Artur pochodził z zamożnej rodziny ze stolicy, ja byłem „przyjezdną” z małego miasteczka, świeżą absolwentką uniwersytetu. Moja mama była przeciwna tak nierównemu małżeństwu, ale ja, zakochana po uszy, mimo wszystko wyszłam za mąż, potem urodziłam córkę.
Rodzina męża traktowała mnie jak biednego krewnego. Nie pracowałam, zajmowałam się dzieckiem, przez to nawet na rajstopy musiałam prosić męża o pieniądze.
Gdy córka skończyła trzy lata, znalazłam pracę. Rodzina męża zakazała mu oddania dziewczynki do przedszkola. Zatrudnili wyspecjalizowaną nianię, która miała zajmować się córką w domu teściowej. Mogłam widywać córkę tylko w weekendy. Rozumiałam, że w ten sposób mogę stracić miłość dziecka, ale pójście do pracy było moją jedyną szansą na wydostanie się z tego zamkniętego kręgu i wyrwanie córki stamtąd. Gdybym wtedy złożyła wniosek o rozwód, odebrano by mi córkę.
Pracowałam i jednocześnie uczyłam się programowania. Skupiłam się na tworzeniu stron internetowych. Po roku nauki oddałam klientowi swoją pierwszą stronę. Potem przyszły inne zlecenia. Pojawiły się pieniądze za moją pracę. W ciągu dnia pracowałam w swoim biurze, a po pracy tworzyłam strony na zamówienie.
Gdy córka przeszła do trzeciej klasy, chciałam pojechać z nią nad morze. W tym czasie już kupiłam sobie mieszkanie. „Kup mi iPhone’a, wtedy pojadę z tobą,” powiedziała córka.
„Nie pojedziesz sama,” próbował mi zabronić mąż.
Wtedy powiedziałam dość. Rozstaliśmy się. W sądzie odebrano mi córkę.
Od dnia mojego ślubu minęło czternaście lat. Dziś mam mieszkanie z trzema pokojami i własny biznes. Artur ponownie się ożenił. Córka nie jest mu już potrzebna i mieszka z rodzicami ojca. Firma teściów zbankrutowała i nie mogą już zaspokajać jej kaprysów, więc córka chce wrócić do mnie, ale widzę w niej obcą, materialistyczną osobę.
Mama mówi, że stałam się twarda, że pieniądze zastąpiły mi córkę.
Może ma rację.




