Wiosna w Koninie
W końcu minęła ta długa, śnieżna zima. W tym roku nie było wielkich mrozów, raczej miękko i biało za oknem, ale ileż można już miałam dosyć grubych swetrów i szalików. Tęskniłam za soczystą zielenią, za kolorem na klombach i za lżejszym płaszczem.
Wiosna rozgościła się już w naszym niewielkim mieście Koninie. Z okna na trzecim piętrze mojej poczciwej pięciopiętrowej kamienicy patrzyłam, jak miasto budzi się na dobre ptaki śpiewają już od świtu, ludzie przechodzą po chodnikach w lżejszych kurtkach, a rynek gwarzy inaczej niż zimą. I pomyślałam sobie: No, wiosną wszystko nabiera życia nawet samochody przy rynku brzmią inaczej. Cudowna ta pora roku, a latem będzie jeszcze lepiej
Mieszkam tu już od lat, teraz jestem tu tylko z wnuczką Mirosławą, która uczęszcza do czwartej klasy. Rok temu jej rodzice oboje lekarze wyjechali do pracy w Zambii na kontrakt. Mirosławę zostawili pod moją opieką.
Mamo, oddajemy ci naszą Mirę na przechowanie. Wiemy, że najlepiej jej będzie u ciebie, a za granicę przecież jej nie zabierzemy powiedziała moja córka Urszula.
Pewnie, będziemy się tu trzymać obie. Na emeryturze nudno samej, a z Mirusią weselej odpowiedziałam z uśmiechem.
Hurra, babciu, to będzie super! Będziemy chodzić do parku, rodzice wciąż zajęci, nie mają czasu cieszyła się wnuczka.
Nakarmiłam ją śniadaniem, puściłam do szkoły i zabrałam się za codzienne obowiązki. Czas przeleciał niepostrzeżenie i postanowiłam wyskoczyć do sklepu zanim Mirosława wróci ze szkoły obiecałam jej coś słodkiego za piątki.
Wyszedłszy z klatki, zobaczyłam już dwie sąsiadki na ławce pod blokiem: Zofia Szymańska, wiekowa samotna pani, która nigdy nie zdradza, ile ma lat (na oko ponad siedemdziesiąt). Mieszka na parterze w małej kawalerce. Obok siedziała Teresa Ostrowska, czytelniczka i wesoła dusza, siódmy krzyżyk już dawno przekroczony. Są zupełnie różne Zosia wiecznie narzeka, a Teresa śmieje się najgłośniej w okolicy. Podłożyły sobie poduszki, bo ławka o tej porze jeszcze zimna.
Gdy tylko słońce zaczyna ogrzewać chodniki, ta ławka jest zajęta od rana do wieczora i zawsze na niej choćby na chwilę przysiadają starzy wyjadacze. Zosia i Teresa potrafią spędzać tu cały dzień i żadna plotka im nie umknie.
Czasem dołączam do ich rozmów o nowościach z Wysokich Obcasów, o tym, co w telewizji czy czytając felietony z prasy. Zosia zawsze opowiada o swoim ciśnieniu.
Dzień dobry, panie! powiedziałam z uśmiechem. Już dyżur pełnicie?
Dzień dobry, Jadwiga! Jasne, dyżur musi być, bo kto by pilnował ławki? zażartowała Zosia, patrząc na moją torbę. Do sklepu się wybierasz?
Tak, Mirosławka zaraz wróci, a obiecałam jej coś dobrego za oceny odpowiedziałam, machając ręką i poszłam dalej.
Dzień minął szybko odebrałam wnuczkę, podałam obiad, zrobiła zadanie, a ja oglądałam Familiadę.
Babciu, lecę na taniec! zawołała Mirka, już z torbą i telefonem w dłoni.
Tańcem zajmuje się od sześciu lat, lubi występy jestem z niej bardzo dumna. Zawsze ją odprowadzam do drzwi i ciepło żegnam.
Kiedy siedziałam na ławce i czekałam wiosennego wieczoru na jej powrót, podszedł do mnie sąsiad z drugiego piętra pan Andrzej Majewski.
Nudno tak samemu? zagaił.
Ale skąd, przecież piękny dzień! Słońce, ptaki, wszędzie żółte łany mniszka lekarskiego Wyglądają jak malutkie słoneczka stwierdziłam.
W tym momencie podbiegła Mirka i rzuciła mi się na szyję, udając psa:
Hau, hau!
Ale mnie nastraszyłaś! roześmiałam się.
Jeszcze nie rozmawiajmy o umieraniu żartował Andrzej, poklepując mnie po ramieniu.
