Druga teściowa
Kobieta w wyblakłym fartuchu ostrożnie zajrzała do gabinetu właściciela warszawskiej kliniki chirurgii estetycznej Euforia. Miała na imię Ludwika i starała się mówić jak najciszej, by nie rozdrażnić szefostwa.
Słyszałam, że jest u nas wolny etat młodszej masażystki.
Tomasz Gabryś uniósł wzrok znad dokumentów i obrzucił ją chłodnym spojrzeniem. Jego twarz była napięta chwilę wcześniej dowiedział się, że kluczowe negocjacje z inwestorami się załamały, a głowę rozsadzał mu ból.
I co, pani ze ścierką zamierza obsługiwać naszych klientów?
Nie, ale skończyłam kursy internetowe. Nawet napisałam CV odpowiedziała nieśmiało Ludwika i podała mu zmięty arkusz wydobyty z kieszeni fartucha.
W tej samej chwili do gabinetu wszedł zastępca Gabrysia Leon Sadowski. Tomasz, masując skronie, nie powstrzymał się i podniesionym głosem rzucił:
Leon, dlaczego sprzątaczki łażą tu gdzie i kiedy chcą? Wyproś ją stąd. Przyszło jej do głowy, że zostanie masażystką! Wynieś ją za drzwi i porozmawiaj z personelem, żeby nie zachodziła tu z podobnymi pomysłami!
Nie czekając na reakcję, chwycił podanie Ludwiki, porwał je na strzępy i rzucił pod jej nogi.
Ludwika, starając się nie zapłakać, uklękła i zaczęła zbierać z podłogi strzępki papieru. Łzy zalewały jej oczy. Leon bezlitośnie chwycił ją za łokieć, wyprowadził korytarzem mijając ciekawskie spojrzenia, a potem wepchnął do małej komórki, gdzie przechowywano sprzęt sprzątający.
Tam, przy starym, stalowym wiadrze z piaskiem, które stało tam pewnie jeszcze od czasów PRL-u, Ludwika osunęła się bezradnie i dała upust płaczu.
W Euforii pracowała od niedawna. Nigdy nie marzyła o myciu podłóg, po prostu tutaj płacili więcej niż gdzie indziej. Sam Tomasz Gabryś uchodził za człowieka z klasą. Mówiło się o nim: pracoholik, człowiek, który sam się zrobił, budował klinikę własnymi rękoma.
I rzeczywiście tak było. Gabryś dorastał w domu dziecka, matki nie znał, ojca też nie. Przez większość życia próbował odnaleźć jakieś ślady swoich rodziców, ale nie udało mu się. Za to osiągnął wiele: najpierw chirurgia, potem medycyna estetyczna. Za ogromne pieniądze jeździły do niego nawet znane aktorki i celebrytki z Warszawy i Krakowa. Co rok podwyższał stawki i nie odmawiał sobie niczego.
Właśnie dlatego Ludwika zebrała się na odwagę gdy dowiedziała się, że szukają masażystki, postanowiła zawalczyć o marzenie.
Chciała zostać masażystką. Studiowała podręczniki, zrobiła prywatnie program szkoły medycznej. Ale brak dyplomu blokował jej pracę w zawodzie. Powoli odkładała na naukę, lecz mąż uciekł z pieniędzmi, zostawiając ją i małą córeczkę w pustym mieszkaniu.
Potem wyszło na jaw, że Marek miał wyrok za drobne kradzieże i był zwyczajnym oszustem, który stworzył sobie fałszywą biografię. Rozwód ciągnął się miesiącami mąż nie pojawiał się na sprawach. Dla córeczki Rozalki Ludwika zniosła wszystko; wtedy zaczął się jej życiowy kryzys.
