Wiesz, co jest najdziwniejsze? Że ja też zaczęłam oddychać. Też się dusiłam. Po prostu nigdy o tym nie mówiłam.
Stał z chryzantemami w ręku.
Basia.
Idź, Marek. Zadzwoń do Michała, pogadaj z nim. O czymkolwiek, nie o mnie.
Drzwi zamknęły się cicho. Łańcuch szczęknął.
Postał jeszcze chwilę. Bukiet opadł mu w rękach prawie do ziemi. Chryzantemy były świeże, mocne, nieświadome sceny.
Na klatce schodowej było cicho. Zza drzwi sąsiadów słychać było szum telewizora.
Marek zawrócił i poszedł do windy.
***
Wcisnął przycisk, winda zjechała szybko. W lustrze zobaczył siebie: facet z bukietem, w porządnej kurtce, trochę przygnieciony, z miną kogoś, komu właśnie coś się skończyło albo zaczęło. Albo jedno i drugie na raz.
Wyszedł na dwór. Było już ciemno, latarnie świeciły, chodnikami przewijali się przechodnie, każdy zajęty własnymi sprawami. Marek szedł w kierunku metra, kwiaty trzymał w ręce.
W końcu się zatrzymał.
Na ławce siedziała starsza pani, obok niej siatka, karmiła gołębie. Gołębie tłoczyły się przy jej nogach.
Marek podszedł i postawił chryzantemy obok ławki.
Weźcie sobie, proszę, jakby co powiedział.
Starsza pani spojrzała na niego, potem na kwiaty.
Ładne. Co, nie przyjęli?
Nie przyjęli.
Bywa mruknęła i wróciła do gołębi.
Marek poszedł dalej. Ul. Słoneczna wyglądała jak zawsze, życie szło dalej. Basia zamknęła za nim drzwi i poszła do swojego wieczoru, do nowego życia, które, jak się wydawało, pasowało jej całkiem nieźle.
Michał pewnie wracał gdzieś przez miasto i jemu wypadałoby zadzwonić, tak po prostu, bez okazji.
W kawalerce z żółtymi firankami w zlewie czekała brudna miska.
Sięgnął po telefon.
***
Potem, już w metrze, długo patrzył w czarne szkło okna, za którym nie było nic widać, tylko własne rozmyte odbicie.
Dziwna sprawa pomyślał, nie myśląc właściwie o niczym konkretnym. Po prostu dziwna sprawa.
Pociąg toczył się naprzód. Stacja za stacją. W wagonie jechali różni ludzie: młodzi, starsi, zmęczeni, ożywieni, z torbami, z książkami, wpatrzeni w telefony. Nikogo nie obchodził on, jego chryzantemy porzucone pod ławką, jego dwadzieścia sześć lat, zamknięte drzwi.
Wysiadł na swojej stacji i wyszedł na powierzchnię.
Powietrze było zimne, już wyczuwało się zapach pierwszego śniegu, którego jeszcze nie było widać, ale czuło się go w powietrzu.
Marek postał chwilę, podniósł głowę i popatrzył na niebo.
Było ciemne i zwyczajne.
Ruszył do domu.
***
Tej samej nocy, około drugiej, nie spał, patrzył w sufit. Mieszkanie było jak zawsze, żółte firanki blokowały światła latarni, lodówka czasem buczała. Minął trzydziesty pierwszy dzień i tak wyglądała codzienność.
Wtem przypomniał sobie coś.
Osiem, może dziesięć lat temu pojechali z Basią na działkę do jej rodziców. Wieczorem siedzieli na werandzie, pili herbatę, cisza, za płotem ciemniał las. Basia milczała, on też milczał, i to było takie dobre milczenie żywe, ciepłe.
Pomyślał wtedy: właśnie tak jest dobrze.
I nic nie powiedział. Po prostu pomyślał i zapomniał.
Leżąc na tapczanie w wynajętej kawalerce, próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz czuł to samo. Nie potrafił.
Za oknem zaczynało sypać, powoli, niepewnie pierwszy śnieg w roku.
W mieszkaniu trwała cisza.
***
Rano wstał, nastawił czajnik i pomyślał, że trzeba kupić porządne kubki. Te, które miał, były obtłuczone, niewygodne.
Potem pomyślał, że może zadzwoni do Michała.
Potem, że trzeba ogarnąć się z pracą, bo zaraz koniec kwartału, a jest w tyle z papierami.
Potem przypomniał sobie słowa Basi że ona też zaczęła oddychać. Ona też się dusiła.
Nie wiedział o tym. Albo wiedział, ale nie przywiązywał do tego żadnej wagi. Ona zawsze była obok, robiła to, co trzeba, a on nie pytał, czy tak chce. Była częścią tej codzienności, którą uważał za klatkę, nie biorąc pod uwagę, że dla niej to też była klatka tylko z żelazkiem w dłoni.
Czajnik zasyczał.
