Trzydzieści osiem tysięcy złotych za fotel dentystyczny, którego nikt nie zamówił

Grażyna Wieczorek poznała ten dźwięk po jednym dzwonku telefonu — syn dzwonił zawsze o tej samej porze, zaraz po zamknięciu gabinetu, kiedy w poczekalni gasło już światło i tylko za oknem mrugał neon apteki po drugiej stronie ulicy Kościuszki. Był wtorek, dwudziesty drugi września, w Bydgoszczy zaczynało się robić chłodno po zachodzie, a ona akurat parzyła drugą kawę, bo pierwszej nie dopiła — wystygła jej, kiedy księgowa z sąsiedniego gabinetu wpadła po sól do zmywarki i zagadała na dziesięć minut.

— Mamo, siadaj — powiedział Dawid, i to „siadaj" od razu jej się nie spodobało.

Grażyna od dwudziestu jeden lat prowadziła w tej samej kamienicy przy Kościuszki niewielki gabinet stomatologiczny — piętro nad sklepem zoologicznym, dwa fotele, jedna asystentka, klientela głównie z okolicznych bloków. Syn, Dawid, skończył stomatologię cztery lata temu i od roku pracował u niej, oficjalnie jako wspólnik, bo tak było wygodniej podatkowo. Ona miała sześćdziesiąt dwa lata i coraz częściej myślała o tym, żeby przekazać mu gabinet całkowicie — ale nie teraz, nie tak od razu.

— Co się stało.

— Zamówiłem nowy fotel. Ten niemiecki, unit stomatologiczny, o którym ci mówiłem. Trzydzieści osiem tysięcy. Już podpisałem umowę leasingową.

Nie zapytał. Nie zaproponował. Powiedział to tak, jakby referował pogodę.

— Na moje nazwisko?

— No na moje, mamo, bo to ja będę na nim pracował głównie.

— A stary fotel?

— Sprzedałem ogłoszeniowo. Ktoś odbiera w piątek.

Grażyna postawiła kubek z powrotem na blacie, tak że kawa chlusnęła na fakturę leżącą obok — jakąś fakturę za materiał kompozytowy, którą miała jeszcze wpisać do systemu. Nie wytarła. Patrzyła na syna i liczyła w głowie, ile razy w ciągu ostatniego roku podejmował decyzje w jej gabinecie bez jednego słowa uprzedzenia.

To nie był pierwszy raz. Trzy miesiące wcześniej zmienił dostawcę materiałów, bo „miał lepszą cenę", a firma okazała się wysyłać towar z opóźnieniem, przez co dwa razy musieli odwoływać pacjentów. Pół roku temu przemalował poczekalnię na szaro, bez pytania, bo „bardziej nowocześnie" — a jej stali pacjenci, głównie starsze panie z bloku przy Focha, pytali potem, gdzie się podziały te żółte firanki, co tam wisiały od lat.

— Dawid. To jest mój gabinet.

— Nasz, mamo. Jesteśmy wspólnikami.

— Wspólnikami na papierze, bo tak doradziła księgowa. Ale decyzje o trzydziestu ośmiu tysiącach się konsultuje.

Syn wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste, że nie musi.

— Ty byś się wahała miesiąc, a klienci już pytają o nowoczesny sprzęt. Trzeba było działać.

Tamtego wieczoru Grażyna nie powiedziała już nic więcej. Wyszła z gabinetu, zamknęła drzwi na klucz — swój klucz, ten sam od dwudziestu jeden lat — i poszła do domu jeść kolację z mężem, Ryszardem, emerytowanym elektrykiem, który od razu zauważył, że żona odkłada widelec częściej, niż je.

— Co on znowu zrobił.

— Zamówił fotel za trzydzieści osiem tysięcy. Beze mnie.

Ryszard nic nie powiedział od razu. Nalał sobie kompotu, popatrzył przez okno na sąsiada, który wyprowadzał psa, jakiegoś kudłatego kundla imieniem Bruno, co szczekał na każdego rowerzystę na osiedlu. Dopiero po chwili odezwał się.

— A co ty na to?

— Nie wiem jeszcze.

Ale wiedziała już wtedy, tylko jeszcze sama sobie tego nie powiedziała na głos.

Przez następny tydzień obserwowała syna inaczej, niż dotąd. Widziała, jak przyjmuje pacjentów bez pytania jej o zdanie w sprawach, które kiedyś zawsze konsultowali. Widziała, jak asystentka, pani Ela, pracująca u niej od dwunastu lat, coraz częściej patrzyła na Grażynę pytająco, kiedy Dawid wydawał polecenia sprzeczne z tym, co ustaliła wcześniej ona.

W piątek przyjechał nowy fotel. Firma transportowa wniosła go po wąskich schodach kamienicy, obijając framugę drzwi, której nikt jeszcze nie naprawił. Dawid stał obok, dumny, pokazywał kurierowi, gdzie ustawić, a Grażyna patrzyła na to z progu gabinetu zabiegowego, trzymając w ręku fakturę za materiał kompozytowy — tę samą, poplamioną kawą sprzed tygodnia, którą w końcu wpisała do systemu dopiero dziś rano.

