Dziękuję za mojego tatę

Dziękuję za tatę

Co powiedzieli na policji? szepnęła Magda, gdy mama odłożyła telefon na stół.

Nic dobrego Maria Kowalska upiła kilka łyków wody. Powiedzieli, że za wcześnie, by się niepokoić. Musi minąć przynajmniej doba. Ale ja to czuję Czuję, że coś się stało!

*****

Mamuś, cześć! Tata jeszcze nie wyjechał? zapytała Magda, wbiegając do mieszkania z sernikiem w ręku.

Cześć, kochanie. Już pojechał. Przecież mówiłam ci, że to dziś jego ostatni dzień w pracy jubileusz i pożegnanie na emeryturę całą załogą. No musiał jechać.

Szkoda zmartwiła się Magda.

Ale obiecał być z powrotem na obiedzie.

To dobrze. Akurat wtedy też mój Tomek przyjedzie. Cała rodzina razem. My z tobą nakryjemy do stołu, dobrze?

Jasne. Dobrze, że mi pomożesz, bo sama się nie wyrobię. Ale najpierw napijmy się herbaty. Czajnik już się zagotował. I mam twoje ulubione eklerki, chcesz?

Z największą przyjemnością.

Siedziały razem przy stole, piły herbatę i jadły eklerki, rozmawiając o pogodzie, o ogrodzie i o tacie, któremu właśnie stuknęła pięćdziesiątka.

Wszystko było dobrze, tylko

Maria zauważyła, że Magdzie coś leży na sercu. Jakby chciała coś powiedzieć, ale się wahała.

Natychmiast poczuła niepokój.

Córeczko, coś się stało?

Widać po mnie? Magda uśmiechnęła się blado.

Widać Nie masz mi czegoś do powiedzenia?

Mam. Tylko, mamo, spokojnie. To dobre wieści.

Tak? To opowiadaj już!

Wiesz Z Tomkiem zdecydowaliśmy się podarować wam działkę, którą kupiliśmy w zeszłym roku.

Że jak podarować?!

Z całego serca. Tomek wyremontował tam domek, więc możecie spędzić lato, jak tylko będziecie mieli ochotę.

A wy?

A my będziemy przyjeżdżać do was. I tak nie będziemy mieli czasu na działkę, jak początkowo planowaliśmy Magda przerwała i tajemniczo się uśmiechnęła.

A czemu?

Bo niedługo zostaniecie dziadkami. Za osiem miesięcy

Naprawdę?!

Naprawdę!

O Boże! Jaka ja szczęśliwa! Magduśka kochana! Jak Zbyszek się ucieszy!

Maria poderwała się z krzesła, przytuliła mocno córkę i obsypała ją pocałunkami.

Chciałam, żebyście dowiedzieli się razem, ale nie przewidziałam, że tata tak wcześnie pójdzie.

Nic nie szkodzi, zaraz wróci, powiesz mu wszystko. Teraz, córeczko Maria spojrzała na zegarek weźmy się może za gotowanie?

Jasne!

I potoczył się w kuchni festiwal garnków i patelni. Noże stukały o deski do krojenia, a dwie gospodynie zgodnie sobie pomagały, jakby były jednym organizmem. Przyrządziły wszystko, co zaplanowały, i nakryły stół wyszedł prawdziwy obiad świąteczny.

Był pieczony kurczak, rybne kotlety, puree ziemniaczane i aż trzy rodzaje sałatek.

Maria usiadła i zerknęła na zegarek:

No, nawet szybciej się uwinęłyśmy niż myślałam.

W cztery ręce zawsze lepiej roześmiała się Magda. Może zadzwonisz do taty i spytasz, kiedy będzie?

Dobrze skinęła matka.

A ja zadzwonię do Tomka, zapytam, kiedy podjedzie.

Magda wyszła do przedpokoju po torebkę, a Maria sięgnęła po swój telefon.

Słuchała długo sygnałów, potem przerwała i zadzwoniła ponownie. Bez efektu Zbyszek nie odbierał. Trzymając telefon, spojrzała na zegar. Miała tylko jedną myśl:

Dlaczego nie odbiera?