Trudno było znaleźć pracę matce z dzieckiem. We troje: Ludwika, Rozalka i jej mama, Anna Wiśniewska, cisnęły się w ciasnym mieszkanku na Ursynowie. Bywało skromnie, czasem żyły wyłącznie z mamy emerytury. Anna Wiśniewska była urodzoną optymistką: dawna gimnastyczka, silna i uparta. Wzięła na siebie opiekę nad wnuczką i Ludwika mogła pójść do pracy.
Z czasem Ludwika ukończyła tani kurs masażu. Certyfikat właśnie z tego kursu trzymała, gdy Gabryś podarł jej podanie.
Starła łzy, wstała i wróciła do sprzątania. Czuła na sobie spojrzenia pracowników, dyskretnie szeptających na jej widok. W domu czekała jednak drobna radość: mama powitała ją z wiadomością, że Rozalka wygrała konkurs plastyczny w przedszkolu. Dziecko miało artystyczny talent i Ludwika starała się kupować jej dobre farby i papiery; Rozalka uczęszczała do przygotowawczej klasy w szkole plastycznej, co Ludwika uważała za cud.
Kubeł z wodą wydawał się nieznośnie ciężki. Kiedy ciągnęła go do łazienki, pomógł jej pan Władysław dozorca i jedyny w klinice, kto nie był zarozumiały. Starszy, spojrzeniem obejmował Gabrysia z pobłażaniem, śmieszyło go, jak zapomniał, skąd sam wyszedł.
Pan Władysław nigdy nie sprawiał jej przykrości. Podsuwał jej czasem swoje domowe bułeczki z makiem, pocieszał, dodawał otuchy. Dzięki jego życzliwości Ludwika zdobyła się na odwagę, by podejść z podaniem do właściciela kliniki.
Gdy znów zobaczyła pana Władysława, nie wytrzymała, znowu zapłakała.
Głowa do góry, dziecko pogładził ją po ramieniu. Zmieni się wszystko, zobaczysz.
Po co ja się w ogóle pchałam… zaszlochała Ludwika. Tylko sobie narobiłam problemów.
Gabryś dziś wściekły, nie do ludzi. Spróbuj kiedy indziej, zasugerował ostrożnie.
Powiedziano mi, żebym się więcej nie zbliżała odpowiedziała smutno. Sama nie wiem, po co się łudziłam. Wyobraziłam sobie, że uda mi się też coś osiągnąć od zera. Myślałam, że Gabryś… a on zwykły nadęty bufon.
Pan Władysław tylko rozłożył ręce. Ludwika posprzątała sprzęt, a idąc do domu myślała, że znów pieniędzy nie wystarczy do pierwszego. Rozalka marzyła o drogiej zabawce, ale skąd ją wziąć nie miała pojęcia.
W domu atmosfera była inna niż zwykle. Anna Wiśniewska siedziała w kącie i starannie ukrywała łzy. Ludwikę aż ścisnęło w sercu jej matka była silną kobietą, wiele przeszła, jeśli płakała, to musiało dziać się coś bardzo złego.
Mamo, co się dzieje? zapytała z niepokojem.
Nic takiego, wszystko dobrze próbowała się wymigać Anna.
Mamo, powiedz prawdę, nalegała Ludwika.
Matka rozpłakała się cicho.
Byłam u lekarza. Na badaniach dla pracowników naszego dziecięcego teatru. Zrobili USG… wyszło, że potrzebna operacja. Inaczej, mam najwyżej rok. Kolejka ogromna. Prywatnie nie damy rady, potrzeba badanń w Warszawie, a to podróż, badania, konsultacje… Widać, przyszła na mnie pora.
Mamo, nie mów tak! Wymyślimy coś, Ludwika poderwała się z miejsca.
Z twoją pensją i moją emeryturą? skrzywiła się Anna. Oczywiście, kochana. Ale z pustego i Salomon nie naleje.
Całą noc Ludwika myślała o rozwiązaniu. Nad ranem podjęła decyzję: musi jeszcze raz spróbować dotrzeć do Gabrysia, choćby ryzykując wszystko.
