Dziadka już nie ma
Zuzanna właśnie wróciła z kolejnej delegacji i nie zdążyła nawet się przebrać, ani rozpakować walizki, gdy zadzwoniła do niej mama.
Głos Teresy Ziółkowskiej był wyraźnie zdenerwowany. Ale Zuzanna nie przywiązała do tego większej wagi.
Może to przez ogromne zmęczenie.
Zuziu, córeczko, już jesteś w domu?
Cześć, mamo. Tak, wróciłam w końcu. Dopiero weszłam do mieszkania. A co się stało? Dlaczego dzwonisz?
To dobrze, dobrze, że w domu
Od razu wyczułem, że mama coś chce powiedzieć, ale dziwnie odwleka tę rozmowę. Pewnie nie wie od czego zacząć, albo ma inny powód.
Pewnie znów zebrała plotki z całego bloku i teraz nie może się doczekać, żeby mi opowiedzieć… pomyślałem. Ale nie miałem siły jej wysłuchiwać.
Najbardziej na świecie chciałem rzucić się na łóżko i wreszcie się wyspać, bo w pociągu oczywiście nie dało się przespać nawet chwili.
W sąsiadującym przedziale jechała grupa czterech młodych chłopaków, którzy od samego wieczora nie wylewali za kołnierz.
A po północy zaczęli robić koncert. Wyśpiewywali piosenki na cały głos, z gitarą.
No i o mnie też śpiewali:
Rozkwitały jabłonie i grusze,
Płynęły mgły nad rzeką.
Wychodziła na brzeg Zuzianka,
Na wysoki, stromy brzeg
Dochodziło do mnie zza ściany, aż chciałem, żeby struny w ich gitarze natychmiast pękły. Ale nie pękły.
Mamo, odpocznę teraz trochę po drodze, ogarnę się i potem do ciebie zadzwonię, pogadamy, dobrze?
Myślę, że nie dasz rady westchnęła mama.
Jak to nie dam? dopiero teraz zwróciłem uwagę, że jej głos jest jakiś dziwny.
Nie będzie ci dane odpocząć.
Czemu niby? Przecież wróciłem z wyjazdu służbowego. Należy mi się. Poza tym żadnych gości nie zapraszam, sam też nigdzie się dziś nie wybieram. Czy o czymś nie wiem? Mam nadzieję, że nie wpadniesz do mnie bez zapowiedzi?
Zuziu… dziadka już nie ma…
Poczułem, że krew mi odpływa z twarzy, chwyciłem telefon mocniej i osunąłem się powoli na kanapę. Nie spodziewałem się takiej wiadomości.
Zadzwoniła do mnie pani Maria Szymańska, sąsiadka. Chciała przynieść mu mleka, ale Stanisław Nowak już Leżał na progu, trzymając się za serce, nie oddychał. Chyba całą noc tam przeleżał. Zuziu, trzeba jechać do wsi i pochować dziadka, sąsiedzi na pewno pomogą. Słyszysz mnie?
Byłem tak zszokowany, że nie wiedziałem, co powiedzieć. Ledwo udało mi się wydobyć z siebie ciche tak.
Pani Maria zadzwoniła do rodziny dziadka, ale nikt nie ma zamiaru przyjeżdżać. Powiedzieli jej, że przyjechaliby, gdyby mieli dostać spadek. A tak, szkoda im pieniędzy i czasu. Dom, w którym mieszkał, nikomu niepotrzebny mama zrobiła krótką przerwę. Prawdę mówiąc, mnie też nie ciągnie do tej wsi, tym bardziej, że dziadek kazał mi nie pokazywać się u niego, nawet na pogrzebie. Obiecałam mu, więc nie pojadę. Pozostaje tylko nadzieja na ciebie, córeczko. Możesz pojechać, odprowadzić go w ostatnią drogę?
Zapanowała cisza. Ja także milczałem, patrząc na komodę, gdzie leżał list od dziadka.
Ostatni list, wysłany, jak wynikało ze stempla pocztowego, jeszcze miesiąc wcześniej.