Dopiero teraz przypomniała sobie, że Zbyszek miał zadzwonić po dotarciu do pracy, lecz nie zadzwonił. Zimny dreszcz przeszył jej plecy.

Mamo, Tomek mówił, że za godzinę będzie! zawołała Magda wracając do kuchni. A tata?

Nie odbiera

Tak? Dziwne.

Dziwne, Magdo Już kilka razy dzwoniłam, sygnały są, ale Zbyszek nie odbiera.

Mamo, sama wiesz, taki dzień. Pewnie świętują, nie ma czasu odebrać.

Nie, Magda. Już powinien wracać do domu, obiecał. Zawsze dotrzymuje słowa. Nawet nie zadzwonił z pracy, a to do niego niepodobne. Coś się stało?

Może zadzwonić do jego szefa? Powiedzieć, żeby puścił solenizanta do domu? Rodzina czeka!

Tak, spróbuję.

Maria nigdy nie była panikarą, ale teraz czuła narastający niepokój. Zbyszek zawsze odbierał. Zawsze.

Nawet gdy był zajęty.

Bo zawsze mówił jej, że rodzina jest najważniejsza i nie chce, by się martwiła.
Szczególnie dziś. Musiał wiedzieć, że się niepokoi.

A z drugiej strony pomyślała Maria to dziś wyjątkowy dzień. Ostatni raz żegnają go w pracy, ćwierć życia poświęcił tej robocie Pewnie niełatwo mu się żegnać

Halo! wyrwał ją z zamyślenia męski głos.

Dzień dobry, panie Andrzeju! Tu Maria, żona Zbyszka. Dzwonię, by się dowiedzieć, kiedy puścicie go do domu? Czekamy, córka już przyjechała, zięć zaraz też będzie.

Dzień dobry, pani Mario odpowiedział przełożony. Szczerze mówiąc, nie wiem co powiedzieć.

Nie rozumiem

My też na niego czekamy. Dzwoniliśmy już kilka razy i nie odbiera.

To jak to? Chce mi pan powiedzieć, że nie pojawił się jeszcze w pracy? Maria była zszokowana.

Nie, nie pojawił się. Ale czekamy nadal. Gdyby się pani z nim skontaktowała, niech przyjeżdża. Krótko go zatrzymamy, ale tradycję trzeba zachować.

Rozumiem Panie Andrzeju, jeśli się zjawi, proszę dać znać.

Maria odłożyła telefon i spojrzała na córkę:

Magda, nie było go w pracy I na telefony nie odpowiada. Tyle czasu już… Gdzie on może być?

Mamo, spokojnie. Nie nakręcaj się za wcześnie. Spróbujmy razem zadzwonić.

*****

Zbyszek wyszedł z klatki, uśmiechnął się do porannego słońca, przywitał się z sąsiadkami na ławce i ruszył w stronę przystanku autobusowego.

Od dwudziestu pięciu lat zawsze tą samą trasą, tylko dzisiejszego dnia nie szedł do pracy, lecz po odbiór dokumentów i pożegnanie z kolegami.
Nie raz już żegnał kolegów na emeryturę, dziś przyszła kolej na niego.

Noc przespał niespokojnie, przewracał się z boku na bok. Kilka razy wstawał na krople uspokajające, ale nie pomagało.

Kiedy rano żona złożyła mu życzenia, uśmiechał się szeroko.

O złym samopoczuciu nie wspomniał, by jej nie denerwować.

Nie pierwszy raz to się działo zazwyczaj samo przechodziło po chwili.
Do pracy wyszedł wcześniej, by nie wzbudzać podejrzeń. Gdyby Maria się domyśliła, odwołałaby wszystkie plany. A czekał na niego cały zespół.

Przejdzie mi powtarzał, co chwilę kładąc dłoń na piersi.

Stojąc na przystanku, myślał, co powie kolegom a ręka znów lądowała na sercu. Gdy zobaczył zatłoczony autobus, wiedział, że nie da rady jechać.

Bał się, że zrobi mu się słabo od duszności.

Spojrzał na zegarek czasu miał sporo, pogoda dopisywała, więc ruszył pieszo. Na świeżym powietrzu zawsze czuł się lepiej.