Następnego dnia nie wpuszczono jej nawet do kliniki. Oświadczono, że została zwolniona w ramach redukcji etatów. Wypłacili jej należne trzy pensje po najniższej krajowej i kazali zabierać rzeczy.
Pan Władysław na odchodne poprosił, by zapisała jego numer telefonu. Wbijała cyfry mechanicznie, myśląc: co teraz? Starczy na miesiąc, a potem?
Ludwika nie była przyzwyczajona do poddawania się. O zwolnieniu powiedziała matce, jakby wszystko miała pod kontrolą. Od razu zaczęła szukać pracy bez kwalifikacji nigdzie nie płacili dobrze. Aż trafiła na ogłoszenie: pilnie potrzebna opiekunka starszej osoby. Nie wymagano wykształcenia medycznego, ale trzeba było gotować, sprzątać i pomagać.
Przynajmniej nie wstyd mi bardziej niż w roli sprzątaczki, pomyślała. Zostawiła CV. Oddzwonili po godzinie. Okazało się, że szuka się opiekunki za pośrednictwem agencji, pracę oferowała zamożna, samotna kobieta.
Poproszono Ludwikę, by stawiła się z książeczką zdrowia i zaświadczeniem o pracy. Szybko siedziała już naprzeciw Tamary Kaczmarek, szefowej kadr agencji.
Powiem od razu, żeby nie było złudzeń powiedziała chłodno Tamara. Klientka jest trudna. Pani będzie już dziesiątą opiekunką. Nikt nie wytrzymał.
Ludwika napięła się, ale nie odezwała słowem.
Z nazwiskiem pewnie się pani zetknęła. Emma Morawiec, to oczywiście pseudonim. Zmieniała nazwiska, prawdziwego nie ujawnia. Była gwiazda opery, kapryśna, ale bajecznie bogata. Podobno hojni wielbiciele zostawili jej fortunę.
Szczerze, nie obchodzi mnie to powiedziała cicho Ludwika. Nie mam w czym wybrzydzać.
Jeśli ma pani dziecko, to ostrzegam: Morawiec nie znosi maluchów. Zwierząt też. Po domu porusza się na chodziku, z opiekunką chce wózka. Okres próbny trzy miesiące. Wytrwa pani, dostanie roczny kontrakt i podwójną stawkę.
Ludwika skinęła głową. Nawet obecna propozycja przewyższała jej dotychczasowe dochody dwukrotnie. Szansa ratunku dla matki nie mogła jej zaprzepaścić.
Miała zacząć rano, o siódmej.
Wieczorem szukała informacji o Morawiec. Znalazła kilka starych zdjęć scenicznych: mocno zbudowana kobieta o kruczoczarnych włosach i orlim spojrzeniu. Lecz rzeczywistość ją zaskoczyła.
Drzwi otworzył ochroniarz. Okazało się, że Morawiec zajmuje cały piękny pałacyk w centrum Warszawy. Ludwika znalazła się nagle w świecie antyków i zabytkowych luster.
Co tak stoisz? Przyszłaś coś ukraść? rozległ się zachrypnięty głos.
Na środek holu wjechał designerski, elektryczny wózek inwalidzki. Siedziała na nim drobniutka, całkiem siwa kobieta bardziej przypominała pisklę niż utrwaloną w jej wyobrażeniach diwę.
Dzień dobry, pani Emmo bąknęła Ludwika.
Głośniej, nie bądź myszką skarciła Morawiec. Ręce na wierzchu, nie chowaj po kieszeniach! I nie zapomnij ochraniaczy na buty. Mam podłogę z dębowego drewna. Tam są ochraniacze w wiaderku.
Ludwika pośpiesznie naciągnęła flizelinowe ochraniacze, bardziej przypominające czepki niż klasyczne niebieskie folie, i poszła za gospodynią.
Uczesz mi włosy. Delikatnie warknęła Morawiec. Nie, nie tę szczotkę… O, jakaś bezradna jesteś. Zdejmij siatkę. Teraz rozczesz perukę.
