Dziadka już nie ma
Joanna wróciła z kolejnego służbowego wyjazdu. Zdążyła tylko przekroczyć próg mieszkania, nie rozebrana i z walizką w ręku, kiedy zadzwoniła mama.
Głos Barbary Stanisławówny brzmiał niespokojnie. Joanna nie zwróciła na to uwagi zbyt była zmęczona.
Joasiu, córcia, jesteś już w domu?
Cześć, mamo. Tak, właśnie przyjechałam. Dopiero weszłam do mieszkania. Coś się stało, że dzwonisz?
Dobrze. Najważniejsze, że już w domu.
Joanna od razu poczuła, że mama coś jej chce powiedzieć, ale zamiast to zrobić, owija w bawełnę. Jakby nie wiedziała, od czego zacząć, albo celowo przeciągała rozmowę.
Pewnie znowu zebrała plotki z całego bloku i teraz nie może się doczekać, żeby mi je przekazać przeszło Joannie przez myśl. Teraz jednak zupełnie nie była gotowa na takie rozmowy.
Najbardziej pragnęła paść na łóżko i porządnie się wyspać, bo w pociągu w nocy nie wypoczęła. W sąsiednim przedziale podróżowała czwórka młodych mężczyzn, którzy od wieczora byli już po kilku butelkach. A po północy urządzili sobie koncert gitarowe śpiewanki.
Nie obyło się bez:
Rozkwitały jabłonie i grusze,
Mgły popłynęły nad Wisłą.
Wychodziła na brzeg Joasia,
Na stromy brzeg wysoki śpiewali za ścianą.
Gdyby Joanna była w dobrym humorze, może nawet by się uśmiechnęła. Wtedy jednak marzyła, by zerwała się im przynajmniej jedna struna. Niestety, nic z tego.
Mamusiu, ja się teraz trochę położę, wrócę do siebie po podróży i potem oddzwonię, dobrze?
Obawiam się, że nie dasz rady westchnęła mama.
Nie rozumiem Czemu nie dam rady?
Po prostu nie odpoczniesz.
Dlaczego niby? Byłam przecież w delegacji, mam prawo. Żadnych gości nie zapraszam i sama nigdzie nie wychodzę. Chyba że o czymś nie wiem? Mam nadzieję, że nie zamierzasz wpaść do mnie bez uprzedzenia?
Joasiu, już nie ma dziadka
Joanna pobladła, ściskając telefon w dłoni. Usiadła powoli na kanapie, zupełnie zaskoczona.
Zadzwoniła dziś rano jego sąsiadka, Maria Stanisławowa. Przyniosła mu mleko, a tam Stefan już nie żył. Leżał na progu, trzymając się za serce, nie oddychał. Pewnie całą noc tam przeleżał. Trzeba jechać na wieś, pochować dziadka. Sąsiedzi powiedzieli, że pomogą, jak trzeba. Słyszysz mnie, Joasiu?
Joanna była tak zdezorientowana, że zdołała jedynie wydusić ciche Mhm.
Maria Stanisławowa dzwoniła też do jego rodziny, ale powiedzieli, że na pogrzeb nie przyjadą. Gdyby zostawił im jakiś spadek, może by się zastanowili, a tak nie będą pieniędzy i czasu marnować. A dom, wiadomo, nikomu niepotrzebny. Barbara Stanisławówna urwała na chwilę, ale zaraz dodała: Ja, szczerze mówiąc, też nie mam ochoty do tej wsi jechać, zwłaszcza że Stefan sam mi powiedział, żebym nigdy więcej nie przekraczała progu jego domu. I na pogrzebie też nie byłam mile widziana. Przecież pamiętasz, obiecałam mu, że mnie tam nie będzie. Więc zostaje tylko ty, kochanie. Pojedziesz, Joasiu? Odprowadzisz dziadka w ostatnią drogę?
Zapanowała cisza. Joanna patrzyła na komodę z ostatnim listem od dziadka.
Według stempla pocztowego był wysłany ponad miesiąc temu. Nie zdążyła go odebrać wtedy była w rozjazdach.
To już trzeci wyjazd służbowy w pół roku. Firma otworzyła oddział w innym mieście ciągle trzeba nadzorować uruchomienie. Wysyłają tylko ją reszta jest chora, ma małe dzieci albo inne rodzinne problemy Tylko ona taka wolna.
