Ja żyć chcę, Pawełku!
Panie doktorze Jerzy, panie doktorze Jerzy, co się dzieje?
Pielęgniarka Teresa chwyciła chirurga za rękaw, ale nie utrzymała go oparł się o ścianę, pochylając głowę w dół, milczał.
Teresa nawet z dumą pomyślała o tym, jak lekarze oddają siebie pacjentom, pracują na skraju wyczerpania… Ale nikt tego nie docenia. Pacjent, którego właśnie operował Jerzy, tego nie zauważy.
Panie doktorze Jerzy, naprawdę dobrze się pan czuje? Może zawołam…
Nie trzeba oderwał głowę od ściany i chwiejnym krokiem ruszył do dyżurki. Przy drzwiach obrócił się do zmartwionej Teresy: Wszystko dobrze, proszę się nie martwić.
Jerzy ciężko opadł na skórzaną kanapę. Czy na pewno wszystko w porządku? Już nie pierwszy raz łapały go takie zawroty głowy. Przemęczenie? Wszystko na to wskazuje.
Kiedyś miał weekendy. Prawdziwe weekendy, które pozwalały odpocząć po całym tym szpitalnym zamęcie wyjść z żoną do znajomych, pojechać z dziećmi do lasu czy parku.
A teraz… Kiedy wszyscy lekarze pracują na trzy placówki, gdzie tu myśleć o wolnym. Poza tym Jerzy był w drugim związku. Młodsza żona, dzieci w wieku szkolnym wydatki. No i… auto chciałby wymienić.
Ale i to nie było najważniejsze. Najważniejsze Jerzy przyzwyczaił się do bycia potrzebnym, chciał być najlepszy, marzył o uznaniu i o lekarskich sukcesach… I przez dwadzieścia lat kariery faktycznie to zdobywał. Pacjenci ustawiali się do niego w kolejkach, koledzy go cenili, zapraszano go na operacje, obiecywano… dobrze płacono.
Paweł, zadzwonił do kolegi anestezjologa Twoja Ania jest dziś na dyżurze?
Cześć, Jurek. Tak, dzisiaj. Możesz przyjechać po pracy.
Pod koniec dnia Jerzy już leżał w tunelu rezonansu magnetycznego, słuchając nieznośnego hałasu, którego nie tłumiła nawet muzyka z słuchawek.
Nagle dopadł go irracjonalny strach. Pragnął czym prędzej wydostać się z tej dusznej rury. Potrzebował oderwać myśli, przypomnieć sobie coś przyjemnego. Ale co? Co?
Pamięć zaczęła odtwarzać jego życie od końca. Drugi związek… On już chirurg na etacie, ojciec rodziny, a ona młoda nauczycielka z podstawówki córki.
Stukanie aparatu MRI zagłuszyło nawet marne próby przypomnienia sobie dobrych momentów. Praca-dom-praca. Pierwsze małżeństwo jeszcze mniej udane, brzydki rozwód sprawił, że te wspomnienia też nie należały do przyjemnych.
Studia? Tak, to już coś. Szczególnie pierwsze cztery lata.
Pamięć Jerzego zatrzymała się na tamtych czasach i wciągnęła go całkiem. Studencka brygada remontowa, chłopaki, Marzenka ze stołówki, za którą wszyscy biegali…
Jerzy, Witek i Paweł trzech przyjaciół z medycyny. Poznali się podczas rekrutacji. Lublin był dla nich miastem obcym, zamieszkali w akademiku.
Paweł okularnik z małego miasteczka, skromny, nieco naiwny, ale miał w sobie coś, co przyciągało ludzi. Po prostu dobrze się przy nim czuło, słuchało się jego madrych, spokojnych słów, patrzyło w błękitne, głęboko zamyślone oczy zza szkieł.
Paweł miał niezwykłą pamięć, znał na wyrywki wszystkie tematy i potrafił odpowiedzieć na każde pytanie.