Nie zadzwonił do żony. Miał zadzwonić z pracy jak się umówili.

Ale do pracy nie dotarł.

Musiał przejść przez mały park miejski, gdzie w tygodniu prawie nie było ludzi. Właśnie tam zrobiło mu się naprawdę źle.

Usiadł na ławce, rozpiął górne guziki koszuli, poluzował krawat i łapczywie łapał jesienne powietrze. Nie wie, ile tak siedział.

Czuł tylko jedno z każdą minutą było gorzej.

Nie chciał dzwonić do Marii, ale gdy już trwało to zbyt długo, z trudem sięgnął do kieszeni po telefon.

Najpierw do żony, potem pogotowie pomyślał. Ale nie zdążył zadzwonić.

Ręce zadrżały, telefon wypadł z ręki, potoczył się pod ławkę.

Próbował się podnieść, ale ból w klatce nie pozwalał nawet wstać. Ciemność zalała oczy.

Jedynie co zdołał, to położyć się na ławce. Fajnie, jubileusz, emerytura pomyślał z goryczą.

Ale najbardziej bolało go, że nie zobaczy już żony, nie przytuli córki Nie pożegna się z nimi.

*****

Maria sięgnęła po krople nasercowe, a potem znów zadzwoniła do męża. Sygnały nic więcej Magda także próbowała, dzwoniła z dziesięć razy, bez skutku.

Potem przyjechał Tomek. Siedzieli we trójkę przy świątecznym stole, milcząc i patrząc po sobie.

Na co czekamy? drgnęła nagle Maria. Trzeba dzwonić na policję, może pomogą nam go znaleźć?

Wszyscy wiedzieli, że skoro głowa rodziny nagle znikła, to jest powód do niepokoju.

Zwłaszcza że całe życie pomagał innym pracując w straży pożarnej, nie jeden raz ryzykował życiem.

Co powiedzieli na policji? szepnęła Magda, gdy mama odłożyła telefon na stół.

Nic dobrego Maria wzięła łyk wody Powiedzieli, że za wcześnie, by się martwić. Ale ja czuję Czuję, że coś się stało!

W takim razie musimy szukać sami! oświadczyła Magda, tym razem z mocą.

Masz rację, córko. On miał jechać autobusem. Jest niedaleko przystanek. Trzeba tam pójść i popytać ludzi, może ktoś go widział. I porozmawiać z kierowcami może szczęście dopisze i spotkamy tego z poranka.

Mamo, my z Tomkiem pójdziemy, ty zostań w domu jakby tata wrócił. A na wszelki wypadek obdzwoń szpitale. Lepiej zrobić cokolwiek, niż siedzieć bezczynnie.

Tak, dobrze

Magda i Tomek szybko się ubrali i wybiegli na poszukiwania Zbyszka.

Maria, zamknąwszy za nimi drzwi, objęła dłonią telefon i zaczęła dzwonić po wszystkich okolicznych szpitalach.

Byleby nic złego mu się nie stało szeptała niemal bezgłośnie, kreśląc znak krzyża.
*****

Zbyszek był jeszcze przytomny, choć z każdą minutą coraz mniej. Ruszał ledwie ręką. O mówieniu nie było mowy język się plątał.

Pomocy wycharczał, wyciągając dłoń w kierunku dwóch przechodzących kobiet.

Popatrzyły na niego z niechęcią i odwróciły się.

Kolejny pijak! prychnęła jedna.

Już od rana pewnie pijany, teraz nie może do domu trafić, rozłożył się na ławce! Phi!

Zbyszek wszystko słyszał, a po jego policzkach spłynęły łzy. Bolało go, że nie może nic zrobić ani sobie pomóc, ani poprosić o pomoc innych. Sam tyle razy ratował ludzi, zwierzęta, a teraz jest taki bezradny.

Dlaczego akurat dzisiaj?

Gdy tylko ucichły kroki butów, zamknął oczy, pogodzony z losem, że nikt mu nie pomoże. Aż nagle

usłyszał głośne szczekanie. Tuż przy uchu.

Poczuł, jak coś położyło mu łapy na piersi i zaczęło lizać podbródek.

