Ja też kiedyś nie mogłam złapać tchu

Ja też się dusiłem

Marek powiedział to w niedzielę wieczorem, kiedy Zofia układała w kostki wyprasowane koszule. Wszedł do sypialni, usiadł na brzegu łóżka i powiedział to tak, jakby mówił o cieknącym kranie.

Zośka, duszę się.

Nie podniosła głowy. Odłożyła jedną koszulę, wzięła następną.

Od czego?

Od tego wszystkiego. Od rutyny. Od tego, że codziennie to samo. Wstać, zjeść, pojechać, wrócić, zjeść, iść spać. W kółko.

Zofia złożyła rękawy, poprawiła kołnierzyk. Miała pięćdziesiąt jeden lat, Marek pięćdziesiąt trzy. Przeżyli w tym mieszkaniu na ulicy Jabłoniowej dwadzieścia sześć lat, wychowali syna Wojtka, który od pięciu lat mieszkał w innym mieście i dzwonił tylko w święta.

I co proponujesz? zapytała spokojnie.

Chcę odejść.

Wtedy się zatrzymała. Ale nie dlatego, że się przestraszyła. Po prostu popatrzyła na niego uważnie, jak patrzy się na kogoś, kto mówi coś spodziewanego od dawna.

Dokąd pójdziesz?

Wynajmę jakieś mieszkanie. Pobędę sam. Zaczerpnę powietrza.

Dobrze odpowiedziała i sięgnęła po kolejną koszulę.

Marek wyraźnie oczekiwał czegoś innego. Wysunął się trochę do przodu.

Nie chcesz nic powiedzieć?

A co mam mówić? Jesteś dorosły, Marek. Chcesz odejść, odchodź.

Nie będziesz robiła awantur?

Złożyła koszulę, odłożyła na stertę, spojrzała mu prosto w oczy.

Nie. Ale mam jeden warunek.

Jaki?

Nie dzwoń do mnie w sprawach domowych. Gdzie co leży, jak coś działa, gdzie schowałam to czy tamto. Jak odchodzisz, radź sobie sam.

Milczał chwilę.

To wszystko?

Wszystko.

Marek nie wiedział, co z tym zrobić. Był przygotowany na łzy, pretensje, na to, że będzie trzymać go za rękaw i mówić o latach, o Wojtku, o tym, że tak się nie robi. W głowie przećwiczył już wszystkie odpowiedzi. A ona dalej stała i prasowała koszule.

No dobrze wydusił w końcu. To się spakuję.

Pakuj się.

Odwrócił się i poszedł do garderoby. Długo stał, patrząc na półki. Potem zaczął pakować do torby dżinsy, koszulki, skarpetki. Wziął maszynkę do golenia, ładowarkę do telefonu, książkę, której nie czytał od pół roku. Wyszedł na korytarz. Zofia zdążyła już przejść do kuchni i stukała tam czymś.

Idę powiedział w stronę kuchni.

Powodzenia rzuciła zza drzwi.

Drzwi zamknęły się za nim. Został na klatce, czekał chwilę. Nic. Żadnych kroków, żadnego pośpiechu. Cisza.

Nacisnął przycisk windy.

***

Mieszkanie znalazł w dwa dni przez znajomego. Kawalerka w sąsiedniej dzielnicy, na czwartym piętrze, z oknami na podwórko. Właściciel, starszy pan z wąsami, pokazał je szybko, wziął z góry za dwa miesiące i pojechał. W mieszkaniu był tapczan, stół, dwa krzesła, lodówka jeszcze z czasów PRL-u i gazowa kuchenka. Na oknie wisiały zasłony o barwie nieświeżej musztardy.

Marek postawił torbę, usiadł na tapczanie i rozejrzał się.

Cisza była całkowita. Nikt nie kręcił się obok, nikt nie włączał telewizora, nikt nie wołał na kolację. Położył się na wznak, założył ręce za głowę i pomyślał: oto ona. Wolność.

Pierwsze dwa dni były prawie dobre. Wstawał kiedy chciał, jadł to, na co miał ochotę, a raczej to, co kupił pod blokiem, chodził po mieszkaniu w samych skarpetkach i nie musiał się nikomu tłumaczyć. Wieczorami dzwonił do starego kumpla Adama gadali długo, Adam śmiał się i mówił: dobrze, Marek, dobrze, trzeba było już dawno.