Witek zupełne przeciwieństwo. Chłopak z dużą posturą, z podlubelskiej wsi. Hałaśliwy, prostoduszny, lubił żartować, emocjonalnie przeżywał czekające go egzaminy. Od razu się zaprzyjaźnił z całym piętrem, i zamiast uczyć się, biegał do ludzi, pomagał w pisaniu ściąg.
Jerzy też się stresował egzaminami. Wydawało mu się, że to właśnie on nie zostanie przyjęty. Zazdrościł wiedzy Pawła i elokwencji Witka, ale to Mikołaj, czwarty z pokoju, nie przeszedł rekrutacji. Oni zostali we trzech i już do końca byli razem.
Na pierwszym roku jeszcze nie dostali akademika, więc troskliwa mama Pawła znalazła im wspólne mieszkanie.
Niech was Bóg błogosławi, chłopcy! Żyjcie w zgodzie powiedziała, kiedy przez kilka dni układała im wszystko w nowym lokum. Ugotowała im pierogi, bigos i garść innych półfabrykatów na miesiąc z góry.
No ładnie! Pani Irena nieźle ogarnia. A gdzie Twoja mama pracuje, Paweł?
W zakrystii mruknął Paweł, przeżuwając kanapkę.
Gdzie? obaj zaskoczeni spojrzeli na niego.
Sprzedaje świece i obrazki w kościele, nie tylko…
To znaczy, że jest wierząca?
No jasne, ja też jestem wierzący odparł spokojnie.
Obaj spojrzeli na ikony pod oknem.
To twoje? Myślałem, że pani Irena zapomniała je zabrać.
Nie, one są dla mnie. Od mamy przyznał Paweł, poprawiając je nerwowo i opuszczając oczy.
Witek, zanim coś pomyślał, już rzucał:
Chyba żartujesz? Po co w ogóle szedłeś na medycynę? Tutaj nauka, a Ty o Bogu…
Lekarz leczy ciało, Bóg duszę spokojnie odparł Paweł, więc Jerzy i Witek tylko wzruszyli ramionami.
Tematu wiary więcej nie poruszali, choć widywali, jak Paweł czasem robi znak krzyża. Robił to dyskretnie, nie demonstrując swojej religijności. Był bardzo dobrym studentem, potrafił zażegnać awantury pomiędzy nim a porywczym Witkiem racjonalnym słowem.
W ogóle był inny domowe sprawy go mało obchodziły. Jeśli Witek i Jerzy denerwowali się o sprzątanie, Paweł po prostu brał szmatę i mył podłogę.
Naprawdę warto się kłócić o takie pierdoły? Lepiej posprzątać…
I wtedy wszyscy się uspokajali i przyłączali do pracy.
Czy Bóg go prowadził, czy był w tego typu sprawach nadzwyczajny, do pierwszej sesji podszedł najlepiej ze wszystkich. Uczył się łaciny jakby była dla niego opowieścią z dzieciństwa. Był spoiwem, które ich łączyło.
I zakochał się jako pierwszy. Wybrali go do samorządu studenckiego i tam spotkał swoją wybrankę Małgorzatę. Malutka, z czarną grzywką, przebojowa, bardzo dobra dziewczyna. Od drugiego roku chodzili już zawsze za rękę.
Witek mimo wiejskiego pochodzenia okazał się sprawnym praktykiem. Już na zimę drugiego roku pracował w pogotowiu, imponował lekarzom na stażach, powierzano mu trudniejsze zadania.
Jerzemu wydawało się, że Witek to taki roztrzepany twardziel, ale w pracy zmieniał się w dokładnego, zdyscyplinowanego przyszłego lekarza. Interesował się wszystkim, zadawał pytania, nie uciekał z dyżurów szybko stał się nieformalnym pomocnikiem na oddziale onkologicznym wojewódzkiego szpitala.
Sam Jerzy uczył się sumiennie, bez wybitnych osiągnięć, ale medycyna fascynowała go tak bardzo, że naprawdę chciał być dobrym lekarzem.
***
MRI skończone. Jerzy spojrzał przez okno, głęboko odetchnął. Skąd nagle ten atak klaustrofobii?
