Droga przyjemność

Drogi dzienniku,

– Znowu, Kinga? Ile jeszcze razy? Pracuję tylko na tego twojego kota!

Mój kot, którego właśnie próbowałam wsadzić do transportera, zdołał się wyrwać z moich rąk, klapnął na podłogę i uciekł w kąt przedpokoju, zawodząc tak, że aż mnie ścisnęło za serce. Po jego minie widać było, że zamierza bardzo drogo sprzedać swoje, zdaniem Marka, marne życie.

Już od dawna. Bo Bazyl, jak mówiłam do niego pieszczotliwie, mieszkał ze mną prawie dekadę. Ile miał lat dokładnie, nie wiedzieliśmy przygarnęłam go z ulicy, gnębionego przez podwórkowe psy, dorosłego, choć wciąż młodego. Dowiedziałyśmy się z mamą tylko, że jest okazem siły, kiedy trafił do weterynarza.

Moja mama, Grażyna Kamińska, przybyła ze mną w popłochu, tuląc kota owiniętego w stare dziecięce kocyki.

– Ratunku! Pomóżcie mu!

– A gdzie go pani znalazła? dziewczyna z recepcji zmarszczyła nos. Przecież to dachowiec!

– Co za różnica, jaki? To mój kot! Widać, że cierpi, więc lepiej, żebyście się spieszyli. Płacę chyba tą samą złotówką, co właściciele rasowych!

Mama była rozdrażniona. I słusznie kobieta, która całe życie radziła sobie samotnie, wychowując mnie i doglądając dziadków, na pensji przedszkolanki. Czasem nasza siła dziwiła sąsiadki i rodziców dzieci z przedszkola. Zawsze umiała postawić na swoim, ale i współczuć tym, którzy szukali wsparcia.

Często potrafiła rozmowę przemienić w spowiedź ludzie, którzy przyszli z kłótnią, wychodzili wdzięczni i spokojni. Nie stawiała się bliskim, ale z obcymi była mistrzynią. I tej wrodzonej empatii trochę jej zabrakło w domu ojciec zostawił ją po tygodniu małżeństwa, babcia śmiała się z tego przez lata.

Gdy dowiedziała się, że będzie miała dziecko, zaczęła sobie cenić, że jest kobietą, nawet jeśli z mężem nie wyszło. Nowiny o ciąży wyczekiwała jak świąt. Cóż, u nas święta zawsze były skromne

A kiedy postanowiła mnie urodzić, między nią a babcią wybuchło napięcie.

– I po co ci to, Grażyna? Dziecko to ciężar! Ledwo cię na jedzenie stać! marudziła babcia.

– A nie tak zawsze żyłyśmy, mamo? odpowiadała mama i coś w niej się buntowało.

Ostateczną decyzję podjęła z pomocą drugiej babci, Zofii, która przyjechała z kasetką pełną złotówek.

– Dasz radę, Grażynko! Sprzedaliśmy dom, pieniędzy starczy! Masz tu na własne mieszkanie. Reszta zależy od ciebie!

To był przełom.

Z babcią Zofią kupiły mieszkanie na warszawskiej Pradze stare, duże, wymagające remontu, ale ich. Remontowali je Ukraińcy z pobliskiego osiedla babcia całą brygadą dyrygowała, aby wszystko było jak należy. Gdy pierwszy raz weszłyśmy z mamą do pokoju, gdzie stało moje łóżeczko, popłakałyśmy się obie.

Moje dzieciństwo było szczęśliwe, choć z rzadka odwiedzała nas druga babcia, Halina. Zawsze narzekała, że ją odtrącamy, ale tak naprawdę nie mogła się pogodzić, że mama potrafiła wybrać własną drogę i zadbać o mnie lepiej, niż ona zadbała o mamę.

W naszym domu czuło się ciepło i zrozumienie, choć sporadycznie zdarzały się kłótnie przenoszone przez pokolenia. Moja mama śmiała się, że babcię Zofię przekrzyczeć się nie da, a dziadka nikt nie ruszy dumał swoją filozofię całe życie i nawet przeprowadzka z siekierkowskiej chałupy do bloku go nie złamała.