Trzeciego dnia Marek odkrył, że skończyły się czyste skarpetki.

Popatrzył na pralkę, która stała w łazience. Mała, okrągła. Otworzył drzwiczki, zajrzał, zamknął. Otworzył znowu. Gdzieś musi być proszek, właściciel coś mówił o szafce pod zlewem. Znalazł tam małe pudełko, przeczytał: Do białych i kolorowych. Nasypał na oko do przegródki, która wydawała się odpowiednia. Ustawił program, wcisnął przycisk.

Pralka zaryczała.

Po godzinie wyjął skarpetki. Były wilgotne, prawie mokre i jakby lekko różowe. Nie od razu zrozumiał dlaczego, potem przypomniał sobie, że wrzucił razem z nimi nową czerwoną koszulkę.

Rozwiesił skarpetki na kaloryferze. Suszyły się do następnego wieczora.

Czwartego dnia postanowił ugotować sobie normalny obiad. Kupił w sklepie pierś z kurczaka, ziemniaki, cebulę. Znalazł na dnie szafki patelnię z poodrapanym teflonem. Postawił na gazie, nalał oleju. Olej zasyczał za głośno, pierś wrzucił w całości, przywarła do patelni. Ziemniaki obierał długo, nieporadnie, połowę wyrzucił z obierkami. Cebula poszła w oczy i poleciały mu łzy.

W końcu na talerzu miał coś brązowo-białego, twarde na zewnątrz, surowe w środku.

Zjadł połowę, resztę wyrzucił i zamówił jedzenie z pobliskiego bistro.

Po tygodniu policzył, ile wydał na dowozy. Wyszło niemal tyle, co z Zofią na zakupy przez miesiąc. Zdecydował, że trzeba wziąć się za siebie. Kupił składniki, ugotował kaszę gryczaną. Kasza wyszła dobra. To go trochę uspokoiło.

Ale w ogóle życie zaczynało go powoli, nieuchronnie przygniatać jak przypływ.

***

Przełom nastąpił dziesiątego dnia.

Marek mył się pod prysznicem i poczuł, że woda nie odpływa. Spojrzał: po podłodze rozlewała się mętna kałuża. Zakręcił wodę nic nie znikało. Dotknął korka stopą. Woda stała.

Przypomniał sobie coś o syfonie. Takie słowo. Zofia czasem używała: trza przeczyścić syfon, bo woda będzie stała. On kiwał wtedy głową i wracał do pokoju.

Marek przykucnął, zajrzał pod wannę. Jakaś rura, potem kolejna, potem jakieś białe plastikowe złącze. Dotknął puściło bardzo łatwo i od razu lunęło. Nie pociekło. Lunęło ciemne, zimne.

Zerwał się, poślizgnął, złapał za ręcznik, który natychmiast wylądował na podłodze i nasiąkł wodą. Próbował przykręcić z powrotem, ale woda nie przestawała lać się po kafelkach, płynęła do dywanika łazienkowego, który nasiąkł w dziesięć sekund.

Wypadł na korytarz, zostawiając mokre ślady, znalazł telefon i zaczął gorączkowo szukać jak zakręcić wodę. W końcu przypomniał sobie, że właściciel coś mówił o zaworze pod zlewem w kuchni. Pobiegł, znalazł, zakręcił. Woda przestała płynąć.

Wrócił do łazienki. Wyglądało to jak po małej powodzi. Mokry dywanik, mokre ręczniki, mokra podłoga. Z syfonu jeszcze kapało.

Marek usiadł na korytarzu, w mokrych spodniach, wpatrując się w ścianę.

Pierwsza myśl Zofia. A raczej odruch: zadzwonić, ona powie co robić. Już miał dotykać ekranu, kliknąć w jej numer, ale usłyszał w głowie: nie dzwoń z pytaniami o dom.

Odłożył telefon.

W końcu zadzwonił. Nie do niej, do Adama.

Adaś, wiesz jak się naprawia syfon?

Co? Adam był czymś zajęty, w tle coś hałasowało.

Syfon. Pod wanną. Cieknie.

Marek, nie mam pojęcia. Zawsze wzywam fachowca. Mam dobrego hydraulika, podam ci numer.

Hydraulik przyszedł nazajutrz. Pokręcił coś, zmienił uszczelkę w piętnaście minut. Wziął za to tyle, że Marek przez chwilę tylko patrzył zdziwiony.

To normalna cena? zapytał wreszcie.