Przepraszam, nie do końca się zrozumiałyśmy zmieszała się Ludwika.
Doprawdy, kto was produkuje, te nieudaczne opiekunki? Idź zrobić mi herbatę. Ciepłą, ani za gorącą, ani za zimną. Już!
Ludwika ruszyła do kuchni.
Nie tup tak! wrzasnęła za nią Morawiec. Od tych twoich kroków aż dom się trzęsie!
Herbatę pani Emma długo oglądała pod światło, jakby szukała w niej trucizny. Nagle skrzywiła się i chlusnęła napojem w Ludwikę.
Samą siebie popchnęłaś pod łokieć. To przez ciebie się wylało.
Ludwika zacisnęła usta.
Czy mogę się umyć?
Łazienka dla służby na parterze, pod drzwiami rzuciła Morawiec i dodała z przekąsem: Nawet nie odpowiesz?
Po co? spokojnie rzuciła Ludwika. Ciekawe, jakie jeszcze niespodzianki wymyślisz.
No, idź. Ręczniki są na półce. Zmień piżamę w pokoju gościnnym. Swoje ubranie wrzuć do pralki.
Ludwika wykonała polecenia i wróciła. Przez resztę dnia pani Emma bawiła się, testując nową opiekunkę: kpiny, złośliwości, pułapki. Szybko doszła do wniosku, że to próba charakteru. Zamilkła i robiła, co kazano, pewna, że wyobraźni gospodyni kiedyś braknie.
Rzeczywiście, wieczorem Morawiec zrobiła się cichsza. Przed snem Ludwika zrobiła jej delikatny masaż. Kiedy pani Emma zasnęła, przestawiła perukę na podstawkę i pożegnała się z osłupiałym ochroniarzem.
Rano zmienił ją do pracy inny opiekun, rzucając z uśmiechem:
Co ty wczoraj zrobiłaś naszej pani? Spała całą noc jak aniołek!
Nic specjalnego Ludwika wzruszyła ramionami. Może po prostu była zmęczona.
Tego ranka Morawiec oznajmiła, że Ludwika ubiera się bez gustu i jej nigdy nie uda się znaleźć mężczyzny, jeśli nie zacznie się malować. Ludwika posłusznie szykowała toaletę poranną. Z peruką szło jej już lepiej.
Potem pani Emma zamówiła wizytę manicurzystki, kazała założyć sobie kimono i przetransportować do saloniku, zwanego buduar.
Szybko stało się jasne, że cała inscenizacja jest zrobiona dla gościa.
Po południowej kawie i manicurze w domu pojawił się dostojny, siwy pan, o tanecznej sylwetce. Morawiec przedstawiła go jako starego druha Oskara i rozkazała podać najlepszą kawę.
Ludwika zaparzyła napój na nowoczesnym ekspresie, drżąc z obawy przed gafą, ale wszystko się udało. W obecności gościa pani Emma była przyzwoita.
Później nagle zapytała:
Co mi wczoraj zrobiłaś przed snem?
Masaż odpowiedziała cicho Ludwika.
Jesteś specjalistką?
Nie. Uczyłam się sama.
No dobrze. Powtarzaj raz jeszcze, pozwoliła łaskawie Morawiec.
I tym razem dzień zakończył się masażem. Pani Emma zasnęła szybko, a Ludwika poszła do domu.
Trzy miesiące prób minęły niepostrzeżenie. Ludwika miała tylko jeden dzień wolny w tygodniu i prawie nie widywała córki, ale pozwoliła mamie przejść na emeryturę Anna Wiśniewska nie dawała rady dźwigać kostiumów w teatrze.
Z czasem stosunki z Morawiec się poprawiły. Wyglądało na to, że Emma bada wytrzymałość nowej opiekunki. Aż pewnego dnia zapytała:
I jak twoi bliscy radzą sobie z takim trybem pracy?
Mam tylko mamę i córkę odpowiedziała Ludwika. Nie mam wyjścia.