Nie zdążyłem go odebrać, bo byłem wtedy w delegacji. W tym półroczu to już trzeci mój wyjazd i zapewne nie ostatni. Firma otworzyła nowy oddział, wszystko trzeba załatwić i tylko mnie wysyłają inni mają dzieci, zdrowie, sprawy rodzinne Tylko ja, wiecznie wolny człowiek.
Zuziu znów odezwała się mama w słuchawce. Nie chcę, żeby sąsiedzi myśleli, że zapomnieliśmy o starym. Straszny był, to prawda, ale człowiek to człowiek. A ty miałeś z nim dobre relacje. Co powiedzieć pani Marii? Pojedziesz?
Tak, mamo. Pojadę… Tylko…
Podszedłem do komody, wziąłem w rękę dziadkowy list i odłożyłem na miejsce.
Mamo, jak to mogło się stać? Dziadek przecież czuł się dobrze. Na święta, gdy byłem, wyglądał na zdrowego, nie narzekał.
Zuziu, córeczko, skąd ja mam wiedzieć… wymamrotała mama. Wiek już miał. Wielu facetów nie dożywa nawet emerytury, a twój dziadek dobiegał do osiemdziesiątki. Nie narzekał, przynajmniej nie publicznie. Spoczywaj w pokoju.
Byłem wstrząśnięty. Bardzo kochałem dziadka i chyba tylko ja z całej rodziny utrzymywałem z nim kontakt. Ani pozostała rodzina Stanisława, ani mama nie rozmawiali z nim w ostatnich latach.
Między nimi panowała wzajemna niechęć, która trwała od śmierci mojego taty.
Dziadek nigdy nie wybaczył mamie śmierci syna. Twierdził, że to ona go zajechała”, bo wymusiła rezygnację z pracy i wyjazdy na budowy.
Dlaczego? Bo trzeba było wyremontować mieszkanie, kupić działkę, żyć wygodniej.
Tata wyjeżdżał miesiącami, żeby zarobić więcej, chociaż był przecież nauczycielem. Ciągle go nie było, wracał zmęczony, ale z prezentami.
Aż pewnego razu nie wrócił. Zbyt dużo dla serca i przestało bić.
Dziadek rozpaczał na pogrzebie tak, że wszyscy współczuli: Rodzice nie powinni chować swoich dzieci”.
Od tamtej pory Stanisław z moją mamą nie rozmawiał, zabronił jej pokazywać się u niego.
Bardzo proszę! wykrzyknęła wtedy mama. Wcale mnie tam nie ciągnie. I nie jestem winna mężczyzna ma zarabiać pieniądze, od tego jest! A że miał chore serce, o tym mi nie mówił…
Dziadek ledwo się powstrzymał, żeby nie rzucić w nią polanem z pieca.
Za to ze mną zawsze utrzymywał kontakt. Bardzo mnie kochał, a ja jego również.
Często jeździłem do niego na wakacje jako dziecko, a potem już rozmawialiśmy przez listy.
Bo on nie uznawał nowoczesnych technologii. Nawet telefonu komórkowego odmawiał.
Przez to rodzina uważała go za dziwaka, a i niektórzy sąsiedzi szeptali:
Odbiło mu najpierw stracił żonę, potem syna, to nic dziwnego
Zwłaszcza ostatni miesiąc życia utwierdził sąsiadów w przekonaniu, że dziadek powoli traci rozum zaczął rozmawiać z kotem.
Nikt tego kota nie widział. Jak tu się nie zastanawiać?
Po rozmowie z mamą rzuciłem telefon na łóżko. Długo patrzyłem w jeden punkt, aż się popłakałem.
Tak bardzo chciałem odwiedzić dziadka latem i nie zdążyłem. Ciągłe delegacje, a szef na moje narzekania tylko się uśmiechał:
Prawo pozwala, Zuzanno! Komu nie pasuje, niech się zwolni niewielu takich z taką pensją jak ty.
A zarabiałem naprawdę dobrze. W końcu kiedyś te wyjazdy się skończą, a ja wrócę do normalności.