Weszła Ania, zaczęła zdejować mu elektrody.
No i co, Aniu? Już oglądaliście?
Chwilę, doktor opisze wyniki. Oddzwonię, przyjdź za półgodziny, uciekła wzrokiem. Może zmęczona? Cały dzień na nogach…
Odbiorę jutro. Idę do domu, mam dość…
Nie zdążył jednak wyjść z oddziału Ania zadzwoniła i przyniosła opis, płytę i zdjęcia.
Jurek, jesteś lekarzem, wszystko rozumiesz… Ale z tym nie ma na co czekać, idź do profesora Anisimowa. On powinien zobaczyć wyniki.
Jerzy zajrzał tylko do opisu, włożył płytę do komputera i długo obracał zdjęcia na ekranie, nie mogąc uwierzyć, że to jego głowa, jego mózg i jego otoczone stanem zapalnym miejsce. Wyraźne, jednoznaczne…
Miał wrażenie, że ogląda MRI swojego pacjenta, a nie swoje… Dotarło to do niego dopiero, kiedy wracał autem do domu. Nie potrafił uwierzyć nie przyjmował tego do wiadomości.
***
Profesor Leonard Anisimow był najlepszym neurochirurgiem w szpitalu.
Mógłbym cię pocieszać, Jerzy, ale jesteś lepszym chirurgiem ode mnie. Po co mam ściemniać? Sam widzisz.
Widzę. To już koniec?
Oj… to pytanie jak u rozhisteryzowanej pacjentki. Wszystko w twoich rękach, i Boga.
Nie wierzę… Nie wierzę, że to ze mną. Do Warszawy się wybierałem, zaprosili mnie na zjazd lekarzy… Rodzinę chciałem zabrać. A teraz… Co byś zrobił na moim miejscu?
Pojechałbym do Warszawy, ale nie na wypoczynek, tylko do profesora Rochowicza. Oni tam cuda robią. Statystyki mają najlepsze. Tylko…
Co tylko?
Tylko teraz on już nie operuje, ale uczniowie są mocni, wszystko wg jego metodyk. Tyle że kolejka na rok naprzód. Jak się dostać… Pomoc kolegów może się przydać. Jesteś świetnym chirurgiem. Damy radę…
Jerzy dalej operował, konsultował, stawiał diagnozy. Bóle mu nie przeszkadzały czasem tylko lekka słabość i zawroty głowy, ale umiał sobie z nimi poradzić medycznie.
Rozpoczął poszukiwania dojścia do profesora Rochowicza. Anisimow miał rację operacja tam graniczyła z cudem.
Przyszła pora powiedzieć o problemie żonie, która zaczęła szykować wyjazd do Warszawy.
Irenko, muszę jechać do Warszawy sam.
Jak to? I dzieci?
Ja nie na konferencję czy spektakl… Jadę do szpitala. Mam guza mózgu ostatnie zdanie wypowiedział powoli, samemu nie wierząc, że to wybrzmiało. Ale wybrzmiało a więc się przyznał, przyjął to.
Irena patrzyła na niego, w jej oczach pojawiły się łzy.
Boże! Jezu, Jerzy… Jak to możliwe? Mam jechać z tobą.
Nie, Irenko, to jeszcze nie etap operacji. Może będę musiał długo czekać, jadę właśnie po to, by być pod ręką… Ale może miejsca nie będzie przez długi czas.
Tak to poważne? usiadła obok, opowiadaj…
I Jerzy, wycierając nos jak dziecko, zaczął chaotycznie opowiadać o swoich podejrzeniach, badaniach, wynikach… I o myślach, życiu, nadziejach.
Irena słuchała uważnie, nie przerywając, bo dobrze było mieć komu się zwierzyć. Z pierwszą żoną takich rozmów nigdy by nie było.
***
Świadkowie Jehowy z reguły odmawiają transfuzji krwi, cytując Biblię: Lecz mięsa, w którym jest jego życie krew nie wolno wam jeść.
Był już czwarty rok studiów. Siedzieli na wykładzie.