Ile lat ma dziecko? Co lubi?
Prawie sześć. Pięknie rysuje odparła wymijająco, pamiętając przestrogę Tamary.
Przyprowadź ją. Chcę poznać, rozkazała Morawiec majestatycznie.
Tak Rozalka zaczęła odwiedzać mamę w pracy. Siedziała zacisznie z kredkami i pastelami. Pewnego razy narysowała portret Morawiec tak wiernie, że Emma zażądała oprawienia go w ramkę i powieszenia na ścianie.
Stawały się sobie bliskie. Ludwika przestała lękać się straty posady.
Morawiec cierpiała na zaawansowaną chorobę stawów, z czasem masaże Ludwiki dawały jej choć chwilową ulgę. Zdarzało się, że prosiła Ludwikę i Rozalkę, by nocowały w domu. Spały wtedy w ciepłym gościnnym pokoju.
Zasypiając przy spokojnym oddechu córki, Ludwika wyobraziła sobie na moment, że mieszka tu na stałe. Polubiła ten dom, jego zapach drewna, cichy szum zegara z czasów międzywojnia.
Następnego dnia stan gospodyni się poprawił. Rozalka i Morawiec jadły śniadanie w jadalni; Ludwika czyściła gabinet, bo Emma uznała, że sprzątaczki nie można wpuścić do jego wnętrza.
Porządkując bibeloty, znalazła stary, sepiowy album. Po skończonej pracy zapytała:
Pani Emmo, wolno mi zobaczyć?
Ach, wszystko się zmienia… zamyśliła się Morawiec. Daj, zobaczmy, dawno do niego nie zaglądałam.
Usiadły razem przy okrągłym stole. Najpierw były fotografie z dzieciństwa Emmy, potem Rozalka nagle zakrzyknęła radośnie:
Mamo! To babcia! Mamy takie samo zdjęcie!
Ludwika wpatrzyła się w album rzeczywiście, na stronie była młodziutka Anna Wiśniewska.
Skąd to zdjęcie? wykrztusiła.
Morawiec spojrzała przenikliwie.
Ty jesteś córką Ani? No popatrz, a ja wciąż się zastanawiałam, do kogo jesteś taka podobna.
Skąd pani zna moją mamę? dopytywała Ludwika.
My z Anką byłyśmy jak siostry parsknęła Emma. Ona wymykała się z treningów, ja z zajęć w Akademii Muzycznej. Chodziłyśmy na tańce, mieszkałyśmy na jednym podwórku. Nawet ćwiczyłam gimnastykę przez nią, ale talent miała większy. Potem się rozstałyśmy, bo zakochała się w trenerze Igorze, a ja jej go odbiłam. Został ze mną, ożenił się, trzy miesiące później rozwód, ale nazwisko po nim zostawiłam Morawiec.
Od tej chwili Ludwika nie mogła przestać myśleć, jak połączyć matkę i jej dawną przyjaciółkę. Okazja trafiła się szybko.
Morawiec znowu wymogła nocleg. Rozalka miała rano wycieczkę z przedszkolem, więc Ludwika poprosiła mamę o jej odebranie.
Anna Wiśniewska przyszła ubrana skromnie stary płaszcz, czuła się nieswojo, kiedy ochrona wpuściła ją do pałacu. Gospodyni już szykowała się do snu, ale po dźwiękach na korytarzu wjechała do holu, gdzie Ludwika pakowała zestawy do rysowania.
Kto przyszedł? Nikogo dzisiaj nie spodziewałam się! rzuciła Morawiec.
Dzień dobry, Emmo odparła chłodno Anna. Szczerze mówiąc, nie cieszę się z tego spotkania.
Wzajemnie! Widzę, życie cię nie oszczędziło.
Ani ciebie, Emmo. Przynajmniej mam córkę, wnuczkę. A u ciebie tylko wynajęta służba.
Przynajmniej próbowałam kochać, nie wszystko straciłam prychnęła Emma.