Joasiu odezwała się znów mama. Nie chcę, żeby sąsiedzi myśleli, że całkiem zapomnieliśmy o staruszku. Był uparty i trudny, wiadomo, ale jednak człowiek. A tobie chyba najbliżej z waszej rodziny było do niego Więc, co mam powiedzieć Marii Stanisławowej? Pojedziesz na pogrzeb?
Tak, mamo. Oczywiście, pojadę. Tylko
Podniosła się z kanapy, podeszła do komody, wzięła do ręki list, zaraz odłożyła.
Mamo, nie rozumiem, jak to się mogło stać? Przecież dziadek dobrze się czuł. Kiedy byłam u niego w Nowy Rok, wyglądał na zdrowego.
Joasiu, skąd ja mam wiedzieć zafrasowała się Barbara Stanisławówna. Wiek robi swoje. Teraz to wielu mężczyzn nawet do emerytury nie dociąga. A twój dziadek osiemdziesiątkę skończył, Bogu dziękować.
Joanna była w szoku. Bardzo kochała dziadka Stefana. Chyba tylko ona utrzymywała z nim kontakt. Ani krewni Stefana, ani mama ostatnio prawie ze sobą nie rozmawiali.
Mama tam to była wrogość dwustronna, która trwała latami.
Dziadek nie mógł jej wybaczyć śmierci Andrzeja i twierdził, że to przez nią przez jej wymagania, przez tę pogoń za pieniędzmi, jego jedyny syn (tata Joanny) zszedł przedwcześnie, jak wielu mężczyzn, o których mówiła Barbara Stanisławówna.
Szczerze mówiąc, to ona namówiła Andrzeja na rezygnację z poprzedniej pracy i wysyłała na delegacje.
Dlaczego? Bo trzeba było zrobić remont, kupić działkę pod miastem, a ona chciała mieć piękne życie.
Andrzej był z zawodu nauczycielem, ale jeździł miesiącami za pracą, przywoził prezenty i pieniądze. Aż pewnego dnia nie wrócił. Serce nie wytrzymało.
Stefan rozpaczał wtedy jak wilk w klatce. Starsi na pogrzebie mówili, że rodzic nie powinien chować swojego dziecka.
Dziadek wtedy zerwał kontakt z synową, kazał jej nie pokazywać się więcej. Ona rzuciła: I bardzo dobrze!, broniąc się, że nie była winna, że mężczyzna powinien zarabiać. O problemach męża z sercem nie wiedziała.
Stefan tylko dzięki wnuczce trzymał się jeszcze ludzi Joannę kochał jak nikogo.
Często spędzała u niego wakacje jako mała dziewczynka, później, kiedy zdała na politechnikę i dostała dobrą pracę, przerzucili się na listy. Bo dziadek nie uznawał nowoczesności: telefonów, komputerów Przez to niektórzy uznawali go za dziwaka.
Pewnie mu na stare lata odbiło szeptały sąsiadki na ławeczce. Stracić najpierw żonę, potem syna Jak tu nie oszaleć?
W ostatnim miesiącu życia ci, którzy mieszkali w sąsiedztwie, byli już pewni, że Stefanowi odbiło zaczął ciągle rozmawiać z kotem. I to kotem, którego nikt nigdy nie widział.
Joanna połknęła łzy, rozłączyła się i długo gapiła się w jeden punkt. Tak bardzo chciała odwiedzić dziadka tego lata. Ale służbowe wyjazdy nie zostawiły jej nawet tygodnia wolnego. Szef w jej firmie szalony. Jedynie odpowiadał z uśmiechem: Pani Joanno, wszystko zgodnie z kodeksem. Jeśli się nie podoba, zawsze można odejść. Ale takiej pensji, jak tu, nigdzie pani nie dają”.
Joanna rzeczywiście zarabiała bardzo dobrze. Może dlatego zaciskała zęby i godziła się na kolejne wyjazdy. Kiedyś to się skończy, tłumaczyła sobie, i wróci do zwyczajnego życia.
Ale przecież każdy człowiek ma swoje granice
*****
Na cmentarzu wszystko działo się jak przez mgłę. Po ostatnim uderzeniu młotka w wieko trumny, mężczyźni opuszczali ją powoli na dno, zasypując potem ziemią.