Duchowieństwo ostro przeciwstawia się przeszczepom organów, choć prawo je dopuszcza. Kościół jest też przeciwny wszelkim metodom zapłodnienia wykraczającym poza naturalne. Potępia surogację, wszelkie manipulacje z gametami. Snuje wokół tego swoje kanony. Kościół ze swoją wiarą w cudowne moce i medycyna są niezgodne.
To nieprawda odezwał się ktoś z sali.
Jak to nieprawda? Kto mówił?
Ja Paweł wstał Kościół i medycyna służą temu samemu pomagają człowiekowi żyć godnie.
Chce pan się kłócić?
Po co się kłócić? Taka jest prawda usiadł.
Skoro już pan zaczął, proszę tutaj. Prowadzący, młody wykładowca z satysfakcją zaprosił Pawła przed tablicę.
Rozpoczęło się wyliczanie pytań. Paweł odpowiadał spokojnie i rzeczowo.
Kościół myśli o duszy. Jeśli ktoś nie może mieć dziecka, a medycyna nie pomaga, powinien pogodzić się ze swoim losem i przyjąć to jako dar od Boga. Może znajdzie dziecko do adopcji. Kościół akceptuje sztuczne zapłodnienie nasieniem męża, lecz już nie osoby trzeciej. To narusza więzi małżeńskie i prowadzi do nieodpowiedzialnego ojcostwa.
To dlaczego odrzuca surogację, skoro komórki są własne?
Bo warto się zastanowić nad losem surogatki, która oddaje dziecko, i samego dziecka… To łamie…
Co za głupstwa! prowadzący przerywał. Według pana lepiej, żeby ktoś cierpiał, niż dać szczęście dziecku? Przed moimi oczami rodzice odmówili oddania serca zmarłego syna innemu dziecku, które czekało na przeszczep. Dziecko zmarło, to po ludzku?
Tak, bo oni nie mogli oddać serca. Nie byli w stanie…
Powiedział pan, że religia to opium, które spowalnia rozwój nauki! Kościół stoi na drodze, boi się, że człowiek wyprzedzi Boga! Tego boi się Kościół. Najważniejsze to CZŁOWIEK i jego mózg to najwyższe dzieło stworzenia! wykładowca już niemal krzyczał.
Studenci słuchali z zapartym tchem. Paweł stał ze spuszczoną głową, czasem tylko z wyrzutem patrzył na rozemocjonowanego wykładowcę, jakby żałował go za zatwardziałość serca.
Dla niego Bóg był duchową głębią, która przez niego przemawiała do innych bliskich.
Odpowiadał ze spokojem i godnością, cytując fragmenty z Biblii. Broniąc swojej wiary, bronił matki, rodzinnej ceglanej świątyni, do której w dzieciństwie chodzili z babcią, bronił wszystkich wierzących i własnej duszy.
Im spokój i argumenty Pawła silniej brzmiały, tym bardziej zdenerwowany stawał się prowadzący. I choć sam wykładowca uznał, że wygrał, wszyscy na sali wiedzieli przegrał.
Od tej pory historii Pawła nie mogło zabraknąć na korytarzach uczelni. Rektor często go wzywał. Wracał smutny, nie dzielił się szczegółami, zwierzał się tylko Małgosi. Ale ona trzymała język za zębami.
Na piąty rok Paweł już nie wrócił. Przysłał list. Napisał, że wybrał inną drogę, szczerze dziękował za wspólne chwile, prosił o zachowanie przyjaźni.
Jerzy i Witek byli zszokowani. Najlepszy student! Byłby świetnym lekarzem… wytrzymał prawie do końca! Co się stało?
Odszukali Małgosię, ale i ona nic nie powiedziała. To nie wasza sprawa. Pojechali więc do rodziców Pawła. Jego mama, pani Irena, przyjęła ich ciepło. Powiedziała, że syn wstąpił do seminarium, co było dla niej powodem do radości.
Wracali obładowani jedzeniem i łakociami, ale nie rozumieli tej decyzji przyjaciela.