Wszystko zmieniła choroba babci Zofii. Byłam wtedy nastolatką. Pamiętam, jak mama chciała przewieźć ją do kliniki w Krakowie, ale babcia nie chciała o tym słyszeć. Chodziło jej o nas, nie o siebie. Trzymałyśmy się razem jeszcze mocniej.

A wtedy w moim życiu pojawił się Bazyl głodny, przemarznięty, poraniony tułacz przez stare podwórko, który na zawsze odmienił naszą codzienność.

Tamtego dnia po szkole zobaczyłam, jak psy dopadają kota. Nie zważając na własny strach, przepędziłam je kijem i wróciłam do domu z umierającym stworzeniem w ramionach.

Mama nie płakała, tylko w milczeniu opatuliła kota w szal i zaprowadziła do pobliskiego weterynarza. Tam dowiedziałyśmy się, co nas finansowo czeka a to była kwota, za którą można by opłacić pół roku czynszu! Zacisnęłyśmy zęby. Nie mogłabym wybaczyć sobie, gdybym go zostawiła.

Po powrocie do domu mama przeliczyła budżet do ostatniej złotówki. Wiadomo było, że do końca miesiąca nie wystarczy. Leczenie kota, lekarstwa dla babci, nadchodzące urodziny moje wszystko kosztowało. Mama przez całe życie kupowała mi prezenty rzadko, by nie pamiętać swoich urodzin z goryczą. Dla mnie było to więc ważne.

Tej właśnie nocy poszłam do kuchni, objęłam ją od tyłu i szepnęłam:

– Nie chcę prezentu. Mogę zatrzymać tego kota? On będzie moim prezentem…

Spojrzałyśmy na siebie i już wiedziałyśmy, że decyzja zapadła.

Zadziwiające, jak ten ortalionowy włóczęga zadomowił się u nas. Stał się domownikiem, przyjacielem babci, kompanem do lekcji. Kiedy siedziałam przy łóżku babci, wycierałam łzy Bazyl trwał przy mnie. Po babci odszedł też dziadek, cicho, bez rozgłosu. Kot mocniej wtedy do mnie przylgnął.

Mama, widząc ile zyskujemy wszyscy dzięki Bazyliowi, podjęła wreszcie decyzję zrezygnowała z pracy w przedszkolu. Zaryzykowała i poszła na swoje, opiekowała się dziećmi w zaufanych rodzinach, polecana z ust do ust. W końcu sami zaczęliśmy żyć lepiej, mieć swoje odłożone pieniądze i pewność, że damy sobie radę.

Czas mijał. Dorosłam. Bazyl był ze mną, kiedy kończyłam szkołę i zdawałam na studia w Warszawie. Był, kiedy pojawił się w moim życiu Marek.

Przez jakiś czas mieszkaliśmy razem. Bazyl nie tolerował faceta pod moim dachem Marek udawał, że go nie zauważa, ale wciąż go przeganiał, a ja udawałam, że tego nie widzę. Wzięliśmy ślub, byliśmy zgraną parą, ale poczucie niespełnienia rosło. Marek narzekał na mój barszcz, porównywał mnie do swojej mamy. Słuchałam zdań, które chyba w każdej rodzinie się powtarzają:

– Co z ciebie za żona, Kinga? Przecież nawet obiadu porządnie zrobić nie umiesz!

Największe awantury zaczęły się jednak o kota. Gdy raz zaniosłam Bazylego do lecznicy, żeby dostać leki na jego chore już nerki i zobaczył rachunek, wpadł w szał.

– Ile?! Oszalałaś?! Ja tyle na własne zdrowie nie wydaję! Moja matka by za to jeździła do sanatorium przez dwa lata, a ty na kota!

Usłyszałam, że zrujnuję nas i że muszę się pozbyć futrzastego hultaja. Przemilczałam. Właśnie rano dowiedziałam się, że będę mamą. Chciałam mu powiedzieć, ale uznałam, że to nie czas.

