Wychowałam dwójkę dzieci, ale zostałam sama w wieku 60 lat. Mam duże gospodarstwo, przyzwoity ogród, gdzie wszystko rośnie, a oprócz tego mam kozy, krowy, kury – wszystko własne, domowe. Tylko nie mam już siły, by za tym wszystkim nadążać, stałam się stara, nogi mnie bolą. To zrozumiałe, całe swoje życie pracowałam bez wytchnienia, aby moim dzieciom nie brakowało niczego. Wyszłam za mąż będąc bardzo młodą dziewczyną, która naiwnie uwierzyła lokalnemu kobieciarzowi.
Po kilku latach porzucił mnie dla bogatej kochanki w mieście, zostawiając mnie i dwoje dzieci.
Bóg dał mu piękną twarz, ale zapomniał o sumieniu. Nie płacił alimentów, nie odwiedzał mnie, po prostu zapomniał! Musiałam sama sobie poradzić ze wszystkim. Jedynym żyjącym rodzicem, który mi pozostał, był ojciec. Był wciąż młody, ale schorowany więc nie mogłam liczyć na jego pomoc. Pracowałam na sąsiedniej farmie, rozwijałam własne gospodarstwo, udało mi się sfinansować edukację dzieci w mieście. Niestety, wydaje mi się, że poszły w ślady ojca, bo jak tylko dotarły do miasta, zapomniały o swojej matce i wsi.
Dzwonią co najwyżej kilka razy w roku. Jestem samotna, to trudne, ale duma nie pozwalała mi wyrazić wszystkich swoich uczuć. Znalazłam inne rozwiązanie, przyjęłam do siebie sierotę – Julię. Ma osiemnaście lat, została sama, gdy jej rodzice rok temu zginęli w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Jest piękną i pracowitą dziewczyną. Daję jej połowę mojej emerytury, a ona dba o gospodarstwo. Kiedy dzieci się dowiedziały, zadzwoniły do mnie, wypytując czy nie potrzebuje pomocy i zapowiadając przyszłe wizyty. Niestety dowiedziałam się, że prawda jest taka, że boją się, o utratę spadku i mają rację, bo zdecydowałam, że cały swój majątek zostawię Julii.