No jak on mógł, na Boga! walił się po kolanie Witek.
Widzisz, sam wołasz na Boga. Ot, Bóg go poprowadził gdzie indziej… Cóż, Paweł jest dziwny. Och, dziwny!
***
Jakie znicze, Leonardzie. Ja jadę do przyjaciela. Wziąłem urlop.
Siedzieli z profesorem Anisimowem w dyżurce. Do Warszawy miał zostać niecałe trzy dni. Bilet na pociąg był już kupiony. Bał się jechać autem zawroty głowy się nasilały, a na operację miał nadzieję w stolicy.
Do jakiego przyjaciela?
Ze studiów. Ponad dwadzieścia lat się nie widzieliśmy. On zrezygnował pod koniec i wstąpił do seminarium, dziś jest księdzem. Rzut beretem stąd. Jutro jadę.
Ryzykowne. Ale rozumiem…
Sławne miasteczko podlasie, znane z klasztoru i szlaków turystycznych, okazało się dosyć smutne. Charakterystyczne były liczne kościoły i cerkwie co krok.
Jerzy szedł w stronę klasztoru wśród zieleni. Dziwne przez całą drogę nie miał zawrotów głowy. Może faktycznie: droga do Boga leczy, zaśmiał się do siebie.
Wśród sosen bieliły się ściany klasztoru, złote kopuły skrzyły się w słońcu.
Dowiedział się, że jest msza, ksiądz zajęty. Trzeba poczekać. Co to msza, ile trwa nie miał śmiałości pytać.
Wyszedł więc na przyklasztorny cmentarz, dalej przechodził na skarpę przy rzece. Tam stała studnia, do której pielgrzymi schodzili po wodę, wielokrotnie wchodząc i schodząc po stromym zboczu. Przysłuchiwał się kobietom, które z zatroskanymi minami wykonywały ten rytuał.
Po co tu przyjechałem? przyszło mu do głowy. Przecież czeka na mnie operacja w Warszawie…
Panie, a pan nie schodzi po wodę święconą?
Po święconą? Nie wiedziałem…
O, tam są butelki. Ale trzeba trzy razy zejść i wejść na górę pouczyła dziewczyna z chustką na głowie.
Po co?
To już pana sprawa… Po co pan tu przyjechał…
Jerzy nie tłumaczył, że przyjechał do starego znajomego księdza… Coś go powstrzymało.
Wziął butelkę i udał się do studni. Zejście i wejście okazało się trudniejsze, niż przypuszczał. Ale wykonał je trzy razy. Napełnił wodą, napił się zimna, słodkawa, krystaliczna.
Jego nastrój wyraźnie uległ poprawie. Może jednak Paweł lepiej się urządził niż oni wszyscy? Uśmiechnął się do myśli, co by na to powiedział Paweł.
Gdy wracał, po liturgii tłum wychodził z kościoła. Nagle w tłumie pojawił się ksiądz broda, postawna sylwetka, miękki, niski głos. To nie był Paweł on był niższy, nosił okulary pomyślał Jerzy.
Nagle ich spojrzenia się spotkały. Głębokie, błękitne oczy. Poznał go.
Podszedł cicho.
Witaj, księże, powiedział.
Ktoś z parafianek szepnął z wyrzutem: Proszę mówić proszę księdza.
Paweł tylko się uśmiechnął.
Jerzy! Jak się cieszę, przyjacielu…
Objęli się. Ludzie powoli rozchodzili się po mszy, a oni połknęli parę słów i poszli samotnie na spacer.
Ależ radość! Małgosia też się ucieszy.
Małgosia? To ona jeszcze z tobą?
Tak, żona moja, miejscowa pediatra. Mamy piątkę dzieci, najmłodszy ma dziesięć lat. Reszta dorosła.
A widzisz! Ja też mam troje. Jedno z pierwszego małżeństwa, dwoje teraz. A wy tu…
Tutaj. Nam tu najlepiej. Mieliśmy propozycje, ale dobrze nam wśród ludzi i natury, a pracy w klasztorze nie brak.
