Michał, to ty ogarnąłeś podwórko? Elżbieta dotknęła syna lekko w ramię.
Chłopak aż podskoczył i ściągnął słuchawki. Potwory nadal okładały się na ekranie komputera, ale Michał już na nie nie patrzył.
Co jest, mamo?
Pytam, kiedy wróciłeś ze szkoły?
Dopiero co.
A kto posprzątał podwórko?
Skąd mam wiedzieć? Może Paulinka?
Elżbieta się uśmiechnęła. Jej trzyletnia córka była wprawdzie bardzo rezolutna, ale do takich wyczynów jeszcze jej daleko.
No jasne, bardzo śmieszne!
To pewnie skrzat domowy!
Tak, właśnie! Gaduło z ciebie! Lepiej idź do babci i zabierz Paulę do domu. Została tam, a ja w tym czasie przygotuję kolację. Jesteś głodny?
Jasne, że tak! Z chłopakami zjedliśmy bułki w stołówce, ale to po drugiej lekcji było. Mamo, a kiedy wreszcie będziemy mieli pierwszą zmianę?
Nie wiem, synku. Na razie nic nie mówią. Szkoła jest przepełniona.
No dobra. Przynajmniej można się wyspać rano. Michał jak zwykle starał się znaleźć dobre strony.
Elżbieta pocałowała syna w czubek głowy, pogłaskała go po uchu, kiedy próbował uciec przed jej czułością, po czym poszła do kuchni.
Nastolatki
Trzynaście lat. Myśli, że już dorosły, a jak ona go przytuli, od razu sztywnieje, choć włosy ma ciemne i twarde, takie same jak jego nieżyjącego już ojca, Szymona.
Dzieci Elżbiety bardzo się od siebie różniły. Michał ciemnowłosy, z niebieskimi oczami, wysoki cała kopia Szymona, i z wyglądu, i z charakteru. Uparty, odpowiedzialny, serdeczny Może podwórka nie ogarnął, ale naczynia umył. A i podłogi w kuchni jeszcze nie wyschły po jego sprzątaniu. Takiego pomocnika ze świecą szukać. Chyba że Paula dorośnie.
Paulinka była cudem Elżbiety. Ponad dziewięć lat czekania, garstka nadziei… Po pierwszym porodzie miała ogromne problemy, omal nie została bez szansy na kolejne dziecko. A jednak urodziła się z Szymonem córeczka, złotowłosa, kręcona, z błękitnymi oczami jak Michał. Cała Elżbieta wrażliwa, przytula się do mamy albo brata i stoi.
Paulinka, co tam?
I nagle cały pokój robi się jaśniejszy od jej dziecięcego uśmiechu. Elżbieta dobrze wiedziała, że nikt tak pięknie się nie uśmiecha jak jej córka. To był uśmiech po tacie… Szymonie. Ale jego już nie ma…
Elżbieta nieraz chciałaby wyć z bólu, ale przecież trzeba trzymać się dla dzieci.
Jej mąż był strażakiem. Gasił pożary, ratował ludzi. Także tych, którzy utknęli kiedyś na działkach uratował całą rodzinę: ojca, matkę i trójkę maluchów. Wrócił się jeszcze po babcię, która nie chciała wyjść, ratując zwierzęta. Potem było już za późno. Ogień odciął drogę ucieczki.
O tym, że Szymona już nie ma, Elżbieta dowiedziała się pierwsza. Serce jej zadrżało, zabolało złowrogo i wtedy oderwała od siebie płaczącą Paulę, wołając do teściowej, która wpadła pomóc z niemowlęciem:
Mamusiu, weź ją na chwilę! Muszę zadzwonić!
Pędziła potem samochodem do sąsiedniej miejscowości, gdzie była jednostka straży pożarnej, w której służył Szymon. Nie czuła przemoczonych od mleka ubrań, nie czuła drętwych dłoni…
Jak się wtedy nie załamała? Jak przetrwała?
Dzieci ją uratowały. Michał nie odstępował jej nawet na chwilę.
Michaś, chodź, położę cię spać! Teściowa, Danuta, była już ledwo na nogach, ale Elżbiety nie zostawiła. Przynosiła Paulę na karmienie, zmuszała Elżbietę do jedzenia i picia.
Zostanę z mamą! upierał się Michał, przytulając dłoń Elżbiety do twarzy. Babciu, czemu mama ma takie zimne ręce?
Elżbieta wszystko pamięta jak przez mgłę. Jak zbierała rzeczy, byle jak upychając zabawki i dziecinne ubrania do toreb.