Choć w głębi duszy czułem żal też jestem człowiekiem, mogę mieć życie i mogę być zmęczony ciągłymi delegacjami…
*****
Na cmentarzu wszystko przebiegało zgodnie z planem: po chwili ciszy i po wbiciu ostatniego gwoździa do drewnianej trumny, mężczyźni opuścili ją na linach do grobu.
Pozostało rzucić ostatnią garść ziemi
Świeże kwiaty, wieńce. Nowy grób. Naprawdę to już wszystko? Był dziadek i nie ma dziadka nie mogłem tego pojąć.
Jeszcze stypa dużo wódki i wspomnień. Dzięki tym rozmowom Stanisław Nowak będzie żył dalej już tylko we wspomnieniach bliskich.
Kiedy skończyły się jedzenie i alkohol, ludzie rozeszli się.
Kto do domu, kto na wieś.
Po chwili zostałem na podwórku całkiem sam. Ogarnęło mnie uczucie pustki i żalu.
Nie zdążyłem.
Żeby zająć myśli, zabrałem się za porządki w domu.
Najpierw porządnie wywietrzyłem pokoje, umyłem drewnianą podłogę, starłem kurz, usunąłem pajęczyny i pochowałem jedzenie do lodówki.
Dom dziadka był duży, dobrze utrzymany, bardzo swojski. Wyjrzałem przez okno był już wieczór.
Wyszedłem na ganek i głęboko wciągnąłem pachnące wiejskie powietrze.
Potem poszedłem obejrzeć ogród. Wszystko w porządku: warzywnik przygotowany, grządki puste dziadek w tym roku nie zasiał. Może przeczuwał? Sady kwitły jabłoniami, krzewami porzeczek, malin dziadek nigdy nie pozwalał, żeby ziemia się marnowała.
Ciekawe, kto teraz się tym zajmie? westchnąłem ciężko.
Usiadłem na ławce pod jabłonią i zadzwoniłem do mamy, opowiedzieć jej, że odprowadziłem dziadka w ostatnią drogę.
Dobrze zrobiłeś, Zuziu. Jaki był, taki był ale człowiek.
Ale normalny był, mamo, tylko miał za dużo smutku w życiu. Nie miej do niego żalu. Kochali się z ojcem, strasznie przeżywał jego śmierć…
Ach, Zuziu westchnęła mama. Nie mam do niego żalu. Spoczywaj w pokoju. Prędko wrócisz do domu? Dziwnie zostać tam samemu…
Na razie nigdzie się nie wybieram. Wziąłem wolne, chcę zostać parę dni, chociaż odpocznę od miejskiego hałasu. No i jeszcze dziewięć dni, może przyjedziesz?
Zuzi, gdzie ja ci pojadę na wieś, teraz sezon działkowy…?
Trudno. Przypomnę tylko, że ojca grób tu też jest a ty nie byłaś tam ani razu.
Mówiłam Stanisławowi, żeby chować Andrzeja w mieście, ale mnie nie słuchał. Idę, Zuziu, serial się zaczyna…
Uśmiechnąłem się.
Mama jak zwykle jeśli jest dyskomfort, to nagle ma do załatwienia ważne sprawy.
Po powrocie do domu zaparzyłem herbatę z suszonych liści z ogrodu dziadka, wypiłem i poszedłem spać.
A przed snem znów wyjąłem jego list, bo cały czas czułem, że coś z nim jest nie tak.
Zwykle pisał o sobie, a teraz o jakimś kocie
Jakaś historia o Czarnuszu. Skąd ten kot?
Nigdy dziadek nie miał w domu kota, do zwierząt był obojętny.
Wyobraź sobie, wnuczku, Czarnuś lubi mleko, chociaż mówią, że dorosłym kotom szkodzi, a on pół litra wychłeptał. Maria pewnie będzie się dziwiła, że mleka mało schodzi, a tu znów muszę ją prosić. Jak zawsze płacę. Czarnuś jest głodny, już nie wiem, czym go karmić. Sam mi się nie pokazuje, tylko przemyka bokiem. Czuję to jego kocie spojrzenie z tyłu głowy. Może jak przyjedziesz, złapiesz go albo razem spróbujemy”.