Wzrośliście…
I po dwudziestce też się rośnie.
A oczy? Okulary?
Zoperowałem się już dawno. Jest ok.
To znaczy, Kościół nie jest przeciwny medycynie?
Obaj się roześmiali.
Pamiętasz, jak z Witką chcieliśmy wynieść książkę z uniwersyteckiej biblioteki? Ty zagadywałeś bibliotekarkę, a my…
Tak, a potem upuściliście ją z hukiem, durnie!
A jak udawałeś, że nas nie znasz!
Bo mi wstyd było… O Jezu!
A ja wspominam panią Irenę, twoją mamę. Jak się miewa?
Dobrze… Jest tu niedaleko. Śluby monastyczne złożyła, jest zakonnicą.
Serio? To kariera, co?
Tak, ha, ha! śmiał się ksiądz Paweł.
Podbiegła dziewczyna w chustce, szepnęła coś księdzu do ucha.
Wybacz, muszę wracać, czas, żebyś podjechał do mnie zawiezie cię kierowca, Małgosia cię ugości, wieczorem pogadamy.
Krótko tu będę, ale jak powiesz…
Pojechał za służbowym samochodem księdza. Dom parterowy z mansardą, zadbany ogród, kapliczka, podjazd.
Przywitała go Małgosia, przytuliła i od razu wprowadziła do środka. Dom pachniał kwiatami, w centralnym punkcie salonu ikona Matki Boskiej, przed nią lampki oliwne. Reszta nowoczesność: telewizor, komputery, sprzęt kuchenny. Małgosia krzątała się, opowiadała, ile razy się przeprowadzali, jak Paweł dużo pracuje, jak sama daje sobie radę. Syn najmłodszy przewijał się przez salon.
Jerzy wciągnął się w atmosferę serdecznego domu, aż zapomniał, po co tu przyjechał. Trochę poopowiadał o swoim życiu, omijając temat zdrowia. Na tarasie na hamaku przysnął.
Nie chciał już wracać tego dnia. Miał urlop, czas do wyjazdu jeszcze był.
***
Znacie tę historię?
Jasne! Z Witkiem trzymaliśmy kontakt długo, potem rzadko przepadł gdzieś… Straciłem telefon, syn szukał go przez internet, ale… Nikomu nie winię, wszystko w rękach Boga.
Masz mi coś za złe?
Bóg osądza, nie ja. Każdy ma własne sumienie. A Ty? Jurek, co się dzieje? Widzę…
Guz mózgu, złośliwy…
Paweł westchnął.
Źle. Jutro zostaniesz na mszy, potem spowiedź i komunia. Potem pogadamy.
Chowasz mnie?
Nie… Wszystko w twoich rękach. Nikt nie pomoże, tylko ty sam. Ksiądz wskaże drogę, reszta zależy od serca.
Opowiem ci, jak to było… zaczął Jerzy.
Powiesz jutro na spowiedzi.
Dziwne, tej nocy, wspomnienie o tym jak odebrał Witkowi dziewczynę, jawiło się już nie jako próba usprawiedliwienia, lecz wyznanie winy.
Tak… Bliscy przyjaciele stali się wrogami w jednej minucie.
***
Msza dobiegła końca. Kościół był prawie pusty.
Ksiądz Paweł modlił się, potem polecił Jerzemu uklęknąć i rzekł:
Chrystus niewidzialnie tu stoi, przyjmując twoją spowiedź. Ja tylko świadkuję. Mów, Jerzy.
Jerzy zaczął.
Zazdrościłem Witkowi wszystkiego. Na katedrze go wszyscy kochali, w szpitalu, w akademiku Witek, Witek… Dziewczyny same go szukały… A jeszcze Ala.
Było tak: Do szpitala, w którym już pracował Witek, trafił z atakiem sekretarz z Warszawy rodzina była przy nim, wraz z córką, Alą.
Póki ojciec był poważnie chory, córka cały czas siedziała w szpitalu. Tam zaczęli spotykać się Witek i Ala. Po powrocie do Warszawy odwiedzali się wzajemnie. Otworzyły się przed Witkiem perspektywy w stolicy.