Nie mogę tu dłużej Wciąż mam wrażenie, że Szymon zaraz zatrzaśnie drzwi, wrzaśnie: Jestem!
Masz rację, Elu, tak nie można. Jedźmy do mnie. Później się zobaczy.
Nie chcę i do was… Przepraszam. Tam też wszystko mi go przypomina. Za bardzo boli Pojadę do domu babci.
Ela, przecież tam nikt od lat nie mieszkał! Z dziećmi nie dasz rady!
Dasz radę: wystarczy posprzątać. Poza tym będziecie blisko, a sama nie ogarnę…
A gdzie się podzieję? Tylko wy mi zostaliście
Nie płaczmy już Znowu się rozczulimy, a tyle rzeczy jest do zrobienia. Doglądaj Pauli. Ja jeszcze pakuję. Michała by trzeba czymś nakarmić, boje prawie nie je. Siada ze mną do stołu, a ja nie mam apetytu.
Tak nie może być! Danuta znów przybrała surowszy ton. Jesteś matką! Zadbaj o siebie, bo wtedy dzieci też sobie poradzą. Jak się wykończysz, co z nimi będzie? Ja już swoich lat i sił nie przeskoczę. Szanuj się!
Elżbieta ścisnęła jej dłonie i pocałowała, potem znowu zaczęła się pakować. Uciec stąd! Jak najdalej! Szczęście, które tu się zrodziło, nie wróci, a kręcić się po tych ścianach jest nie do wytrzymania…
Dom babci przywitał ją nieprzychylnie, ale była sobie winna. Odeszła od niego, zapomniała, nie odwiedzała.
Przeszła przez pokoje, dotknęła palcami ścian, starła kurz z babcinego kredensu owiniętego jeszcze ręcznie wyszywaną serwetką, szeroko otworzyła okna na chłodne, jesienne powietrze.
Mamo, zabierz dzieci na chwilę. Zaraz przyjdę nakarmić Paulę.
Na pewno dasz radę sama?
Dam
Nie została jednak długo sama. Po pół godzinie usłyszała stuknięcie w sieni i w progu stanęła Sylwia koleżanka z klasy, przyjaciółka.
No pięknie, nie raczyłaś zadzwonić, że się wynurzysz. Ale dumna jesteś, co? Gdzie jakie szmaty?
Sylwia zawsze była energiczna, rozgadana, potrafiła gadać godzinami, a gdy trzeba rzucała wszystko dla swoich.
Elżbieta zdjęła z dłoni pianę i niezgrabnie przytuliła przyjaciółkę.
Cześć
Cześć! A dzieci gdzie?
U mamy.
No, to do roboty! Czy tu dziś zostajesz na noc?
Tak, tu
No to ruszamy!
Sylwia rozejrzała się za miską i od razu złapała ścierkę.
Sylwia! Elżbieta aż się żachnęła.
Co? A to Tak, będę mieć dziecko.
Kiedy?
W lutym. Czemu taka zdziwiona? Jestem w ciąży, nie chora.
Z kim?
Przecież wiesz! Sylwia starła blat. Fuu, jaki tu syf!
Grzesiek? Przecież
Wyjechał, tak. Zostanę samotną matką. O wszystkim później, dobra?
Wróci?
Grzesiek? Nie. Uznał, że wolność ważniejsza. Zostanie mi syn… albo córka
Jeszcze nie wiesz?
Nie, chowa się. Ale to mój skarb, Ela. Wyobrażasz sobie? Moje dziecko!
Elżbieta wiedziała, co to dla niej znaczy. Sylwia z pierwszym mężem rozstała się, bo niby nie mogła mieć dzieci. Rodzina obwiniała o wszystko ją i żałowała jej męża Olka.
No, nie fart z tobą, Olek. Ładna, ale po co?
Początkowo Sylwia płakała w poduszkę, próbowała się tłumaczyć, potem rzuciła wszystko i się rozwiodła.
Po co znosić męża, który staje po każdej stronie tylko nie żony?
Olek szybko ożenił się ponownie. Dopiero wtedy wyszło, że to on miał problemy nie Sylwia. Żona wymusiła leczenie, po półtora roku był syn, potem córka.
Sylwia Olkowi już dawno wybaczyła, nawet była wdzięczna za własną drogę. Nie rozstając się z Olkiem, nie spotkałaby Grześka, nie miałaby teraz wyczekiwanego szczęścia pod sercem. Grzesiek zniknął, gdy dowiedział się o dziecku, ale to już nieważne. Sylwia przestała być cichą dziewczynką od cudzych kpin.
