Ostatnio znalazłam się w surrealistycznym mieszkaniu mojej ciotki Wandy na przedmieściach Łodzi, choć nie potrafię sobie przypomnieć, jak właściwie tam dotarłam czy przywiodła mnie tramwaj numer 6, czy może dryfowałam przez mleczną mgłę wprost z ulicy Piotrkowskiej? Przyniosłam jej jakieś dokumenty może akt własności psa albo stare rachunki z Biedronki, wszystko było jakieś rozmazane i nierealne.
Widziemy się tylko podczas Wigilii, skąd nagle to spotkanie? Pamiętam jedynie, że sytuacja wymagała mojej obecności jej głos odbijał się echem od starych tapet w gołębim kolorze. Wanda żyła, jakby nie do końca tu była; jej rzeczywistość była utkanym z fragmentów dywanem: trochę PRL-u z telewizorem Unitra, trochę niemieckich toreb na zakupy i plasterkiem sera żółtego przyklejonym do drzwi lodówki.
Dom był labiryntem rupieci i przedziwnych bibelotów. Na regałach piętrzyły się słoiki po ogórkach i puste puszki po konserwach, ustawione w kolorowych wieżach, które poruszały się cicho, jakby oddychały razem z domem. Figurki aniołów i kogutów, niektóre bez głowy, patrzyły ze ścian. W łazience, pełnej rozprutych ręczników, stała kuweta dla kota Feliksa szara, przyprószona piaskiem, a zapach, który się z niej wydobywał, mieszał się ze słodko-gorzką wonią starego barszczu i zapomnianych obierek.
Śmieci wirowały po podłodze niczym liście w podwórzowym tornado, a z rur w kuchni dobiegało bulgotanie, jakby pod zlewem mieszkał karp ukryty po świętach Bożego Narodzenia. Myślałam tylko o tym, jak bardzo pragnę czystego powietrza i białych kafelków.
Ciotka zaoferowała mi poczęstunek: barszcz czerwony z czymś, co przypominało uszka, ale były raczej jak węzły na starych sznurówkach. Kiedy zaczęła ustawiać talerze na stole stół był obity ceratą w maki zauważyłam tłuste zacieki, co wyglądały jak ślady po zaschniętym mleku UHT. Jej ręce pracowały, gdy nabierała zupę z emaliowanego garnka, a ja, nie mogąc się powstrzymać, wygrzebałam z torebki chusteczki antybakteryjne (miałam wrażenie, że ciągle je tam noszę, od liceum). Zaczęłam wycierać widelce, rozmazując szorstką plamę czasu i zapomnienia.
Wtedy spojrzała na mnie z cichą rezygnacją. Zobaczyła mój gest i w jej oczach odbiło się coś między żalem a rozbawieniem.
Kiedy dłubałam w czerwonej zupie, próbując odważyć się na pierwszy kęs, ciotka Wanda zapytała:
Kasia, nie jesteś głodna, czy może coś ci nie pasuje?
Słowa rozbrzmiały dziwnie, jak echo w korytarzu. Zastanawiam się, czy ktoś inny snuł kiedyś podobny sen: o obcych sztućcach, zapachach, które nie dają spokoju, i pytaniach, na które nie ma odpowiedzi.