Rozumiesz…, Jerzy podniósł głowę na przyjaciela, po czym spuścił ją Poprostu było mi przykro. No i, z żalu, raz czy dwa rzuciłem Ali, że Witek spotyka się z Kamilą Karpińską… Chociaż to moje wymysły, kajam się…
Na weselu Wojtka Smolarka wszystko stało się jasne. Witek był duszą towarzystwa i przyszedł z Alą, ale zajęty był wszystkim, tylko nie nią. Ala się nudziła. Wyszliśmy na balkon… Powiedziano mi później, że Witek nas zobaczył, patrzył przez chwilę zza firanki, a potem wyszedł z wesela. My go nie widzieliśmy całowaliśmy się…
Jeszcze tego dnia się wyprowadził, a my z Alą po paru tygodniach zamieszkaliśmy razem. Byłem zadowolony. Witek w uczelni mnie ignorował patrzył na mnie jak na powietrze…
Ale życie szybko mnie za ten grzech ukarało. Z Alą dobrze było tylko na początku. Potem zaczęła mnie kontrolować teściowa… Po śmierci teścia i jej remanencie, Ala zaczęła ode mnie wymagać niemożliwego. Wróciliśmy do Lublina. Tam pokazała swoją prawdziwą twarz ledwo się rozeszliśmy.
A największym grzechem była chyba historia na sali operacyjnej. Przez mój błąd umarł starszy człowiek. Takie rzeczy zdarzają się chirurgom…
Zdradzałem też żonę. Pamiętasz, na studiach byłem inny, ale po ślubie… Siostry same się narzucały… A raz jedna mnie odtrąciła piękna, z długim warkoczem. Doprowadziłem do jej zwolnienia. Myślałem, że wszystko mi wolno…
Gdy poznałem Irenę, przeszło. Ona prosta, z wiejskiej rodziny, nauczycielka mojej córki. Dalej się przyjaźnią córka studiuje pedagogikę. Jest dobrą kobietą, ale i jej kilka razy zdradziłem. Bez większych uczuć, tak…
Jerzy umilkł. Co jeszcze powiedzieć? To wszystko żałosne…
Więc możesz rozgrzeszyć mnie, ojcze Pawle?
Grzechy Bóg wybacza, nie ja, ważne, żebyś się szczerze kajał, Jurku…
Jerzy skinął głową, w oczach pojawiły się łzy. Uklęknął, obejmując ołtarzyk.
Przekaż Bogu, że żałuję szepnął Chcę żyć, Pawełku, pokochać Irenę, wychować dzieci, pracować… Nic mi nie trzeba mogę być zwykłym lekarzem gdziekolwiek. Przekaż, Pawełku…
Ksiądz modlił się cicho. Jerzy spojrzał prosto w jego błękitne, dobre oczy.
Wiesz co, Jurku. Musisz odnaleźć Witka i prosić go o wybaczenie.
Gdzie go szukać? Za dwa dni jadę do Warszawy.
W Nowym Sączu pracuje na oddziale onkologicznym. Nie do Warszawy, tylko tam powinieneś jechać.
Chyba żartujesz, żebym u niego się leczył…
Czemu nie? Wiem, że pracuje naukowo, kursy w Warszawie prowadzi. Musicie się zobaczyć.
Spróbuję. Ale najpierw Warszawa. Czasu mało…
I tamtą dziewczynę też odnajdź i przeproś, tę, przez którą straciła pracę.
To będzie łatwe. Znajdę ją. Módl się za mnie, ojcze Pawle. Najważniejsze, żeby lekarz w Warszawie się zgodził i szybko było miejsce na operację. Bo jeszcze naprawdę wywędruję do Nowego Sącza…
Przed wyjazdem Jerzy symbolicznie jeszcze kilkanaście razy zszedł i wspiął się po górze przy klasztornej studni, za każdym razem pijąc wodę.
Pielgrzymi spoglądali na niego i żegnali się. Niech Bóg pomoże.