Normalna rzucił hydraulik i wyszedł.

Marek zamknął drzwi i pomyślał, że Zofia nigdy nie wzywała fachowca do takich pierdół. Sama coś regulowała, kręciła, kupowała części w sklepie. Nie wiedział, kiedy to robiła i jak, ale po prostu się działo.

***

W międzyczasie wpadł na pomysł, który wydawał się słuszny.

Zadzwonił do Marzeny, z którą kiedyś, jeszcze przed Zofią, miał coś na kształt romansu. Marzena była rozwiedziona od lat siedmiu, wiedział to od wspólnych znajomych. Czasem mijali się na czyichś urodzinach, rozmawiali o niczym.

Marzena, cześć. Mówi Marek Kwiatkowski.

Marek? była zaskoczona, ale raczej pozytywnie. Tyle lat.

Słuchaj, mieszkam teraz sam. Może wyskoczymy coś zjeść?

Chwila ciszy.

Sam, bo…?

Z żoną osobno.

Rozeszliście się?

W sumie… w trakcie.

Rozumiem jej głos stał się trochę ostrożniejszy. Spotkajmy się, czemu nie.

Spotkali się w kawiarni w centrum. Marzena przyszła w dobrym płaszczu, elegancka, krótko ścięta. Wyglądała świetnie. Zamówili po lampce wina, pogadali o znajomych. Potem zapytała:

Opowiedz, co u ciebie. Pracujesz dalej w tej samej firmie?

Tak, w budowlanej. Szefuję zaopatrzeniu.

A mieszkanie teraz jakie?

Wynajmuję. Na Powstańców.

Tam jest fajnie?

Chciał powiedzieć tak, ale odpowiedział:

Wiesz, średnio. Pralka nie do końca wiruje. Kuchenka czasem szwankuje.

Marzena patrzyła z wyrazem, którego od razu nie rozpoznał. Dopiero po chwili współczucie. Nie romantyczne, lecz zwyczajne wobec kogoś, komu się nie układa.

Rozumiem powiedziała.

Dalej rozmowa coś się nie kleiła. Pytała o Wojtka, odpowiadał, sam słuchał o jej córce, która już wyszła za mąż. Wypili jeszcze po lampce, powiedziała, że rano musi wstać, pożegnali się w drzwiach.

Wrócił do pustej kawalerki. W lodówce było pusto, sklepy się zamykały, znalazł makaron instant i zalał wrzątkiem.

Marzena nie zadzwoniła więcej. On też nie zadzwonił.

***

W mniej więcej tym czasie próbował spotkać się z kolegami. Zadzwonił do Adama ten zgodził się w piątek, ale do ósmej, bo żona ma zebranie rodziców, więc musi wcześniej wrócić. Zadzwonił do Pawła może wpaść, byle odwieźć go potem do domu, bo nie pije, żona go rano zabiera do rodziców.

Spotkali się we trzech w małym pubie koło metra. Wypili po dwa piwa, pogadali o sporcie, robocie. Potem Adam zapytał:

No jak tam u ciebie na wolności?

W porządku powiedział Marek.

Zofia nie dzwoni?

Nie.

Adam z Pawłem spojrzeli na siebie.

W ogóle nie? dopytał Paweł.

W ogóle.

Znów wymienili spojrzenia. Adam pokręcił szklanką.

Wiesz, dziwne trochę. Moja by dzwoniła trzy razy dziennie.

Zofia nie dzwoni powtórzył Marek.

To albo dobrze, albo źle zamyślił się Paweł.

W sensie?

Może jej jest lepiej bez ciebie.

Marek wypił do końca. Nie chciał o tym myśleć. W zasadzie myślał o tym codziennie, ale nie chciał się przyznać nawet sam przed sobą.

O wpół do ósmej Adam zakładał kurtkę. Paweł też się zbierał. Uścisnęli mu dłoń, poklepali po ramieniu i poszli do swoich żon, dzieci, obowiązków.

Marek został sam przy stoliku, zamówił jeszcze jedno piwo i siedział do zamknięcia.

***

Zofia tymczasem w pierwszych dniach czuła coś na kształt zagubienia, ale nie takiego, jakiego się spodziewała. Nie pustkę po nim, raczej dziwne poczucie dodatkowego miejsca. Jakby przestawić meble i nie do końca wiedzieć, czy to lepiej.

Zadzwoniła do przyjaciółki Hanki drugiego dnia.