Świeże kwiaty, wieńce, grobowiec. To już koniec? Przecież był dziadek i go nagle nie ma, myślała Joanna. Został jeszcze stypa, dużo wódki i toastów ludzie wspominali zmarłego.
Dzięki tym rozmowom przy stole, potem Stefan pozostawał żywy. Zmieniła się forma jego obecności: już nie na ziemi, lecz w pamięci ludzi.
Kiedy widelce i szkło ucichły, a ludzie rozeszli się do domów i sklepów, Joanna została w opuszczonym domu sama. Ogarnęło ją straszne, nieznośne uczucie osamotnienia. Nie zdążyłam, szeptała.
By oderwać się od myśli, zabrała się za porządki. Otworzyła szeroko okna, umyła drewnianą podłogę, starła kurz, strąciła z pajęczyn, pochowała resztki jedzenia do lodówki. Oddychało się lepiej.
Dziadkowy dom był ciepły, wiejski, prosty i trochę surowy, ale z duszą. Zajrzała przez okno: wieczór już. Wyszła na ganek, zaczerpnęła powietrza. Zaraz obeszła ogród grządki równe, starannie wyplewione, tylko w tym roku puste Stefan pewnie czuł, że to jego ostatnia wiosna, więc nic nie sadził.
W sadzie kwitły jabłonie, krzaki porzeczki i maliny. Ciekawe, kto teraz będzie się tym zajmował Joanna westchnęła.
Usiadła pod jabłonią i zadzwoniła do mamy, przekazując jej, że pożegnała dziadka.
No to dobrze zrobiłaś, Asiu. Jaki by nie był, był człowiekiem.
Był normalny, mamo. Zbyt dużo przeszedł w życiu i nie dał rady. Przestań mieć do niego żal. Bardziej niż kogokolwiek kochał tatę powiedział Ci dużo za dużo przez żal.
Daj spokój, Asiu westchnęła Barbara. Nie trzymam już żalu. Niech spoczywa w spokoju. Kiedy wracasz do domu? Dziwnie tam chyba być samej?
Na razie nie jadę do miasta. Mam trochę wolnego, chcę odpocząć na wsi, od hałasu. I dziewięć dni minie, popilnuję grobu. Może przyjedziesz?
A gdzie mi tam, takie wyjazdy Poza tym mam działkę, ogródek, pamiętasz?
No trudno. Tylko pamiętaj: tu pochowaliśmy też tatę. Ty ani razu nie byłaś u niego na cmentarzu.
Przecież mówiłam, żeby chować Andrzeja w Warszawie, a nie na wsi. Ale Stefan był uparty. Asiu, mój serial się zaczyna, lecę dzwoń, jeśli coś.
Joanna uśmiechnęła się półgębkiem. Mama zawsze tak miała jak nie wie co powiedzieć, nagle pilne sprawy.
Joanna zrobiła sobie herbatę z liści melisy i mięty znalezionych w szafce dziadka, wypiła i położyła się spać. Przed snem sięgnęła po list od dziadka. Przeczytała go już wcześniej, ale ten list był inny. Dziadek opisywał kota. Joannie nie przypominało się, by dziadek miał jakiegoś kota on nigdy zwierząt nie lubił.
Otworzyła kopertę jeszcze raz:
Wyobraź sobie, Jadziu, Czaruś lubi mleko. Choć mówili, że dorosłym kotom nie wolno, on wczoraj wypił pół słoika. Jutro znów poproszę sąsiadkę o mleko zdziwi się, bo zawsze wystarczało mi na tydzień, a teraz po dwóch dniach już koniec. Płacę jej, Czaruś strasznie głodny. I wciąż się ukrywa, nie da się złapać, tylko mignie mi coś czarnego do stodoły. I czuję na sobie jego spojrzenie, zawsze. Bardzo czekam, aż przyjedziesz. Może tobie się uda go złapać
To tylko fragment. Ale Joanna nie znalazła żadnego kota, choć spędziła tu już kilka dni. Gdyby był, przecież by go zauważyła?
Choć spojrzenia na plecach, o których pisał dziadek, dzisiaj odczuła bardzo wyraźnie. Kilka razy obejrzała się nerwowo, nikogo nie było.
Rano muszę koniecznie spytać Marii Stanisławowej o tego kota
*****
Obudziła się o świcie. Słońce nieśmiało wpadało przez zasłony, a na zewnątrz wróble ćwierkały, koguty sąsiadów niestrudzenie się przekrzykiwały. Prawdziwy wiejski poranek.
