Dzieci przyjechały w gości i nazwały mnie złą gospodynią. Dzień przed urodzinami zaczęłam przygotow…

Dzieci przyjechały w odwiedziny i nazwały mnie kiepską gospodynią.

Dzień przed urodzinami zabrałam się za przygotowanie potraw na rodzinne świętowanie. Poprosiłam męża, żeby obrał warzywa i pokroił sałatki, a sama smażyłam mięso i robiłam resztę przysmaków. Byłam przekonana, że szykuję wyborne, swojskie jadło, którym zadowolę całą swoją wielką rodzinę. Rano w dniu urodzin wybraliśmy się z mężem do cukierni, żeby kupić solidny, świeży sernik taki, który na pewno przypadnie wnukom do gustu.

Pierwsi pojawili się mój syn Maciej z synową Karoliną i wnuczkiem Kubą, potem najstarsza córka Grażyna z dwójką dzieci, a na koniec średnia córka Bożena z mężem i gromadką pociech. Wszyscy siedli do stołu, łyżki i widelce brzęczały jak na koncercie orkiestry strażackiej. Jedzenia było w bród, wszystkim najwyraźniej smakowało. Wnuki tak się najadły, że umazały tapetę brudnymi łapkami, a dorośli zdążyli uwalić obrusa. I wtedy przy herbacie odezwała się Grażyna:

Coś mało tu wystawiłaś na ten stół… Zjedliśmy, i co dalej?

Zastanawiające, jak taki żart potrafi człowieka ukuć w dumę. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, ale ja poczułam się urażona. Jasne, że staram się zawsze coś dzieciom dać na wynos, ale przy takiej liczbie ludzi to żadna drobnica nie starczy. Naczynia mam malutkie, piekarnik też, a nie zamierzam przecież całej emerytury trwonić na jeden obiad.

Daj spokój, Zośka mruknął do mnie mąż Andrzej w kuchni, kiedy przynosiliśmy ciasto wszystko im tak smakowało, że im nie starczyło. Przepisami możesz się podzielić, niech gotują, jak będą mieli wolną chwilę. Albo najlepiej, niech następnym razem każdy coś przyniesie. Tyle ich jest, a nas dwoje.

I tyle w temacie rodzinnej logistyki!

Oceń artykuł
TwojaCena
Dzieci przyjechały w gości i nazwały mnie złą gospodynią. Dzień przed urodzinami zaczęłam przygotow…