A rano Bazyl znowu nie dał rady dojść do kuwety. Musiałam jechać do lekarza. Marek właśnie wrócił z biegania, zły, rzucił butem o ścianę:

– Wystarczy! Albo ja, albo ten kot! Mam dosyć! Wypieprz to za drzwi!

Nie odezwałam się. Wyjęłam z jego kieszeni klucze, otworzyłam mu drzwi. W końcu to był mój dom.

– Jestem w ciąży. Nie mogę się denerwować. Kot to rozumie, ty nie. Wychodź. Pogadamy, gdy się uspokoisz, ale razem już nie będziemy. Jeśli łatwo się pozbywasz kogoś, kto był z nami, kiedy Ciebie nawet nie było, to co zrobiłbyś, gdy to ja ci przeszkodzę?

Marek wyszedł bez słowa. Nie usłyszał o dziecku ważniejsze były emocje, które wywołał kot.

Zebrałam Bazylego do transportera.

– Gotowy? Zmieniamy coś w życiu. Zaczynamy od twojego zdrowia.

Bazyl wyzdrowiał na ile mógł w swoim wieku. Teraz wiem, że przede mną jeszcze niejeden pobyt u weterynarza. I już wiem, że gdy na świecie pojawi się moja córeczka, Basia, to nie znajdzie lepszej niani niż stary kot.

Mama śmiała się, że powinnam się skonsultować z ojcem dziecka. Chociaż nie będziemy żyć razem, to ten cud zostanie z nami na zawsze i musimy postarać się, by mała miała wspólne wspomnienia. I miała rację.

Kiedy w końcu Marek dojrzał, zaskoczył mnie i powiedział:

– Dzięki, że postawiłaś dobro dziecka wyżej niż własne racje. Będę pomagał, jak obiecałem.

I tak Basia mieszka trochę u mnie, trochę u ojca. Ma dwie przytulanki-króliki i dwie kołderki u mamy i u taty. Babcia Grażyna nie przestaje jej rozpieszczać, a do babci Hani też jeździ, bo miłość rozkłada się równo. Basia wyrasta w przekonaniu, że ludzie, którzy ją kochają, powinni być dla siebie przynajmniej uprzejmi. Może dzięki niej wyrośnie nowe pokolenie, mniej zazdrosne i bardziej serdeczne?

Stary kot wiedział o tym wszystkim najlepiej, choć nigdy nikomu nie zdradził swojej mądrości nie w słowach, lecz przez obecność.

Bo kiedy w domu jest ciepła kocia mama, to i kocięta dorastają w cieple. A mała Basia właśnie tak się wychowuje.

I wierzę, że przyjdzie taki dzień, gdy sama pochylę się nad łóżeczkiem swojego wnuka, pogłaskam go po policzku i powiem, jak zrobiła moja mama, a jej babcia wcześniej:

– Witaj na świecie, kochanie. Tak długo na ciebie czekałamBazyl czasem przysiadał na parapecie i spoglądał przez okno na Pragę, gdzie niegdyś błąkał się po śmietnikach, a dziś pachniało z kuchni obiadem, a w pokoju śmiechem dziecka. Basia, brodząc w stercie kociej sierści, wołała do niego:

Bazylek, kocham cię najbardziej!

A ja, z kubkiem kawy w dłoni i wspomnieniem mamy pod powiekami, uczyłam się, że szczęście zawsze da się odnaleźć czasem w odważnej decyzji, czasem w futrzastym przyjacielu, a czasem w cichym uścisku dziecka.

Kiedyś, być może za wiele lat, Basia przygarnie swojego kota i wtedy opowiem jej nie tylko o Bazylii, babciach i dziadkach, ale przede wszystkim o tym, że dom jest tam, gdzie potrafimy dać komuś szansę i odrobinę serca.

A póki co, nasz stary kot wygrzewa się w popołudniowym słońcu, Basia zasypia z łapką na swoim policzku, a życie płynie dalej zwykłe, kruche, a jednak magiczne, bo utkane ze wspólnej miłości.

I wiem już na pewno: nawet jeśli baśń się kończy, dobro zawsze zostaje w domu mrucząc po cichu i ogrzewając serca.

Oceń artykuł
TwojaCena
Droga przyjemność