Odszedł powiedziała Zofia.

Jak to odszedł? Dokąd?

Mieszka osobno. Mówi, że się dusił.

Hanka milczała, w końcu westchnęła:

Zośka. Jak się czujesz?

Dziwnie spokojnie. Sama się dziwię.

Płaczesz?

Nie. Dziwnie, prawda?

Może potem przyjdzie?

Może. Zobaczymy.

Dzwoniła druga przyjaciółka, Helena, z którą znały się od dwudziestu pięciu lat, od poradni dla kobiet. W odróżnieniu od Hanki, Helena nie owijała w bawełnę.

Wreszcie powiedziała. Mówiłam ci przez dziesięć lat.

O czym?

Że żyjesz jak pomoc domowa, tylko za darmo.

Przesadzasz.

Sama pomyśl. Kiedy ostatni raz zrobiłaś coś dla siebie?

Zofia zamyśliła się. Trudno było odpowiedzieć.

W zeszłym roku obcięłam włosy.

No widzisz.

Tydzień później Helena namówiła ją na jogę. Zofia najpierw odmówiła, potem się zgodziła. Poszły razem do klubu kilka ulic dalej, Zofia założyła stary dres, który stał nieużywany, i odkryła, że wcale się nie zgina.

Spokojnie uśmiechnęła się instruktorka, młoda dziewczyna z kucykiem. Każdy tak zaczyna.

Po dwóch tygodniach zginała się już lepiej. Chodziła na jogę trzy razy w tygodniu. Po zajęciach szły z Heleną na kawę. Zofia odkryła, że dawno nie siedziała tak zwyczajnie, nie myśląc, że zaraz trzeba wracać, bo Marek przyjdzie i trzeba robić kolację.

Wieczorami czytała książki. Wcześniej przysypiała po dwudziestu stronach. Teraz czytała przez godzinę, czasem dłużej.

Zadzwonił Wojtek.

Mama, tata mówi, że nie mieszkacie razem.

To prawda.

I jak jest?

Różnie. Ale dobrze, szczerze.

Wojtek milczał.

Rozwiedziecie się?

Jeszcze nie wiem. Nie myślałam o tym.

Nie jesteś smutna?

Zaskoczona. Ale nie smutna.

Znów cisza. Wojtek zawsze długo wszystko przetrawiał.

No dobra powiedział. Jak coś, dzwoń.

I ty dzwoń. Nie tylko w święta.

***

Był taki moment, gdy Zofia po prostu stanęła na kuchni i patrzyła w okno przez kilka minut.

Myła kubek, zwyczajny, poranny, i pomyślała: dwadzieścia sześć lat. To dużo. To ponad połowę świadomego życia. Było tam wszystko, także dobre rzeczy. Pierwsze mieszkanie, które remontowali własnymi rękami, zdarte knykcie. Mały Wojtek, kolana całe w zielonym. Wyjazd nad morze piętnaście lat temu, kiedy śmiali się przez trzy dni do bólu brzucha i nie pamiętała potem z czego, ale śmiech pamiętała dokładnie.

Tego już nie będzie zostaje w przeszłości, jak zdjęcia w albumie.

Zaczekała aż to poczucie minie. Minęło po trzech, może czterech minutach.

Potem odłożyła kubek i zaczęła się szykować na jogę.

***

Eugeniusz pojawił się przypadkiem.

To była sąsiadka spod trójki, pani Stefania, osiemdziesięcioletnia kobieta o doskonałej pamięci i zwyczaju nagabywania na schodach przez pół godziny. Poprosiła Zofię o wymianę żarówki syn przyjedzie dopiero za tydzień, a w korytarzu ciemno. Zofia wymieniła, przy okazji wypiła herbatę, akurat wtedy przyszedł syn pani Stefanii, nie ten, który miał przyjechać, inny Eugeniusz.

Eugeniusz mieszkał w tym samym mieście, wpadł bez zapowiedzi. Około czterdzieści osiem lat, broda, dobra kurtka, oczy człowieka zmęczonego życiem.

Mama znów wykorzystuje sąsiadów zażartował, widząc Zofię z żarówką w ręku.

Sama chciała! odparła pani Stefania z godnością.

Spojrzał na Zofię.

Dziękuję bardzo. Sam bym przyjechał, ale nie pomyślałem, że tu ciemno.

Nic wielkiego odparła.

