Dziadka już nie ma
Magda ledwo wróciła z kolejnej delegacji; walizki nawet nie zdążyła rozpakować, kiedy zadzwoniła jej mama.
Głos Alicji był niespokojny, lecz Magda nie przywiązała do tego uwagi.
Może przez zmęczenie, które przykleiło się do niej jak kurz z dworcowych peronów.
Magdusiu, jesteś już w domu?
Cześć, mamo. Tak, dopiero weszłam. Co się stało, czemu dzwonisz?
To dobrze Dobrze, że już jesteś.
Od razu wyczuła, że matka ma jej coś ważnego do powiedzenia, ale szarpie za warkocz myśli, jakby nie wiedziała, od czego zacząć, albo z innego powodu wciąż zwlekała.
Pewnie znowu zebrała plotki z całego bloku i nie może się doczekać, żeby mi je opowiedzieć pomyślała Magda, nieprzytomna ze zmęczenia, marząc tylko o tym, by położyć się na łóżku i przespać długi czas.
W pociągu nie odpoczęła. W sąsiednim przedziale czterech młodych chłopaków prowadziło nieprzerwany koncert z gitarą, a tuż po północy śpiewali tak głośno, że dźwięk przebijał się przez ściany:
Rozkwitały jabłonie, grusze,
A nad Wisłą mgły płyną.
Wychodziła na brzeg Magdusiu
Na wysoki, stromy brzeg…
W innym nastroju może i uśmiechnęłaby się ale wtedy myślała tylko, żeby popękały im struny w gitarze. Nie popękały.
Mamuś, odpocznę chwilę po podróży, wykąpię się i oddzwonię, dobrze? Pogadamy na spokojnie.
Obawiam się, że to nie wyjdzie westchnęła matka.
Nie rozumiem… Co ma nie wyjść? dopiero teraz Magda poczuła, że z głosem mamy dzieje się coś dziwnego.
Nie zdążysz odpocząć.
Jak to nie zdążę? Byłam przecież na delegacji, należy mi się. I nie spodziewam się żadnych gości, ani sama się nigdzie nie wybieram. Czy czegoś nie wiem? Nie mów, że planujesz najazd bez zapowiedzi!
Magdusiu, dziadka już nie ma…
Magda zbladła. Ściskając telefon, opadła ciężko na kanapę.
Nie tego się spodziewała.
Pani Henryka, sąsiadka, zadzwoniła dziś rano. Weszła z mlekiem, a Władysław już… tam. Leżał w progu, trzymał się za serce. Całą noc pewnie leżał. Trzeba jechać na wieś, pochować dziadka. Sąsiedzi pomogą, jeśli będzie trzeba. Magda, słyszysz mnie?
Nie wiedziała, co powiedzieć. Ale ledwo słyszalne mmm jednak zdołała z siebie wycisnąć.
Pani Henryka zadzwoniła po rodzinie, ale oni stanowczo odmówili przyjazdu. Powiedzieli, że jakby zostawił coś w spadku, to może Ale po co wydawać pieniądze i czas? Dom, w którym dziadek mieszkał sama wiesz, nikt od stu lat nie chciałby go brać tu Alicja zamilkła na moment, lecz zaraz mówiła dalej:
Szczerze, mnie też się nie chce tam jechać. Władysław sam mi powiedział, żebym więcej progu jego nie przekraczała, nawet na pogrzeb nie żebym przyjeżdżała. I pamiętasz, obiecałam mu. Więc cóż, nadzieja w tobie, dziecko. Możesz pojechać, Magda? Odprowadzisz staruszka w ostatnią drogę?
Zapadło milczenie. Magda gapiła się na szafkę, na której leżał list od dziadka.
Ostatni list, wysłany miesiąc temu, według stempla pocztowego.
Nie zdążyła go odebrać, bo znowu była w delegacji.
To już trzecia podróż służbowa w pół roku, a końca nie widać. Firma otworzyła oddział poza Warszawą, ciągle ją wysyłali inni mieli dzieci, byli chorzy, coś zawsze przeszkadzało… Tylko ona taka wolna.
Magdusiu? zaszurał głos Alicji w telefonie. Nie chcę, żeby ludzie myśleli, żeśmy o nim zapomnieli. Wredny był, owszem, ale to człowiek. I wydaje się, że wy dobrze się dogadywaliście. Pani Henryce co powiedzieć? Pojedziesz?
Tak, mamo. Jasne, że pojadę.
Magda wstała, sięgnęła po list od dziadka i znów go odłożyła.