Anna niespodziewanie się uśmiechnęła.
Och, Emciu, ciągle niewiele rozumiesz. Zawsze kibicowałam twoim sukcesom, chwaliłam się tobą. Pięć lat temu zadzwoniłam, gdy chciał cię oszukać tamten aktorzyna z naszego teatru dla dzieci.
Morawiec pobladła.
Ty… to był twój telefon? szepnęła.
Owszem. Chciałam cię ostrzec. Byłam wdzięczna losowi za nasze dzieciństwo, ale na takie podłości nie mogłam patrzeć.
Morawiec zamilkła.
Ocaliłaś mnie. Ten typek już prawie przekonał mnie do przepisania mieszkania… po twoim telefonie zatrudniłam detektywa.
Widzisz skinęła Anna. Nam czas i tak ucieka… Rozalka ziewa, musimy iść.
Ani, zaczekaj. Jak teraz żyjesz?
W bloku na Bemowie, własna kawalerka. Nie pałac, ale nam wystarcza.
Koniec z tym! zdecydowała Morawiec. Zamieszkajcie tutaj. Ten dom ma za dużo pokoi. Dla Rozalki urządzę prawdziwy pokój dziecięcy. Nie dyskutuj. Ile jeszcze nam czasu zostało? Ja swoje już wiem.
Anna zbladła.
Osiem miesięcy, według lekarzy.
Choroba nowotworowa?
Nie. Serce. Ale i tak nie mamy na operację Anna machnęła ręką. Nie uzbieram potrzebnej kwoty.
Zrobimy z tym porządek. Nie dyskutuj. Mam wobec ciebie dług do spłacenia. Zresztą nigdy nie powinnam odbić ci Igora.
Mogłabyś jeszcze wspomnieć Wojtka z liceum zaśmiała się Anna. Dzisiaj jedziemy do domu, ale jutro pogadamy.
Mój kierowca odwiezie was na Bemowo, a rano zabierze rzeczy z Ludwiką.
Tamtego wieczoru Morawiec nie mogła spać. Dopytywała Ludwikę o chorobę matki, wspominała młodość, żałowała, jak wiele zmarnowała. Dobroć Anny rozczuliła serce jej dawnej rywalki.
Po tygodniu pałac trudno było poznać. Wnoszono próbki tapet, meble, materiały. Emma urządzała wszystko z rozmachem.
Wieczorami rozsiadała się z Anną Wiśniewską przy wielkim stole, piły herbatę, wspominały dawne lata. Gdy przeprowadzka i remont dobiegły końca, Morawiec postawiła sprawę jasno:
Aniu, pokazałam twoje papiery specjaliście. Zabieg odbędzie się za dwa tygodnie. Lekarz jest młody, utalentowany, przystojny. Tylko nie flirtuj zanadto.
Dostałaś dofinansowanie? Anna nie dowierzała. Ale…
Żadne dofinansowanie. Opłaciłam wszystko. Za późno się wycofać. Musisz wyzdrowieć. Rozalka potrzebuje sprawnej babci. Ja to już wrak.
Emmo, nie warto było tyle wydawać…
Na co mi pieniądze? I tak nie zabiorę ich ze sobą machnęła ręką Emma. Ty idziesz do szpitala, Ludwika opiekuje się tobą, a ja zajmuję się Rozalką.
Dwa tygodnie później Anna Wiśniewska leżała w jednoosobowej sali najlepszej kliniki w Warszawie. Chirurgiem był dr Walenty Smoleński młody, obiecujący kardiochirurg, syn uznanego profesora, lecz wybrał własną drogę. Był prostym, życzliwym człowiekiem. Widząc troskę Ludwiki pytał:
Rzadko widuję taką bliskość w rodzinach. Pani mama to szczęściara. Pewnie pani mąż także byłby.
Mam tylko córkę, ale najwspanialszą na świecie Ludwika się zarumieniła.