Pogadał chwilę w drzwiach. Okazało się, że też pracuje w budowlance, tylko inna firma. Zofia powiedziała, że jest księgową. Pożegnali się.

Po trzech dniach sam zadzwonił do drzwi. Przyniósł matce zakupy i, niby mimochodem, podarował Zofii czekoladki w podziękowaniu.

Po co się pan fatyguje powiedziała, ale wzięła.

Można wejść na minutkę? Mam pytanie o twojego Marka. Matka mówi, że pracował w zaopatrzeniu, a ja mam problem z jednym dostawcą.

Zofia zawahała się.

Marek mieszka osobno. Ale mogę dać numer.

Dziękuję, nie chcę przeszkadzać.

Poszedł. Po tygodniu zadzwonił znowu, że sprawę załatwił inaczej, czy nie pójdą kiedyś na kawę, tak sąsiedzko. Pomyślała i się zgodziła.

Poszli do kawiarni na sąsiedniej ulicy. Rozmawiali o pracy, o matce, o tym, jak dzielnica się zmieniła. Był uważny, nie przerywał, czasami śmiał się własnym kosztem, zanim żart się skończył.

Długo byłaś mężatką? zagadnął w pewnym momencie bez podtekstów, raczej z ciekawości.

Dwadzieścia sześć lat. A raczej byłam. Teraz nie wiem, jak to policzyć.

Tak bywa odpowiedział zwyczajnie.

Oceniała to.

Spotkali się jeszcze raz, potem znów. Nie naciskał, niczego nie wymuszał, po prostu czasem dzwonił i pytał, co słychać. Zofii pasowała ta lekkość, nieobowiązkowość. Po tyle latach zobowiązań była jak świeże powietrze w dusznym pokoju.

***

Marek zaczął zauważać w sobie cechy, których wcześniej nie widział.

Na przykład, że nie umie czekać. Nigdy nie czekał, bo wszystko działo się samo jedzenie pojawiało się, czyste rzeczy też, jak coś się zniszczyło zaraz działało. Teraz trzeba czekać aż wyschnie pranie, zagotuje się woda, przyjdzie fachowiec. Albo aż przejdzie przeziębienie, które złapał pod koniec drugiego tygodnia i leżał sam z gorączką, pocąc się w nieświeżej pościeli i popijając lek letnią wodą z kranu.

Albo to, że nie umie jeść w ciszy. Przez dwadzieścia sześć lat przy stole ktoś był najpierw Wojtek, potem tylko Zofia. Ona zawsze coś mówiła albo przynajmniej była żywa cisza kogoś obok. Tu cisza była inna pusta, martwa.

Zaczął włączać telewizor do kolacji. Trochę pomagało.

Około trzeciego tygodnia zadzwonił do Wojtka.

Cześć, synu.

Cześć, tato. Jak tam?

W porządku. Mieszkam na Powstańców.

Wiem, mama mówiła.

A u niej jak?

Wojtek milczał trochę za długo.

Dobrze. Mówi, że dobrze.

W jakim sensie?

Tak zwyczajnie. Chodzi na jogę, spotyka się z koleżankami.

Marek przeanalizował to w głowie.

Nie tęskni?

Tata ostrożnie dzwonisz po to, by zapytać, czy mama tęskni?

Nie, tylko pytam.

Jest jej dobrze, tato. Tobie też. I to jest ok.

Odłożył słuchawkę i siedział na tapczanie z poczuciem, którego nie umiał nazwać. Nie żal, nie. Zupełnie coś innego. Jakby wejść do pokoju i nie pamiętać, po co.

***

Dwudziestego trzeciego dnia spotkał w windzie sąsiadkę z klatki, młodą, może trzydziestopięcioletnią kobietę, którą kojarzył z widzenia. Przedstawiła się: Milena.

Nowy lokator? zapytała.

Tymczasowo odparł.

A, rozstał się pan z żoną?

Zaskoczyła go szczerość.

Tak wyszło.

Zdarza się uśmiechnęła się. Z czwartego? Tam kiedyś mieszkał pan Stasio, co śpiewał po nocach.

Nie, z piątego. Tam, gdzie są musztardowe kotary.

Aha, u pana Gajosa. Zawsze wynajmuje samotnym facetom. Mówi, że z rodzinami za dużo problemów.

Wyszli z windy. Milena mieszkała na parterze. Pracowała w lecznicy dla zwierząt, miała kota i mnóstwo roślin.