Mamo, nie rozumiem, jak to się stało? Przecież był zdrowy. Ostatnio na Nowy Rok go widziałam, był w formie.
Magdusiu, kochanie, ja tam nie wiem Wiek swoje robi. Teraz rzadko który facet dożywa emerytury, a twój dziadek już ósmy krzyżyk nosił. Cóż Niech mu ziemia lekką będzie.
Była w szoku. Kochała dziadka była chyba jedyną, która jeszcze z nim utrzymywała kontakt. Ani dalsza rodzina Władysława, ani mama nikt.
Mama z dziadkiem od lat byli skłóceni.
Władysław po śmierci Andrzeja nie mógł Alicji wybaczyć. Obwiniał ją o to, że swego jedynego syna (ojca Magdy) zamęczyła, przez co odszedł zbyt wcześnie, jak ci, którzy jak mówiła Alicja nie doczekują emerytury.
Tak, Alicja rzeczywiście przekonała męża do zwolnienia się z pracy i harówy na budowach, by zdobyć pieniądze na remont, na domek za miastem na ładne życie. Andrzej, choć był nauczycielem, dla niej miesiącami nie wracał do domu, zwoził prezenty i złotówki.
Pewnego razu nie wrócił. Serce nie wytrzymało.
Jak wtedy Władysław wył na pogrzebie! Świat żałobą się pokrył, bo Rodzice nie powinni chować dzieci.
Po tym pogrzebie odciął się od synowej.
No i bardzo dobrze! rzuciła wtedy Alicja. Nie żebym się paliła. Nie jestem winna! Chłop musi zarabiać. Tak powinno być. O problemach z sercem mi nigdy nie mówił.
Władysław, aż zadrżał wtedy, by nie cisnąć w nią kawałkiem drewna.
Odtąd utrzymywał więź tylko z wnuczką. Magdę bardzo kochał, a ona jego również.
Za szkolnych lat jeździła do niego na wakacje, a później, gdy podrosła i zaczęła pracę pisali do siebie listy, bo Władysław nie uznawał żadnych telefonów, komputerów czy tabletów.
I może dlatego reszta rodziny go unikała kto w XXI wieku pisze listy? Po co, skoro można zadzwonić? Uznali, że dziadek jest trochę odklejony. We wsi mówili to samo.
Odleciał na starość Najpierw żona mu umarła, potem syn, jak tu nie zgłupieć?
Ostatnie tygodnie życia jeszcze pogorszyły jego rewolucyjną sławę. Nawet pani Henryka, jego wieloletnia obrończyni, się zaczęła zastanawiać.
Bo ostatnio dziadek zaczął gadać. Nie do ludzi, nie do siebie, tylko do kota.
A kota tego nikt nigdy nie widział.
No, można się zacząć niepokoić
Po rozmowie z matką Magda cisnęła telefon na łóżko i długo patrzyła w pustkę, aż w końcu rozpłakała się.
Tak chciała odwiedzić dziadka przed latem, ale znowu nie zdążyła. Planowała przyjazd wiosną, ale przesunęła przez delegacje jedną, potem drugą i trzecią.
Szef zwariował do końca tylko machał głową i powtarzał:
Formalnie, Magdo Władysławowna, mam prawo. Nie podoba się, nikt cię na siłę tu nie trzyma. Możesz napisać wypowiedzenie. Ale znajdziesz lepszą robotę i lepszą pensję gdziekolwiek?
Rzeczywiście, zarabiała dobrze. Może dlatego godziła się na wszystko.
Wiedziała jednak, że delegacje skończą się kiedyś i powróci do swojego życia.
Chociaż bolało ją, jak bezdusznie traktuje się ludzi. Każdy może się zmęczyć, nawet jeśli nie ma rodziny, nawet jeśli tego nie pokazuje.
*****
Na cmentarzu czas płynął podziemnym nurtem. Cisza, ostatni gwóźdź w pokrywie i mężczyźni powoli opuszczają trumnę na dno dołu.
Garstka gliny, jeszcze grudka, potem już tylko łopaty ziemi.
Świeże kwiaty, wieńce. Nowiutka mogiła. Czy to już wszystko? Magda nie mogła w to uwierzyć. Był dziadek i już go nie ma
Chociaż została jeszcze stypa wódka i wspomnienia o zmarłym, które przedłużają jego istnienie. Przynajmniej w pamięci.
Kiedy jedzenie i napitki się skończyły, wieś powoli się rozchodziła.
Jedni do domów, inni do sklepiku pod drewnianymi żaluzjami.
Magda została zupełnie sama. Było jej nieswojo, smutno i bardzo samotnie.