Chodź, Mirusiu, zjadłaś obiad, a zrobiłam twoje kotleciki i marchewkę z cukrem, bo pewnie się zmęczyłaś na zajęciach.
Andrzej podniósł się i ruszył za nami do wejścia.
A pani tak mówiła o kotlecikach, aż zgłodniałem! Może jeszcze wyjdziemy dziś na spacer? śmiał się sąsiad.
Zobaczymy, sporo mam do zrobienia jeszcze
Wieczorem, zamiast siedzieć w domu, wyszłam jednak przed blok. Andrzej już czekał. Zosia i Teresa poszły na kolację. Od tego dnia spotykaliśmy się częściej, nawet poszliśmy razem do parku po drugiej stronie ulicy czytaliśmy gazety, rozmawialiśmy o przepisach, czasem snuliśmy opowieści.
Los nie rozpieszczał Andrzeja był wdowcem, wychowywał córkę samotnie, pracował bez wytchnienia, by mogła mieć wszystko. Czasem wracał, gdy już spała, wstawał, zanim się obudziła. Córka, Marta, dorosła, wyszła za mąż, wyjechała z synem do Bydgoszczy. Przylatywała raz na rok i ich rozmowy nie były pełne czułości. Gdy rozwiodła się po piętnastu latach, wychowywała syna sama.
Jadwiga, Marta dzwoniła przyjeżdża za dwa dni. Mówi, że chce pogadać, choć latami nie rozmawialiśmy.
Może tęskni, w pewnym wieku człowiek chce bliżej rodziny być powiedziałam.
Nie wiem, nie jestem pewien
Marta pojawiła się bez uśmiechu i z dystansem. Andrzej czuł, że czeka go trudna rozmowa.
Tato, chciałam, żebyś sprzedał mieszkanie i przeprowadził się do nas. Z wnukiem ci będzie weselej oznajmiła stanowczo.
Ale Andrzej nie chciał opuszczać swojego kąta i iść pod opiekę dorosłej córki, której brakowało serdeczności. Podziękował i powiedział, że woli zostać sam.
Marta nie dawała za wygraną. Wiedząc, że ojciec przyjaźni się ze mną, przyszła do mnie. Przywitała się, usiadła w kuchni. Poczęstowałam ją herbatą, cukierkami i konfiturą.
Pani Jadwigo, czy mogłaby mi pani pomóc namówić tatę na sprzedaż mieszkania? Przecież co mu po tylu metrach samemu? wypaliła.
Byłam zaskoczona jej chłodem i wyrachowaniem. Odmówiłam, więc Marta zrobiła się czerwona ze złości.
Aha, to może pani sama chce zgarnąć mieszkanie dla wnuczki? Kochają się tu na ławeczce, spacerują, rozmawiają o mniszkach lekarskich Dwa stare mniszki, a śmierć już za rogiem! A nie, pewnie jeszcze w urzędzie zgłosiła pani ślub? Niczego pani nie dostanie, stara wiedźmo! wrzasnęła i trzasnęła drzwiami.
Czułam się niezręcznie, martwiłam się, czy sąsiedzi nie słyszeli hałasu. Wkrótce Marta wyjechała, a ja zaczęłam unikać Andrzeja. Gdy go widziałam, szybko wracałam do mieszkania.
Jednak los sam układa scenariusze. Gdy wracałam raz ze sklepu, Andrzej siedział przed wejściem, trzymał świeżo zerwane mlecze już zaczął z nich pleść wianek.
Jadwiga, zaczekaj Przepraszam za córkę. Wiem, co powiedziała. Rozmawialiśmy poważnie wnukowi nadal będę pomagał, ale Marta to jej sprawa. Wyjechała, powiedziała, że nie ma już ojca. A ja sam nie wiem umilkł, a potem podał mi ten nieukończony wianek z mniszka. Zobacz, zrobiłem nawet konfiturę z mniszka lekarskiego pyszne i zdrowe! Musisz spróbować. Do sałatek też świetnie pasuje uśmiechnął się.
Zrobiliśmy razem sałatkę z mniszkiem, wypiliśmy herbatę z konfiturą i bardzo mi smakowało. Wieczorem znów ruszyliśmy do parku.
Mam świeży numer naszego ulubionego tygodnika! zawołał Andrzej i wskazał ławkę pod lipą.
Usiadłam obok, śmialiśmy się i rozmawialiśmy długo, zapominając o całym świecie. Dobrze nam było razem.
Piszę to z wdzięcznością, bo cieszę się, że los splótł nasze drogi. Życzę Wam wszystkim zdrowia i słońca, tam gdzie czytacie mój pamiętnik.