Któregoś razu pomógł jej z zakupami. Zaprosiła na herbatę. Miała czysto, przytulnie, w kuchni pachniało cynamonem. Porozmawiali chwilę. Była bystra, patrzyła uważnie. Ale złapał się na tym, że myśli: u niej porządek, u mnie w zlewie naczynia od dwóch dni.

Spotykali się jeszcze kilka razy na klatce, rozmawiając przy skrzynkach. Nic się nie wydarzyło i nie mogło, bo sam był jak niedokończona myśl, zaczęta i porzucona.

Kiedyś zapytała:

Zostanie pan tu długo?

Nie wiem odpowiedział szczerze.

Wygląda pan na człowieka, który jeszcze nie zdecydował, gdzie chce być.

Chyba tak.

To bywa powiedziała. Tylko nie można tak wisieć za długo. Ja przesiedziałam dwa lata po rozwodzie i potem żałowałam straty czasu.

Zapamiętał to.

***

W trzydziestym pierwszym dniu pojechał na rynek i kupił kwiaty. Nie dlatego, że ktoś kazał, nie dlatego, że była okazja po prostu stał przy straganie, patrzył na wielkie, białe chryzantemy i przypomniał sobie, że Zofia zawsze wybierała te nie róże, bo według niej róże są zbyt zobowiązujące.

Wziął wielki bukiet, zapłacił i pojechał na Jabłoniową.

Całą drogę w tramwaju trzymał kwiaty i ludzie spoglądali: jedni z uśmiechem, inni obojętnie. W głowie układał co powie. Wyobrażał sobie, jak otworzy drzwi, że pewnie się ucieszy, zaskoczy. W końcu dwadzieścia sześć lat, przecież on.

Zadzwonił do drzwi, zauważył nowy dzwonek. Kiedyś był inny.

Za drzwiami odgłosy kroków, potem dwa głosy: żeński jej, potem męski nie jego.

Zastygł.

Drzwi uchyliły się na łańcuszek, też nowy. W szparze zobaczył twarz Zofii. Spojrzała najpierw na niego, potem na kwiaty. Bez złości.

Marek.

Zośka, przyszedłem.

Widzę.

No… mam dla ciebie lekko uniósł bukiet.

Patrzyła bez łez, bez mieszaniny emocji, na którą liczył.

Marek, nie otworzę.

Czemu? tylko to zdołał powiedzieć.

Bo wymieniłam zamki.

Widzę. Ale dlaczego?

Za jej plecami przemyknął cień, męska sylwetka. Marek śledził wzrokiem.

Kto to?

To nie twoja sprawa spokojnie.

Zośka, zaczekaj. Ja… dużo zrozumiałem.

Co zrozumiałeś?

Otworzył usta, zamknął. Spróbował jeszcze raz.

Że było mi dobrze z tobą. Że nie doceniałem. Że to wszystko był błąd.

Milczała chwilę. Potem:

Marek, ty zrozumiałeś, że było ci dobrze. Ale nie zrozumiałeś dlaczego. Myślisz, że brakowało ci mnie. A naprawdę brakowało ci tego, że ktoś prasował ci koszule.

To niesprawiedliwe powiedział.

Być może. Ale to prawda.

Zośka, dwadzieścia sześć lat.

Wiem chwyciła drzwi. Minęły. Były dobre lata. Ale nie chcę kolejnych dwudziestu sześciu takich samych.

Nie dasz mi szansy?

Patrzyła długo. Wreszcie powiedziała:

Wiesz, co jest ciekawe? Ja też zaczęłam oddychać. Okazało się, że też się dusiłam. Tylko nigdy nie powiedziałam na głos.

Stał z chryzantemami w ręce.

Zofia.

Idź, Marek. Zadzwoń do Wojtka, porozmawiaj z nim. Nie o mnie, tak po prostu.

Zamknęła drzwi. Bez trzasku. Kliknął zamek.

Stał chwilę. Bukiet opadł prawie do ziemi. Chryzantemy były świeże, mocne, nie wiedziały, co się dzieje.

Na klatce było cicho. Za drzwiami sąsiadów słychać było telewizor.

Odwrócił się i poszedł do windy.

***

Nacisnął guzik, winda przyjechała szybko. W lustrze zobaczył siebie: facet z bukietem, w dobrej kurtce, lekko zmięty, z twarzą kogoś, komu się właśnie coś skończyło. Albo zaczęło. Albo jedno i drugie.