Nie zdążyłam Nie zdążyłam go odwiedzić przed końcem ciężko oddychała.
By coś zrobić, rzuciła się w wir sprzątania.
Najpierw wywietrzyła dom, potem umyła wiekową podłogę, wycierała kurz, machnęła szczotką pajęczyny spod sufitu, resztki jedzenia schowała do lodówki.
Oddychało się łatwiej.
Stary, solidny dom dziadka miał swojski, wiejski urok, chociaż wnętrze było skromne, może nawet ascetyczne.
Patrząc przez okno, zauważyła, że już wieczór. Wyszła na ganek, zaczerpnęła powietrza pachnącego sadem.
Zaraz potem obeszła obejście działka jak działka, nic wielkiego.
Ogrodowe grządki były puste dziadek już nic nie zdążył posadzić tego roku. A może przeczuwał odejście i celowo nie siał?
W sadzie kwitły jabłonie, krzewy porzeczek i malin. Ziemia u niego nigdy nie leżała odłogiem; starał się dbać o nią najlepiej, jak umiał.
Ciekawe, kto się teraz tym zajmie? westchnęła Magda.
Usiadła na ławce pod jabłonią, wybrała numer mamy i opowiedziała o pogrzebie.
Dobrze, Magdusiu. Jaki by nie był, ale człowiek.
Był zupełnie normalny, mamo. Tylko życie go przytłoczyło. Nie miej do niego żalu, kochał mojego tatę jak nikt.
Daj spokój, Magdusiu Nie mam żalu. Niech sobie już śpi spokojnie. Powiedz lepiej, kiedy wracasz? Dziwnie tak samej po wsiach
Nie dziś, nie jutro. Wzięłam wolne, trochę tu odpocznę od miasta, no i dziewięć dni… Może przyjedziesz?
Gdzie tam, córciu, tyle kilometrów. I czasu zero, pamiętasz, działka, sezon u nas.
No tak Ale wiesz, tu jest też grób taty. Jeszcze nigdy nie przyszłaś na cmentarz do niego.
Mówiłam Władysławowi, żeby Andrzeja w mieście chować, ale on mnie nie słuchał. Ojej, zaczyna się mój serial, biegnę! Dzwoń, jak coś.
Uśmiechnęła się pod nosem.
Jej mama, jak zwykle, kiedy brakuje słów, zaraz pilna sprawa.
W domu zaparzyła sobie herbatę z liści porzeczki, mięty i melisy, które znalazła w szafce dziadka, wypiła i położyła się spać.
Przed snem sięgnęła po list od Władysława. Przeczytała go już, gdy tylko wróciła, ale ten list był dziwny.
Zamiast o sobie, dziadek pisał głównie o kocie.
Jakim kocie? Nigdy nie miał zwierząt i zwierząt nie lubił.
Zastanowiła się, przeczytała jeszcze raz. Dalej nic z tego nie wychodziło.
O jakim Czarnym dziadek opowiadał? Skąd się wziął ten Czarny?
Wyobraź sobie, wnuczko, Czarny uwielbia mleko. Mówili mi, że dorosłym kotom nie wolno dawać, a on ostatnio wypił pół słoja. Będę musiał znów prosić panią Henrykę o mleko. Ona się zdziwi. Zwykle na tydzień starczało, a teraz już koniec. Ale jej też dobrze, bo pieniędzy jej zawsze płacę. Czarny je jak szalony. A i tak się przede mną chowa, ledwo widziałem kątem oka. Coś czarnego śmignęło ku szopie i tyle. Dniem, nocą latarką szukałem nigdzie go nie widać. Ale zawsze czuję na plecach jego wzrok. Bardzo tęsknię, wnuczko. Może tobie uda się go złapać. Lub razem spróbujemy. Mam wrażenie, że ludzie go skrzywdzili, więc ich teraz omija…
To była tylko część opowieści o puszystym przyjacielu.
Tyle że… żadnego kota Magda nie znalazła. Ani w domu, ani na podwórzu.
A już kilka dni tu jest. Gdyby był chyba by go zobaczyła?
Chociaż… to uczucie patrzenia w plecy, o którym pisał dziadek, dzisiaj naprawdę mocno poczuła. Aż obejrzała się parę razy.
Muszę spytać pani Henryki o tego Czarnego
*****
Obudziła się z pierwszymi promieniami świtu.
Słońce nieśmiało wciskało się przez zasłony, a za oknem wróble ćwierkały, koguty w sąsiedztwie darły się na wyścigi.
Poranek jak z dzieciństwa.
Wstała, otworzyła szeroko okno i wsłuchała się w dźwięki wsi.