Wlał herbatę do obtłuczonego kubka, usiadł do stołu.
Za oknem śnieg padał już naprawdę biały i gęsty, osiadał na parapecie.
Marek wziął telefon, znalazł kontakt: Michał.
Odłożył smartfona.
Za chwilę wziął znowu.
Michał, cześć, mówi tata. Tak po prostu dzwonię, nie masz nic ciekawego na głowie teraz?
Nie odpowiedział zaskoczony Michał. Cześć, tato.
Jak tam?
W porządku. Pracuję. U was już śnieg?
Właśnie zaczął padać.
U mnie też.
Przez chwilę milczeli. Żywe, dobre milczenie.
Tato odezwał się Michał. Jak tam w ogóle u ciebie?
Marek popatrzył na podwórko za oknem. Padał śnieg, biały, wszystko wydawało się nowe, nie wiadomo co będzie dalej.
Uczę się żyć odpowiedział.
To dzwoń, jakby co.
Będę dzwonił powiedział Marek. Ty też dzwoń. Nie tylko w święta.
Jasne odparł Michał.
Pożegnali się. Marek wypił herbatę. Była okej.
Za oknem padał śnieg.
***
Mniej więcej w tym samym czasie, po drugiej stronie miasta, Basia też wpatrywała się w okno. Miała kubek kawy pod ręką, w mieszkaniu było ciepło i cicho. Piotr już wyszedł zostawał czasem długo, ale nie na noc, tak się umówili. Bez pośpiechu.
Basia myślała o Marku. Bez bólu, bez radości, tak, jak się myśli o kimś, z kim przeżyło się kawał życia. Widział go w drzwiach z kwiatami, duży, trochę zagubiony, z miną kogoś, kogo życie czegoś nauczyło, ale nie do końca.
Nie miała żalu. Przeszły już te uczucia. Zaraz po jego wyprowadzce poczuła złość to ją zdumiało, bo z zewnątrz była spokojna, a w środku miała stare, ciche rozżalenie. Że on nigdy nie pytał, jak ona się czuje. Że miał dość rutyny, którą ona sama tworzyła swoimi rękami. Że nudziło mu się a ona nawet nie miała czasu pomyśleć, czy jej nudno.
Potem złość już minęła. Zostało spokojne, twarde przekonanie.
Wzięła telefon, napisała do Eli: jutro joga? Ela odpowiedziała ekspresowo: już czekałam na twój SMS. Tak.
Basia uśmiechnęła się i odłożyła kubek.
Za oknem również padał śnieg.
***
Wieczorem Marek zadzwonił do właściciela mieszkania i spytał, czy może przedłużyć wynajem o kolejne dwa miesiące.
Może pan rzucił właściciel tylko proszę płacić z góry.
Potem podjechał do Pepco i kupił dwa, a potem dołożył trzeci, porządne kubki, bez obtłuczeń.
Skoczył do sklepu, kupił kurczaka, marchew, cebulę, ziemniaki prosty przepis na zupę wygooglował na telefonie. Był tylko jeden punkt w przepisie, z którym nie wiedział, co zrobić: posolić do smaku.
Stał nad garnkiem i rozmyślał, co to znaczy. Dosolił, spróbował, trochę za słone. Ale zupa i tak całkiem niezła.
Wlał ją do talerza nie do kubka, kubki nie są od zupy, znalazł talerz w szafce. Usiadł do stołu.
Było cicho.
W ciszy zupa smakowała powoli, znośnie.
***
Życie szło dalej jak zwykle: bez wyjaśnień i bez ostrzeżenia. Basia ćwiczyła jogę, czasem piła kawę z Piotrem, który był miłym człowiekiem i nie poganiał jej w niczym. Marek mieszkał na Klonowej, gotował, czasem dzwonił do Michała, raz w tygodniu spotykał się z Tomkiem i Marcinem, już bez żon i przesiadywali trochę dłużej.
Rozwodu nie złożyli, bo to wymagałoby wysiłku, a na razie oboje byli zmęczeni wysiłkami.
Pewnego dnia spotkali się przypadkiem w sklepie na Słonecznej. Stał przy mleku, czytał skład kefiru, wyglądał jakby analizował coś ważnego.
Podeszła z tyłu.
Marek.
Odwrócił się. Spojrzeli na siebie. On trochę schudł, oczy miał uważniejsze.
Cześć, Basia.
Cześć. Wyglądasz dobrze.
Ty też.
Stali chwilę przy lodówkach.
Bierzesz kefir? zapytała.
Tak, nie wiem który.
Ten jest okej wskazała mu opakowanie.
Dzięki.
Wziął. Ona poszła dalej, on w inną stronę.
Przy kasach stali obok siebie, każdy w swojej kolejce. Każde wyszło z torbami na zewnątrz niemal równocześnie.
No, to cześć rzucił on.
Cześć, Marek odpowiedziała.
Poszli w przeciwnych kierunkach.