Wyszedł na ulicę. Było już ciemno, latarnie świeciły, nieliczni ludzie szli gdzieś w swoich sprawach. Ruszył w stronę tramwaju, nadal z kwiatami w ręku.

W połowie drogi zatrzymał się.

Na ławce siedziała starsza pani, karmiła gołębie z torby. Gołębie tłoczyły się u jej stóp.

Podszedł i postawił chryzantemy obok ławki.

Niech pani weźmie, jeśli chce.

Starsza pani spojrzała na niego, potem na kwiaty.

Ładne. Co, nie przyjęli?

Nie przyjęli.

Bywa powiedziała i wróciła do gołębi.

Poszedł dalej. Ulica była zwyczajna, domy jak stały, tak stały, życie szło jak zawsze. Gdzieś w tym mieście Zofia zamknęła za nim drzwi i wróciła do swojego wieczoru, do nowego życia, które najwyraźniej jej pasowało.

Gdzieś wracał do domu Wojtek, do którego należało zadzwonić bez okazji.

Gdzieś, w mieszkaniu z musztardowymi zasłonami, stały brudne naczynia.

Wyjął telefon.

***

Potem już w tramwaju długo patrzył przez czarne okno, w którym odbijała się tylko jego rozmyta twarz.

Dziwna sprawa, myślał nie myśląc o niczym konkretnym. Po prostu dziwna sprawa.

Tramwaj jechał dalej. Przystanki zmieniały się jeden po drugim. W środku byli różni ludzie: młodzi, starsi, zmęczeni, wesołsi, z torbami, z książkami, wpatrzeni w telefony. Nikt nie zwracał uwagi na niego, na jego chryzantemy, na jego dwadzieścia sześć lat, na zamknięte drzwi.

Wysiadł na swoim przystanku i wyszedł na powierzchnię.

Powietrze było zimne, czuło się zapach pierwszego śniegu, który jeszcze nie padał, ale już wisiał w powietrzu.

Zadrżał, podniósł głowę i spojrzał w niebo.

Niebo było ciemne i zwyczajne.

Ruszył do domu.

***

Tej samej nocy, około drugiej, nie spał i patrzył w sufit. Mieszkanie było takie samo, musztardowe zasłony nie wpuszczały światła, lodówka czasem buczała. Wszystko było jak przez ostatnie trzydzieści jeden dni.

I przypomniał sobie coś sprzed lat.

Osiem, może dziesięć lat temu pojechali z Zofią na działkę do jej rodziców. Wieczorem siedzieli na werandzie, pili herbatę, było cicho, za ogrodem ciemniał las. Zofia milczała, ja też. I ta cisza była dobra żywa, taka, gdy nie trzeba nic mówić.

Wtedy pomyślał: o, jest dobrze.

I nic nie powiedział.

Po prostu pomyślał i zapomniał.

Leżał teraz na tapczanie i próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio tak czuł. Nie pamiętał.

Za oknem pojawiły się pierwsze płatki śniegu, rzadkie, niepewne. Ten pierwszy w tym roku.

W mieszkaniu było cicho.

***

Rano wstał, nastawił czajnik, pomyślał, że trzeba kupić porządne kubki. Te tu miały wyszczerbienia i pić z nich było niewygodnie.

Potem, że trzeba zadzwonić do Wojtka.

Potem, że trzeba ogarnąć pracę niedługo raport kwartalny, jest trochę w tyle.

Potem pomyślał o tym, co powiedziała Zofia. Że też zaczęła oddychać. Okazało się, że ją też dusiło.

Nie wiedział o tym. Może wiedział, ale nie przemyślał, że dla niej ta klatka, o której myślał, była również klatką. Tylko ona siedziała w niej i prasowała mu koszule.

Czajnik gwizdnął.

Zalał herbatę do wyszczerbionego kubka, usiadł do stołu.

Za oknem śnieg sypał równym, białym pasem, nie topniał od razu.

Wyjął telefon, znalazł kontakt: Wojtek.

Odłożył.

Po chwili znów wyjął.

Wojtek, cześć. Tata. Dzwonię, tak po prostu. Nie przeszkadzam?

Nie, tato. Dzień dobry. Nie.

Co słychać?

W porządku. Pracuję. U was śnieg?

Właśnie zaczął padać.

Tu też.