Wspomniała siebie z dawnych lat, jak pomagała dziadkowi majsterkować budki dla ptaków. Przypomniała sobie o planie pójścia do sąsiadki zapytać o kota…
Jaki kot? zdziwiła się pani Henryka.
Nie wiem, sama Czarny. W ostatnim liście tylko o nim pisze.
Aa pani Henryka klasnęła się w czoło. Miesiąc temu Władysław zaczął z kimś gadać, pod oknem. Przekonywał, żeby się pokazał. Zaglądam przez parkan nikogo. Następnego dnia znowu. Potem gadał do niewidzialnego przyjaciela codziennie. Zwierzał się, opowiadał historie o żonie, o synu ciągle Czarny do niego mówił. Nie tylko ja to słyszałam, inni też. Ale nikt kota nie widział. Przychodziłam do Władysława: to mleko, to pączki przyniosę, to na herbatę. Pytałam, a on się śmiał: jak złapię, to pokażę. Wydaje mi się, że staruszek na stare lata rozum stracił. Pomyśl sama, gdyby kot był, ktoś by go zobaczył.
Może i tak zamyśliła się Magda. Ale dziadek miał z głową wszystko w porządku. Może po prostu coś przeoczyliśmy. Albo ten kot naprawdę dobrze się ukrywa. Może u was na wsi czarne koty gdzieś się nie plątały ostatnio?
Właśnie nie. A powiem więcej: u nikogo nie ma czarnego.
Wróciła na podwórko i zabrała się za porządki, wciąż zastanawiając się nad dziadkowym kotem, którego nikt nigdy nie widział.
Coś tu nie gra Jeśli był gdzie się podział?
A tymczasem, obserwował ją Czarny z ukrycia.
Od dawna przyciągała go spośród wszystkich ludzi, którzy przewijali się przez podwórko. Coś było w niej znajomego, bliskiego
Może po prostu przypominała mu dziadka, który przez ostatni miesiąc karmił go mlekiem, kiełbasą czy kotletem.
Nie wychodził do Magdy, ale patrzył z ukrycia.
Dziadek miał rację Czarny bał się ludzi, chował się przed nimi.
Bał się strasznie. Jako kociak był ciągle przepędzany, potem obrzucano go patykami i kamieniami.
Nie miał szczęścia do ludzi. Przez kilka wsi się tułał, szukając domu.
Dziadek od razu wydał mu się inny. Miał ciepłe oczy.
I mówił tak, jakby Czarny mógł go słuchać w nieskończoność.
Słuchał, jak Władysław opowiadał mu o życiu, o żonie, o synu, siedząc na ławce pod jabłonią.
Ale strach ciągle trzymał go z dala od ludzi.
A potem było już za późno. Dziadek nagle zniknął.
Czarny wyczuł zapach śmierci. Rzucił się do drzwi, zamknięte. Do okien, zamknięte. Nie dostał się do środka. Całą noc przesiedział pod drzwiami, żałośnie miaucząc.
Teraz patrzył za Magdą i wyczuwał dobro w jej sercu.
Tak dobre, jak u dziadka. Miękkie duszą.
Ale nadal nie wyszedł zza swojego krzaka.
Kiedyś tak się zapatrzył, że nie zauważył, jak Magda odwróciła się nagle, patrząc mu prosto w oczy. Stało się to dziewiątego dnia.
Najwyraźniej taka była wola nieba.
Tego dnia było dużo ludzi na podwórku Czarny był cichutko jak mysz pod miotłą.
Po południu, gdy wszyscy odeszli, stracił czujność. I wtedy Magda go zobaczyła.
Ach, to ty, Czarny! zawołała, ucieszona. Dziadek naprawdę o tobie pisał. Chodź, poznajmy się!
Ale ledwo się ruszyła w jego kierunku, czarny kocur zniknął jak cień.
Czego się boisz, Czarny? Magda zaglądała pod krzewy, uśmiechając się łagodnie. Jutro już muszę wracać. Ja nie gryzę, bardzo chcę cię poznać.
W tej samej chwili pani Henryka, która niosła Magdzie pączki na drogę, usłyszała jej głos.
Podeszła do płotu na palcach i zerknęła przez szparę.
Zobaczyła Magdę, ale kota, z którym rozmawiała dziewczyna, w ogóle nie widziała.
O rany przestraszyła się pani Henryka, spiesząc do siebie i zapominając o pączkach. Najpierw dziadek, teraz ona wszyscy gadają z niewidzialnym kotem… Może te zarazy już powietrzem się przenoszą?…
Po obiedzie chmury zasnuły niebo granatem i świat zaległa głęboka, ciężka cisza, od której pióra kur drgały na podwórku sąsiadki, a dalekie grzmoty dudniły, ostrzegając przed burzą.