To była tylko część. Żadnego kota nie znalazłem na podwórku, nie było go też w domu, choć zaglądałem wszędzie. Byłem już tam kilka dni.
Może zapytam sąsiadkę, kto to ten Czarnuś?
*****
Obudziłem się o świcie.
Przez zasłonięte okna wpadały pierwsze promienie, na dworze świergotały wróble, a koguty piały na całe podwórko.
Pomyślałem o dzieciństwie. Przypomniałem sobie, jak robiłem z dziadkiem budki lęgowe, i że powinienem pójść do pani Marii zapytać o kota…
Jaki kot? zdziwiła się Maria Szymańska.
Sam nie wiem… Czarnuś. W ostatnim liście dziadek tylko o nim.
Aaaa, zaklaskała w czoło. Chyba rozumiem. Około miesiąca temu dziadek zaczął rozmawiać z jakimś kotem. Przechodziłam obok, słyszałam, jak go namawiał, żeby się pokazał. Zajrzałam przez płot nikogo. Następnego dnia to samo. Potem coraz częściej rozmawiał ze swoim niewidzialnym przyjacielem. Opowiadał o żonie, o synu. Mówił do niego właśnie Czarnuś. Też inni to słyszeli. Ale nikt tego kota nie widział, ani w domu, ani na podwórku. Byłam u niego wiele razy, pytałam śmiał się, że pokaże mi go, jak złapie. Myślę, że dziadek już nie za bardzo na emeryturze. Sama powiedz, gdyby był kot, ktoś by go zobaczył.
Może tak… powiedziałem zamyślony. Ale nie wyglądało, żeby dziadek tracił zmysły. Po prostu nie wiemy wszystkiego. Może kot się dobrze chował. A nie zginęły wam tu żadne koty przypadkiem?
I właśnie nie. U nikogo czarnego kota nie ma.
Po rozmowie, zająłem się porządkiem na podwórku, myśląc cały czas o kocie, którego nikt nie widział.
Dziwne, rozmyślałem.
Tymczasem zza ukrycia przyglądał mi się czarny kot.
Już dawno mnie zauważył. Spośród wszystkich ludzi, którzy pojawiali się ostatnimi dniami na podwórku, to ja budziłem w nim zaufanie. Coś znajomego, przyciągającego
Może dlatego, że byłem wnukiem tego, który ostatni miesiąc poił go mlekiem, karmił szynką albo kotletami.
Czarnuś starał się nie pokazywać, ciągle obserwował z oddali. Dziadek miał rację ludzi się bał.
Bito go, rzucano w niego patyki i kamienie. Nigdzie nie miał domu, wędrował od wsi do wsi.
Dopiero z dziadkiem się zaprzyjaźnił i zaczął słuchać jego opowieści o tym, jak siedział na ławce pod jabłonią albo coś robił w ogrodzie. Żal było mu dziadka
Teraz żałował, że nie odważył się podejść do niego bliżej. W końcu pozostał sam, a zapach śmierci wyczuł, zanim reszta ludzi się zorientowała.
Nie udało mu się wejść do domu drzwi były zamknięte. Całą noc siedział na ganku, żałośnie miaucząc.
Teraz obserwował mnie i czuł, że mam dobre serce tak jak dziadek. Ale na razie się nie ujawniał.
Raz, dziewiątego dnia po pogrzebie, zerknąłem akurat w dobrą stronę i zobaczyłem go pod drzewem.
W tym dniu znów pełno ludzi kręciło się na podwórku, a kot był cichutki i niewidoczny.
Kiedy już wszyscy wyszli, Czarnuś się wyluzował, i przez to go dostrzegłem.
O, to ty jesteś, Czarnuś! wykrzyknąłem z radością. Jednak dziadek pisał prawdę. Chodź, poznamy się.
Ale kot natychmiast zniknął.
Czemu się boisz? Jutro już muszę wracać, a ty się chowasz Nie bój się, ja nie zrobię ci krzywdy.
Rozmowę słyszała Maria Szymańska, która niosła mi pierogi na drogę.
Usłyszała, że do kogoś mówię, podeszła do płotu, wyjrzała i kota nie dostrzegła.