Chwila ciszy. Dobra cisza, żywa.

Tata spytał Wojtek. A tobie jak?

Spojrzał za okno. Śnieg sypał, nic jeszcze nie było do końca wiadomo.

Uczę się powiedział.

Wiesz, możesz zawsze zadzwonić.

Będę dzwonił. Ty też dzwoń. Nie tylko od święta.

To umowa powiedział Wojtek.

Pożegnali się. Marek odstawił telefon, sięgnął po kubek, dopił herbatę. Była dobra.

Za oknem sypał śnieg.

***

Mniej więcej w tym czasie, w drugiej części miasta, Zofia też patrzyła w okno. W kubku miała kawę, w mieszkaniu było ciepło i cicho. Eugeniusz już wyszedł, nie zostawał na noc tak się umówili, na razie nie śpieszyć się.

Myślała o Marku. Bez żalu i euforii. Po prostu, jak się myśli o kimś, z kim przeżyło się tyle lat. Stał u drzwi z kwiatami, duży, trochę zagubiony, z miną człowieka, którego życie czegoś nauczyło, ale jeszcze nie wszystkiego.

Nie była zła. Przestała być zła. Na początku, w pierwszych dniach, odkryła złość, choć na zewnątrz była całkiem spokojna. W środku czuła irytację na coś niewidzialnego i codziennego. Na to, że on nigdy nie pytał, jak ona się czuje. Że był zmęczony rutyną, którą to ona tworzyła własnymi rękami. Że jemu było nudno, a ona nie miała czasu, by nawet się zastanowić, czy się nudzi.

Potem gniew minął. Zostało coś spokojniejszego, twardszego.

Wzięła telefon i napisała do Hanki: jutro na jogę? Odpisała od razu: właśnie czekałam, aż wyślesz. Oczywiście.

Uśmiechnęła się, odstawiła kubek.

Za oknem padał śnieg.

***

Marek tego samego wieczoru zadzwonił do właściciela i zapytał, czy może przedłużyć umowę jeszcze na dwa miesiące.

Jasne odparł właściciel. Z góry, jak zwykle.

Potem pojechał do sklepu z wyposażeniem i kupił porządne kubki. Dwa. Potem pomyślał i wziął trzeci.

W sklepie spożywczym nabył składniki na rosół: kurczak, cebula, marchewka, ziemniaki. Przepis znalazł w telefonie: cztery kroki. W czwartym: posolić do smaku.

Stał nad garnkiem i zastanawiał się, co to znaczy do smaku. Spróbował, dodał sól, spróbował jeszcze raz. Wyszedł trochę słony, ale rosół nadawał się do jedzenia.

Nalał sobie do miski z nowej serii, siadł do stołu.

Było cicho.

W ciszy rosół smakował nieźle.

***

Życie szło dalej, jak zawsze: nie uprzedza, nie tłumaczy. Zofia chodziła na jogę, spotykała się czasem z Eugeniuszem, który był w porządku i nie poganiał jej ani trochę. Marek mieszkał na Powstańców, gotował rosół, czasem dzwonił do Wojtka, raz w tygodniu umawiał się z Adamem i Pawłem, którzy już przychodzili bez żon i siedzieli chwilę dłużej.

Rozwodu nie załatwili. Nie z powodu decyzji, po prostu zabrakło siły, oboje byli zmęczeni wysiłkiem.

Kiedyś spotkali się przypadkiem w markecie, właśnie tym, na Jabłoniowej, do którego razem chodzili przez dwadzieścia sześć lat. On stał przy nabiale i z bardzo poważną miną czytał skład kefiru.

Podeszła z tyłu.

Marek.

Odwrócił się. Spojrzeli na siebie. Wyglądał nieźle, trochę schudł, spojrzenie jakby bardziej uważne.

Cześć, Zośka.

Cześć. Dobrze wyglądasz.

Ty też.

Chwilę stali.

Bierzesz kefir? zapytała.

Szukam przyznał.

Ten dobry, tu wskazała.

Dzięki.

Wziął. Ona wzięła swoje rzeczy, poszli w różne strony.

Przy kasach byli w sąsiednich kolejkach. Ona skasowała zakupy, on swoje. Wyszli prawie równocześnie.

No to… pa powiedział.

Pa odpowiedziała.

Skręciła w prawo, on w lewo.

Oceń artykuł
TwojaCena
Ja też kiedyś nie mogłam złapać tchu