Będzie lało skrzywiła się Magda, patrząc w niebo. Zaraz się zacznie.
I rzeczywiście nadciągała nie burza, lecz prawdziwy sztorm. Wystarczyło pomyśleć, a już pierwsze krople spadały na głowę.
Wołała kota do domu, ale nie pojawił się
Czarny trwał w swoim schronieniu, przyciśnięty do ziemi, drżąc ze strachu przy każdym błysku. Bał się. Bardziej niż ludzi.
*****
Deszcz bez przerwy bębnił w blachę dachu, cichnąc i znowu przybierając na sile. Było już ciemno, a Magda przewracała się z boku na bok.
Aż nagle trzask!
Siadła na łóżku, przestraszona. Burzy takiej nigdy nie słyszała.
Za oknem raz po raz jaskrawe błyskawice oświetlały pokój, firanki trzepotały na wietrze, który wdzierał się przez otwarte okno.
Wtem mignęły dwa żarzące się ślepia w okienku.
Matko kochana! wrzasnęła Magda, cofając się na oparcie łóżka.
Coś czarnego, zmokłego wpadło przez okno, przemknęło przez pokój, wpadło pod szafę, potem pod łóżko i zniknęło.
Czarny! Magda zrozumiała.
Gdy zajrzała pod łóżko, siedział tam drżący, przemoczony kot. Ten sam.
Wyciągnęła go stamtąd z trudem, wysuszyła ręcznikiem, położyła obok siebie.
Gdy za zamkniętym już oknem szalała burza, kot i dziewczyna grzali się swoim spokojnym ciepłem.
Oświetlenia i gromy już nie były tak straszne.
*****
Obudziła się, bo ktoś uporczywie próbował otworzyć okno. Czarny, oczywiście.
Słońce już wpadało do środka i burza ustała.
Gdzie się wybierasz, przyjacielu? uśmiechnęła się, patrząc na kota na parapecie.
Kot zawahał się, próbował przeprosić wzrokiem za swoją wczorajszą słabość.
Miau-uu zamiauczał, drapiąc okno, prosząc, by go wypuścić.
O nie, Czarny, bez śniadania cię nie puszczę. Potem… Potem sam zdecyduj, czy chcesz tu zostać, czy wracać ze mną. Myślę, że dziadek chciałby, żebym cię zabrała. Ja też. Ale decyzja należy do ciebie. Wybierz dobrze.
Po śniadaniu wypuściła kota na dwór i zabrała się za pakowanie. Do autobusu miała jeszcze kilka godzin.
Kiedy wyszła z walizką, Czarny już siedział na ganku, czekał.
Podszedł, popatrzył jej w oczy i zaczął się łasić o nogi. Podjął decyzję wraca do miasta razem z nią. Bo przy niej już nie będzie musiał niczego się bać: ani ludzi, ani burzy.
I miał zwyczajnie już dość ukrywania się. Chciał zostać domowym kotem.
Wiedziałam, że tak zrobisz uśmiechnęła się Magda.
Gdy pani Henryka zobaczyła Magdę z kotem, bardzo się zdziwiła.
To ten kot?
Ten. Zatem oskarżano dziadka na darmo. Z głową miał jak najbardziej porządek. Tylko kot się taki trafił nieufny. Ale wyjdzie na swoje.
No patrz, a ja się już bałam, że coś nie tak z nim… Magda, nie martw się. Zajrzę do domu, popilnuję. Będziecie jeszcze przyjeżdżać?
Oczywiście. My razem z Czarnym. Jak często nie wiem, ale na pewno.
Dobrze. No i bierz pączki na drogę wręczyła jej torbę słodkości.
Dziękuję, pani Henryko. Za wszystko.
W autobusie Magda patrzyła przez okno na niebo. W pewnej chmurze mignęła jej twarz dziadka.
Nawet Czarny przykleił się wtedy do szyby i patrzył w górę.
Twarz ta patrzyła na nich łagodnie i się uśmiechała. Jakby puszczała oko.
Autobus ruszył i chmura znikła. Nawet jeśli się tylko im wydawało to już nie miało znaczenia.
Wiedzieli, że dziadek nie odszedł zupełnie. Nadal mieszka w ich głowach i sercach, gdziekolwiek teraz jest cieszy się, że Magda i jej tajemniczy, puszysty przyjaciel odnaleźli się wreszcie nawzajem.