Pies! Jest pies! ucieszył się w duchu. Jeśli jest pies, gdzieś muszą być i ludzie
Otworzył z trudem oczy i naprawdę zobaczył obok siebie niewielkiego psa. Pies był już niemłody, ale Zbyszek czuł, że go zna. Tylko skąd?

W umyśle pojawiły się wspomnienia dom ogarnięty płomieniami, wynoszeni przez kolegów mężczyzna i kobieta, nagle szczekanie w oknie.

W domu pies?! zapytał Zbyszek właściciela, który był już w karetce.

Tak! Nie zdążyliśmy go zabrać Sami rozumiecie, czasu nie było

Czemu nie mówiliście od razu?! wrzasnął Zbyszek i bez wahania rzucił się do płonącego domu.

Chcieli go powstrzymać było bardzo niebezpiecznie, dach mógł runąć w każdej chwili. Zbyszek nikogo nie słuchał, nawet przełożonego.

Po dziesięciu minutach wyskoczył na podwórko, kaszląc, dygocząc, z psem na rękach.

Oddał zwierzę właścicielom, ale długo jeszcze stał i patrzył psu w oczy.

W tych oczach widział WIELKIE LUDZKIE DZIĘKUJĘ. Pies dziękował mu wzrokiem za ocalone życie.

Wspomnienie zgasło, wróciła ciemność i nagle zrobiło się zimno.

Hau-hau! pies szczekał, liżąc leżącego na ławce Zbyszka.

Rozpoznał swojego wybawcę. I

I teraz chciał mu pomóc.

Jeśli możesz wyszeptał ledwo słyszalnie Zbyszek. Przyprowadź ludzi. Jakichkolwiek

A potem stracił przytomność.

A pies usłyszał człowieka. Zrozumiał każde słowo i natychmiast popędził w stronę wyjścia z parku, by przyprowadzić ludzi.

Podbiegł do studenta stojącego przy budce z kebabem, do kobiety z dzieckiem na przejściu, do starszego pana kupującego gazetę.

Ale nikt

Nikt nie zrozumiał, czego chciał pies. Przeganiali go, przekonani, że jest niebezpieczny. Ale on tylko chciał pomocy.

*****

Na przystanku Magda i Tomek niczego się nie dowiedzieli nikt ze stojących tam ludzi nie rozpoznał osoby ze zdjęcia. Magda wzięła z rodzinnego albumu fotografię ojca, mając nadzieję, że to przyspieszy poszukiwania.

Nadzieje jednak okazały się złudne.

Z każdą minutą czuła, że czas jest na wagę złota, nie ma sensu stać dłużej w jednym miejscu.
Z Tomkiem przebiegła przez kilka sklepów, całe okoliczne podwórka.

Ale ojca nigdzie nie było. Jakby zapadł się pod ziemię. I nadal nie odbierał telefonu. No gdzie jesteś, tatusiu?! Gdzie?

Przebiegając obok parku, Magda nagle usłyszała głośne szczekanie. Odwróciła się i zobaczyła podstarzałego psa, który szczekał na przechodniów i cofał się, gdy ci machali na niego ręką.

Spadaj! krzyknął do psa starszy pan z laską. Jeszcze tego brakuje, żeby psy ludziom przeszkadzały!

Magda, co się stało? zapytał Tomek, widząc, że żona się zatrzymała. Planowali właśnie podbiec do postoju taksówek, licząc, że może ktoś tam widział Zbyszka.

Nie wiem Ten pies powiedziała zamyślona Magda, wskazując go ręką nie szczeka bez powodu. Jakby chciał coś powiedzieć Nie umiem tego wytłumaczyć, po prostu czuję…

Pies spojrzał na Magdę i ich spojrzenia spotkały się. W tych oczach zobaczyła nie tylko prośbę błaganie o pomoc.

Magda, gdzie idziesz? zawołał zaskoczony Tomek.

Ale Magda już go nie słyszała.

Ruszyła w stronę psa, który, szczekając, poprowadził ją do parku. Pokręcił się wokół niej, machając ogonem, po czym pobiegł głębiej, tam gdzie na ławce leżał człowiek, któremu zawdzięczał życie. Magda, opierając się na intuicji, pobiegła za nim, Tomek za nią.