Joanna podniosła się, rozwarła okna, wsłuchując się w dźwięki tych stron. Wspomnienia z dzieciństwa napłynęły jak razem z dziadkiem robili budki dla ptaków, słuchali świerszczy, smażyli naleśniki. I przypomniała sobie o kocie
Kot, powiadasz? zdumiona powtórzyła Maria Stanisławowa, gdy przyszła po mleko.
Tak sama już nie wiem Czaruś się nazywał, dziadek tylko o nim pisał w ostatnim liście.
A, teraz kojarzę uderzyła się w czoło sąsiadka. Z miesiąc temu Stefan zaczął gadać do kota. Słyszałam to raz: namawiał go, by się pokazał. Przez płot patrzyłam sam był. Nazajutrz znowu, potem coraz częściej. Cała wieś słyszała, jak gadał z takim niewidzialnym przyjacielem. Opowiadał o żonie, synu, i tak dalej. Czaruś, nazywał go. Ale kota nikt, nigdy, nie widział. Byłam często, z mlekiem, plackami, rozmawiałyśmy pytałam prosto, śmiał się, że jak złapie, to pokaże. Może Stefan na starość? Sama rozumiesz, Joasiu gdyby był kot, ktoś by go widział?
Może rzeczywiście dobrze się ukrywał chyba, że rzeczywiście czegoś nie wiemy. Nie zaginały może wasze koty?
Ani jeden! I czarnych w ogóle nie mamy na wsi!
Joanna wróciła na podwórko i wzięła się za porządki. Myśli krążyły tylko wokół dziadkowego listu i tego tajemniczego kota.
Naprawdę dziwna sprawa. Jeśli był, to gdzie się podział?
A tymczasem, wśród pokrzyw, czarny kot właśnie śledził Joannę, z ukrycia.
Od pogrzebu zwracał na nią uwagę; ze wszystkich ludzi, co się tu kręcili, do niej czuł najwięcej zaufania. Była taka podobna do dziadka ciepła, uważna
Ale kot, choć instynkt podpowiadał coś innego, jeszcze nie był gotów ujawnić się. No i bał się ludzi od zawsze jako kocię często go przeganiano, bili patykiem albo rzucali w niego kamieniem. Całe życie tułał się po wsiach, szukając swojego kąta a Stefan był pierwszym człowiekiem, przy którym czuł się jak w domu.
Często przesiadywali razem pod jabłonią. Kot nie wychodził z ukrycia, ale słuchał z uwagą, jak Stefan mu się zwierzał. Tego człowieka było mu naprawdę żal.
Ale jedno pozostawało niezmienne lęk przed ludźmi. Bał się tej bliskości, więc żadnemu z ludzi na oczy się nie pokazywał. Kiedy wreszcie się ośmielił Stefana już nie było.
Czaruś od razu wyczuł zapach śmierci w powietrzu. Podbiegł pod zamknięte drzwi, obszedł okna. Wszystko pozamykane. Całą noc czuwał na ganku, żałośnie miaucząc.
Teraz, gdy z miasta przyjechała Joanna, coś czuł jej serce było do dziadka bardzo podobne, czułe i dobre.
Ale jeszcze się wahał. Dopiero na dziewięć dni po pogrzebie, niespodziewanie Joanna go zauważyła. Może tak chciały niebiosa w gronie ludzi, na jego terenie, wśród mowy wspomnień i łez.
Tego dnia, po ostatnim wspólnym obiedzie, wszystkie dusze powłóczyły się do domów i Joanna została sama. Kot się zapomniał i ona go zauważyła.
Ach, taki jesteś, Czaruś! wykrzyknęła radośnie. Czyli dziadek pisał prawdę! Chodź tu, zapoznamy się!
Ale wystarczyło, że Joanna podeszła krok, kot zniknął w trawie.
No, nie bój się, Czaruś! mówiła, zaglądając pod krzaki. Jutro już muszę jechać, chciałabym cię chociaż pogłaskać.
Rozmowę usłyszała Maria Stanisławowa, niosła Joannie pierogi z kapustą na drogę. Stanęła na palcach, patrzy Joannę widzi, ale kota już nie.
No trzymajcie mnie! przestraszyła się. Dziadek gadał z niewidzialnym kotem, teraz ona To chyba zarazliwe!
