Moja przyjaciółka Helena ma dwoje dzieci – syna i córkę, ale nie kocha swoich dzieci i nie ukrywa tego. Syn ma 7 lat, a córka – 5. Wyszła za mąż osiem lat temu. Żyje im się dobrze, ma wspaniałego męża, duży dom, dobrą pracę. Jej mąż bardzo ją kocha, wręcz uwielbia. Kiedy zaszła w ciążę, radości męża nie było końca, ale ona nie była nawet trochę zadowolona. Teściowa i jej matka zaczęły kupować rzeczy dla dziecka, były w siódmym niebie ze szczęścia. Helena myślała, że po porodzie obudzi się w niej miłość matki i z niecierpliwością na to czekała. Przypominała sobie opowieści przyjaciółek, które z entuzjazmem opowiadały o swoich dzieciach.
Dzieci rosły, ale nic się nie zmieniło. Była wobec nich obojętna. Córka była spokojna, nie płakała, nie sprawiała kłopotów. Ale syn nie dawał jej spokoju, ciągle płakał, był bardzo aktywny, nocami nie spał. Helena wykonywała swoje obowiązki matki mechanicznie. Patrzyła na dziecko z pogardą. Kaprysy i krzyki denerwowały ją. Często zastanawiała się, dlaczego ich urodziła? Mąż często wyjeżdżał w delegacje. W tym czasie babcie przychodziły na zmianę i opiekowały się dziećmi i robiły to z miłością. Gdy mąż był w domu, to on dbał o dzieci, opiekował się nimi, spacerował z nimi, karmił je, kąpał.
Moja przyjaciółka dziwiła się, jak małe stworzenie może przynosić radość? Czeka na moment, gdy dzieci dorosną i nie będą wymagać tyle pracy. Dzieci ją denerwują, ignoruje je. Rozumie, że to nie jest normalne, że powinna kochać swoje dzieci. Patrząc, jak ja kocham swoje dzieci, promieniuję szczęściem obok nich, Helena czuła się nieszczęśliwa. Dzieci są dla niej przeszkodą. Mówi, że bez nich żyłoby się jej dużo lepiej. Chce zostawić dzieci – i zdecydowała się porozmawiać z mężem.
Rozumie, że nie powinna tak traktować swoich dzieci, ale nie chce zmuszać siebie do ich kochania.