— Piękny, prawda? — zapytał syn, kiedy monterzy skończyli.

— Piękny.

Nie powiedziała nic więcej. Ale tego samego dnia, po zamknięciu gabinetu, zadzwoniła do znajomej prawniczki, Bogumiły Kraszewskiej, z którą chodziła kiedyś na aerobik w klubie osiedlowym przy Focha, jeszcze zanim ten klub zamknęli i zrobili tam sklep meblowy.

— Bogusia, potrzebuję się z tobą spotkać. W sprawie umowy spółki.

Spotkały się w poniedziałek, w kancelarii przy placu Wolności, gdzie pachniało świeżo zaparzoną kawą i gdzieś w tle grało radio z lokalnymi wiadomościami — akurat mówili o remoncie mostu Fordońskiego, co miał się ciągnąć do wiosny. Bogumiła przeczytała umowę spółki, jaką Grażyna podpisała z synem trzy lata temu, kiedy Dawid dopiero zaczynał pracę.

— Grażyna. Ty w tej umowie masz pięćdziesiąt jeden procent udziałów. Możesz w każdej chwili zmienić zasady zarządzania albo w ogóle rozwiązać spółkę i przejąć gabinet z powrotem na wyłączność.

— A on?

— On dostanie odprawę zgodnie z wkładem, jaki wniósł. Ale gabinet, lokal, sprzęt kupiony przed jego wejściem — to zostaje przy tobie.

Grażyna siedziała chwilę w milczeniu, patrząc na dokument leżący na biurku Bogumiły. Za oknem, na placu, jakiś mężczyzna karmił gołębie chlebem, mimo tabliczki zakazującej tego wprost obok ławki.

— Zrób mi to na piśmie. Rozwiązanie spółki. Chcę to podpisać w tym tygodniu.

Nie zrobiła tego z gniewu. Zrobiła to, bo od miesięcy czekała, aż syn zapyta ją o zdanie choć raz, a on tego nie robił, i wiedziała, że nie zrobi, dopóki będzie mógł podejmować decyzje bez konsekwencji.

W czwartek, w gabinecie, po ostatnim pacjencie, Grażyna położyła przed Dawidem teczkę z dokumentami. Pani Ela akurat sprzątała ze stolika instrumenty, udając, że nie słucha, choć doskonale słyszała każde słowo.

— Co to jest?

— Rozwiązanie naszej spółki. Odkupuję twoje udziały zgodnie z wkładem, jaki wniosłeś przez ten rok. Kwotę już przelałam, sprawdzisz na koncie.

Dawid otworzył teczkę, przeglądał kartki, a jego twarz zmieniała wyraz z zaskoczenia na coś bliższego panice.

— Mamo, ale ja tu pracuję. To mój gabinet też.

— Był. Od jutra prowadzę go sama, tak jak przez dwadzieścia lat, zanim tu przyszedłeś. Fotel, który kupiłeś, możesz zabrać albo sprzedać — to twoja własność, bo umowę leasingową podpisałeś na siebie.

— To jakiś żart.

— Nie. To jest dokładnie to, co robiłeś przez ostatni rok, tylko teraz robię to ja. Podejmuję decyzję i cię o niej informuję.

Syn wstał, podniósł głos, mówił coś o niewdzięczności, o tym, że to on unowocześniał gabinet, że ona się boi zmian. Grażyna słuchała stojąc przy blacie, na którym leżała ta sama faktura sprzed tygodnia, już wpisana do systemu, już nieaktualna, ale wciąż z plamą po kawie w rogu.

— Dawid. Nie boję się zmian. Boję się, że przestałam być pytana we własnym gabinecie.

Wyszedł tego wieczoru, trzaskając drzwiami na tyle mocno, że framuga, wciąż nienaprawiona po transporcie fotela, pękła jeszcze bardziej.

Fotel zabrał w sobotę, razem z kolegą, wynajętym busem. Grażyna patrzyła przez okno, jak znoszą go po schodach w dół, tym razem ostrożniej, bo teraz to była już wyłącznie jego sprawa i jego leasing do spłacania. Stary fotel, ten sprzedany wcześniej, odkupiła od anonimowego nabywcy z ogłoszenia za jedną trzecią ceny — okazało się, że mężczyzna, który go kupił, jeszcze nie zdążył go zamontować w swoim nowym gabinecie w Toruniu.

W poniedziałek pani Ela ustawiła w poczekalni żółte firanki, te same, zdjęte pół roku wcześniej i schowane w piwnicy kamienicy. Grażyna przyjęła pierwszą pacjentkę, starszą panią z bloku przy Focha, która zapytała, gdzie się podział ten młody doktor.

— Zajmuje się teraz swoim gabinetem. Ja tu jestem, tak jak zawsze.

Pacjentka usiadła w starym fotelu, tym odkupionym, jeszcze pachnącym nowym skajem, i westchnęła z ulgą, że nic się tu nie zmieniło.

Oceń artykuł
TwojaCena
Trzydzieści osiem tysięcy złotych za fotel dentystyczny, którego nikt nie zamówił