Wierzę na słowo uśmiechnął się Walenty. U mnie nie wyszło. Ożeniłem się młodo, nie słuchając rodziców, żona liczyła na syna profesorskiego z apartamentem i złotą kartą, a ja dostałem posadę w małym mieście i skromną kawalerkę. To zabiło miłość.
Może pozna pan jeszcze właściwą osobę powiedziała delikatnie Ludwika.
A może już poznałem odparł cicho Walenty, spoglądając w okno.
Ludwika sama przyłapała się na myśli, że patrzy na doktora innym wzrokiem. Nie przypominał Marka nie był krzykliwie przystojny, za to miał w sobie siłę i uczciwość.
Anna szybko dochodziła do siebie. Morawiec starała się radzić sobie bez pomocy. Rozalka mówiła już do niej babciu i czuła się pewnie w jej towarzystwie.
Emma ukrywała zmęczenie, lecz Ludwika dostrzegała, jak bardzo cierpi, masując napięte mięśnie. Nawet na wózku najprostsze czynności stawały się udręką.
Pewnego wieczoru Morawiec powiedziała:
Czas, żebyś przestała być moją opiekunką.
Chce pani nową osobę? przeraziła się Ludwika.
Dziecko, po co mi opiekunka, kiedy dom tętni życiem? Chcę, żebyś nauczyła się porządnego masażu terapeutycznego. Na najlepszych kursach, z dyplomem. Dasz radę?
Dam! Ludwika aż podskoczyła z radości. Ale to bardzo kosztowne…
Uznaj mnie za swoją wróżkę chrzestną. Zainwestuję w twoją naukę masażu i wszystkie możliwe kursy. Ktoś musi mnie odratować, kiedy dopadnie starość.
Ludwika się zgodziła. Morawiec utrzymywała jej rodzinę, ale Ludwika nie zamierzała korzystać dłużej z jej hojności bez wysiłku.
Kurs prowadził Szymon Aleksandrowicz mistrz sztuki masażu, doświadczony, serdeczny. Dostrzegł u Ludwiki prawdziwy talent. Przy rozdaniu dyplomów spytał niespodziewanie:
Zna pani salon SPA Wanilia?
Oczywiście, każdy chce tu pracować! Najlepszy w mieście, choć nowy.
Należę do właścicieli uśmiechnął się Szymon. Otworzyłem własny interes. Może przyjdziesz do mnie? Potrzebuję kogoś, kto delikatnością i siłą ogarnie rehabilitację powypadkową i po operacjach. Mam do ciebie zaufanie.
Ludwika kiwnęła głową, ze szczęścia wzruszyły ją łzy.
Uczyła się jeszcze pilniej. Część kursów Szymon opłacał z własnej kieszeni jako stypendium dla najlepszej uczennicy. Wkrótce Ludwika pracowała w Wanilii, rano zmiany w salonie, po południu czas dla mamy i Morawiec, Rozalkę zawoziła do szkoły plastycznej.
Po pół roku klienci zapisywali się do niej, nie tylko do szefa.
W tym czasie coraz bliższe stawały się jej relacje z dr. Walentym. Zaczęło się od przyjaźni, przeszło w coś głębszego. Walenty przeprowadził się do Warszawy, pragnął domu, miłości, innej codzienności. W weekendy chodzili we troje do zoo, na koncerty dziecięce, do parku.
Anna Wiśniewska wróciła do życia. Morawiec coraz częściej zostawała w łóżku, masaże dawały jej ulgę tylko na chwilę.
Walenty kierował do Ludwiki swoich pacjentów na rehabilitację wielu po operacjach wymagało czułej opieki i odbudowy sił. Z Ludwiką dzielił się medyczną wiedzą, ona coraz śmielej pytała.
Często odwiedzał dom Morawiec, który Ludwika i Rozalka uważały już za swój. Emma żartem udzieliła mu błogosławieństwa:
Nawet nie myśl, żeby skrzywdzić moje dziewczyny!