To już rodzina taka… najpierw on z niewidzialnym kotem rozmawia, teraz ona… westchnęła i wróciła do siebie.
Popołudniu niebo zasnuły granatowe chmury. Słychać było wystraszone gdakanie kur i dalekie grzmoty.
Zaraz będzie burza stwierdziłem, zerkając w niebo.
W rzeczy samej: potężna nawałnica nadciągała na wieś. Wicher, ściana deszczu parę sekund i już byłem mokry.
Kilka razy wołałem kota, by wszedł do środka, ale nie pojawił się.
Czarnuś był wtedy w swoim schronieniu, mocno wtulony w ziemię, przerażony grzmotami.
*****
Deszcz walił całą noc o dach, coraz mocniej. Przewracałem się z boku na bok, nie mogłem zasnąć.
Aż nagle huknęło!
Natychmiast usiadłem na łóżku, spoglądając w okno. Nigdy nie słyszałem tak silnego grzmotu. A jeszcze te błyskawice oświetlające pokój
I nagle, w kolejnej błyskawicy widzę dwa świecące, żółte oczy w uchylonym okienku.
O mój Boże! krzyknąłem i przeturlałem się pod ścianę łóżka.
Do pokoju wskoczył przemoczony, czarny kot. Przebiegł przez pokój i schował się pod łóżkiem.
To musi być Czarnuś! pomyślałem.
Wyciągnąłem go, osuszyłem ręcznikiem i wsadziłem do łóżka. Przez całą burzę grzaliśmy się wzajemnie.
Nagle noc nie wydawała się już taka straszna.
*****
Obudziłem się, gdy kot skrobał do okna.
Słońce już dawniej wdarło się do pokoju. Burzy nie było.
I dokąd się wybierasz? uśmiechnąłem się do kota na parapecie.
Zamarł. A potem spojrzał na mnie przepraszająco.
Miauuu zamiauczał cicho.
Nie ma wyjścia przed śniadaniem. Potem zdecydujesz: zostajesz czy wracasz do miasta ze mną. Myślę, że dziadek by tego chciał. Ja też. Ale wybór należy do ciebie.
Dałem mu jeść i wypuściłem na zewnątrz. Zacząłem się pakować, autobus za parę godzin.
Gdy wyszedłem z domu z torbą, Czarnuś już czekał na mnie na schodach.
Podszedł, spojrzał prosto w oczy, przylgnął do nóg i już wiedziałem jedzie ze mną. Bo pokochał mnie, a ja jego. I tu, na wsi, kot może przestać się bać…
Wiedziałem, że tak zrobisz uśmiechnąłem się.
Gdy poszedłem oddać klucze pani Marii, bardzo się dziwiła na widok kota w moich ramionach.
To ten kot?
Tak, Czarnuś z listu dziadka. Niepotrzebnie podejrzewaliście go o starcze zdziwaczenie. Po prostu trafił się dziki kot, co bał się ludzi. Ale grzmoty były straszniejsze. I wszystko jest już dobrze.
No ja… westchnęła sąsiadka. Ależ się pomyliłam. Ty, Zuziu, nie martw się, dom przypilnuję. Odwiedzisz jeszcze kiedyś wieś?
Na pewno przyjadę, a z Czarnusiem razem. Jak często nie wiem, ale będziemy wpadać.
Dobrze. A tu masz na drogę pierogi podała mi paczuszkę.
Dziękuję za wszystko, pani Mario.
Kiedy siedziałem w autobusie i patrzyłem w niebo, przez chwilę wydawało mi się, że w jednej z chmur widać twarz dziadka.
Nawet Czarnuś, siedząc mi na kolanach, spojrzał tam i zamruczał.
Twarz była pogodna, uśmiechała się i jakby puszczała oczko.
A potem autobus ruszył i chmura zniknęła. Może nam się tylko wydawało.
Ale wiedzieliśmy, że dziadek nie odszedł całkiem. Będzie żył w naszych sercach i pamięci. I gdziekolwiek teraz jest, Stanisław Nowak bez wątpienia cieszy się, że jego wnuk i jego tajemniczy Czarnuś w końcu się zaprzyjaźnili.