Po południu ciemnogranatowe chmury przysłoniły niebo. W powietrzu zawisło jakieś złowrogie oczekiwanie, przytłumione gdakaniem kur Marii Stanisławowej, i coraz bliższymi grzmotami burzy.
Zaraz lunie zmarszczyła brwi Joanna. Wszystko wskazuje, że będzie burza.
I rzeczywiście, nadciągała potężna nawałnica. Zanim zdążyła pomyśleć, spadły pierwsze krople.
Kilka razy próbowała zawołać kota, żeby się schował do domu, lecz kot nie pojawił się.
Czaruś tkwił w kryjówce, drżąc ze strachu. Burzy bał się nawet bardziej, niż ludzi.
*****
Deszcz nie przestawał bębnić w dach, a Joanna nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. Próbowała spać, ale gdy gromy wstrząsnęły całym domem, zerwała się na łóżku spoglądając w okno. Burza taka, jakiej tu jeszcze nie słyszała.
Błyskawice, światło rozcinające pokój; firanki miotane przez wiatr. Nagle, kolejne uderzenie i w oknie pojawiły się dwa świecące oczy.
Matko Boska! zapiszczała Joanna, zsuwając się w stronę zagłówka.
Po chwili do pokoju wpadło coś czarnego i mokrego to musiał być Czaruś. Przemknął przez pokój, schował się pod łóżkiem.
Z trudem, ale Joanna wyłowiła kota spod łóżka, osuszyła, wzięła na łóżko. I kiedy za zamkniętymi szczelnie oknami szalała nocna burza, kot i dziewczyna grzali się wzajemnie, już bez strachu, z nadzieją, że wszystko idzie ku dobremu.
*****
Joanna obudziła się, gdy ktoś uporczywie próbował otworzyć okno wiadomo kto. Czaruś wyglądał już przez szybę, słońce świeciło wysoko, burza minęła.
A gdzie to się wybierasz, przyjacielu? uśmiechnęła się Joanna, patrząc na kota na parapecie.
Czaruś zamarł, spojrzał na nią jakby przepraszał za wczorajszą panikę.
Miau zamruczał cicho, drapiąc łapą w okno. Prosił o wypuszczenie.
Ale bez śniadania cię nie wypuszczę! Potem sam zdecydujesz. Chcesz zostać tu albo wrócić ze mną do miasta. Myślę, że dziadek chciałby, bym cię zabrała. Ja też bym chciała. Ale decyzja należy do ciebie.
Nakarmiła kota, wypuściła go na podwórko i zaczęła pakować się do autobusu.
Kiedy wyszła z domu, na ganku czekał już Czaruś. Przylgnął do jej nóg. Wybrał pojedzie z nią do miasta.
Tak czułam, że tak postąpisz szepnęła Joanna z uśmiechem.
Maria Stanisławowa bardzo się zdziwiła, gdy Joanna oddawała jej klucze do domu z Czarusiem na rękach.
To ten słynny kot?
Ten sam potwierdziła Joanna. A więc dziadek nie był szalony; kot się po prostu bał ludzi, nie pokazywał się. Ale w burzę bardziej się bał, niż mnie Teraz już wszystko będzie dobrze.
Kto by pomyślał kręciła głową sąsiadka. A ja myślałam
Proszę, zaopiekuj się domem przy okazji. Będę tu wracać, z Czarusiem. Nie wiem jak często, ale wracać będziemy.
Zawsze jesteś tu mile widziana! A tu masz pierogi na drogę wręczyła jej paczkę.
Dziękuję za wszystko, pani Mario!
W autobusie, z Czarusiem na kolanach, patrząc przez okno na niebo, Joannie przez sekundę wydawało się, że w jednym z obłoków zobaczyła twarz swojego dziadka.
Czaruś również wtulił nos w szybę, jakby czegoś wypatrywał.
Twarz patrzyła na nich pogodnie, z uśmiechem, może nawet mrugnęła porozumiewawczo.
Autobus ruszył, chmura zniknęła. Może im się wydawało ale to nieistotne.
Bo wiedzieli, że dziadek nie odszedł na zawsze. Pozostaje w ich głowach i sercach i gdziekolwiek teraz jest cieszy się, że Joanna i jego tajemniczy przyjaciel kot są już razem.