Po pięciu minutach byli na miejscu, zobaczyli nieprzytomnego, ledwie oddychającego Zbyszka.

Wciąż żył.

Tato! krzyknęła Magda, podnosząc jego głowę i starając się go ocucić. Tomek, dzwoń po pogotowie!

*****

Karetka przyjechała w mgnieniu oka i zabrała Zbyszka do szpitala na oddział kardiologiczny.

Magda, zabrawszy psa, razem z Tomkiem pobiegła do samochodu.

W drodze do szpitala zadzwoniła do mamy, niezwykle szybko opowiadając, co się stało, obiecała, że zaraz da znać, gdy czegoś się dowie.

Wie pani, pańskiemu tacie się poszczęściło powiedział lekarz wychodząc z reanimacji. Dobrze, że znaleźliście go w porę. Jeszcze pół godziny i nic byśmy nie zrobili.

Wyjdzie z tego?! rozpłakała się Magda.

Wyjdzie.

Magda wyszła ze szpitala, podeszła do męża, który czekał z psem przy aucie. Uklękła i mocno przytuliła psa.

Dziękuję ci Dziękuję za tatę.

Co z tatą? spytał Tomek.

Wszystko w porządku, będzie żył odpowiedziała ze zmęczeniem Magda. I to dzięki niemu wskazała na psa.

Ma obrożę. To domowy pies.

Pewnie tak. Ale wiesz Powinniśmy go przygarnąć, póki nie znajdą się właściciele. W końcu uratował tacie życie. Nie mogę go zostawić na ulicy.

Oczywiście, kochanie.

*****

Maria, Tomek i Bary (imię psa wygrawerowane na medaliku przy obroży) stali przed szpitalem i patrzyli w stronę głównego wejścia.

Czekali jakieś dziesięć minut i wreszcie drzwi się otworzyły Magda wychodziła z tatą.

Bary od razu podbiegł, zaczął radośnie szczekać i skakać wokół Zbyszka.

Widzisz, tato, to on cię uratował. Najcenniejszy prezent urodzinowy, jaki można dostać drugie życie.

Dziękuję ci, przyjacielu uśmiechnął się Zbyszek, po czym powoli pogłaskał psa po głowie. Ale gdzie ma właścicieli? Na pewno ma przecież dom.

Szukaliśmy ich, zamieszczaliśmy ogłoszenia, ale przez cały twój pobyt w szpitalu nikt się nie zgłosił.

Do Zbyszka podeszła Maria. Po policzkach ciekły łzy, dłonie się jej trzęsły, ale na twarzy miała uśmiech.

Dziękuję ci, Zbyszek, że żyjesz.

Przepraszam, Marysiu, że nie powiedziałem ci o złym samopoczuciu. Myślałem, że samo przejdzie. A tu proszę

Wybaczam. Jedziemy do domu? Świętować drugi dzień twoich urodzin? spytała, ocierając łzy.

Jedziemy.

*****

Co do Bary’ego Zbyszek osobiście próbował znaleźć właścicieli, nawet pojechał pod spaloną rok temu kamienicę.

Ale tam już nikt nie mieszkał. Sąsiedzi powiedzieli, że wyjechali do innego miasta, a psa zostawili. Ot, nie mieli czasu czy nie chcieli zabierać

Bary został więc z rodziną Zbyszka. I bardzo był z tego powodu szczęśliwy.
Zbyszek też.

Z psem pojechał po odbiór dokumentów do pracy, z nim spędzał czas na działce, z Tomkiem i Barym odbierał córkę ze szpitala po porodzie.

Gratulacje, tato! uśmiechała się Magda Jesteś dziadkiem i masz dwie wnuczki!

Ale się cieszę, córciu!

Hau-hau! odezwał się Bary, szczęśliwy, że jego ukochana rodzina jest razem, a wszystko dobrze się kończy.

Zbyszek powoli wracał do życia pełnego barw, sensu i wdzięczności dla psa, który podarował mu to nowe życie.

Oceń artykuł
TwojaCena
Dziękuję za mojego tatę