Sprzątały z Elżbietą aż do wieczora. Ale warto było. Dom jakby odetchnął, zatrzepał oknami, zamruczał swoimi szparami i powoli ożył.
Sylwia, zmęczona, zasiadła przy stole, patrząc, jak Elżbieta parzy herbatę, pogrążyła się w myślach.
Tak to wszystko przemija…
Czy niedawno jeszcze biegały tu po świeże ciasto na blaszce, zjadały w biegu i leciały prosto nad rzekę, czując za sobą zrzędzenie babci Elżbiety:
Urwisy! A jedzenia to nie łaskawie?
Ale one zbywały to machnięciem ręki:
Za godzinkę wrócimy!
A potem w ogrodzie pomagały babci, gdy słońce gasło. Babcia sama prowadziła gospodarstwo, pracowała w mleczarni. Dbała o wnuczkę, bo syn mieszkał z nową rodziną w mieście, a matka Elżbiety umarła przy porodzie. Ojciec zabrał się ze swoim żalem do miasta, więc babcia nie miała wyjścia wzięła na siebie opiekę nad wnuczką. Jak urodziło się kolejne dziecko syna, zabrała Elżbietę do miasta, ale długo tam nie zostały. Trzyletnia Ela nie zrozumiała wtedy, czemu babcia tak nagle wraca na wieś.
Babci już nie było, kiedy Elżbiecie stuknęło osiemnaście. Wtedy zaczęła spotykać się z Szymonem, odurzenie miłością, nie zauważyła, jak babcia opada z sił. Dopiero kiedy usłyszała w nocy jej jęczenie, zrozumiała.
Dali im wspólnie jeszcze trzy miesiące. Za mało…
Babcia jednak zdążyła zrobić coś, za co Elżbieta była jej wdzięczna do końca. Kiedy już leżała, zawołała matkę Szymona i długo z nią rozmawiała. O czym Elżbieta nie wiedziała, ale odtąd miała matkę w osobie teściowej.
Matką nazywała ją jeszcze przed ślubem.
Mogę? zapytała cicho, a teściowa pokiwała głową i przytuliła ją prawie jak babcia.
Nigdy nie miały ze sobą konfliktów. Po co się kłócić? Teściowa radziła cierpliwie, z sercem. Wielu tak bliskich przez ducha, nie z krwi, nie bywa.
Elżbieta widziała też, ile warte są rodzinne więzy. Po śmierci babci do wsi zjechała delegacja z miasta: ojciec, macocha i jej matka.
Dobre gospodarstwo. Da się drogo sprzedać.
Nieznana wcześniej kobieta przechadzała się po podwórku i kręciła głową.
Zapuszczone! Posprzątać trzeba! Kupujący lubią porządek.
Jacy kupujący? Elżbieta aż się wybudziła, cała się trzęsąc.
Tydzień po pogrzebie przeżyła jak we śnie. Zaraz przemykała się po kątach, słuchając, czy babcia nie wróci, nie zawoła, nie zacznie narzekać na osy przy kompotach w kuchni.
Jakich kupujących? Macocha wzruszyła opaloną ramionką. Cieniutka ramiączko opadło na bladą jeszcze skórę i Elżbiecie zrobiło się niedobrze. Tych, co kupią dom!
Ela nie odpowiedziała. Wybiegła za stodołę, dławiąc się, a gdy wróciła, w podwórku czekała już Danuta.
Wynoście się stąd. Zaraz!
A pani kto, żeby tu rozkazywać?
Dom jest Elżbiety. Jest darowizna.
Co za darowizna?
Prawdziwa. I testament na wkład w banku. Wszystkie papiery w porządku. Sama to załatwiałam. Precz stąd! Sierotę chcecie oskubać!
Danuta złapała Elżbietę za rękę i zaraz układała ją w swojej sypialni, zdzierając z niej brudną bluzkę.
Nie płacz! Nie dam cię skrzywdzić. Obiecałam babci. No, wskakuj w mój szlafrok. Odpocznij. Przyniosę herbaty, wyśpisz się, pogadamy potem.
Ojca Elżbieta zobaczyła dopiero na własnym ślubie.
Nie zapraszała go. Przyszedł sam.
Goście się bawili, żartowali z Szymona, Elżbieta śmiała się do łez, patrząc, jak mąż próbuje zawinąć w pieluchę dużą lalkę. Ktoś dotknął jej ramienia, ogląda się przez ramię:
Cześć, córko…
Elżbieta zaniemówiła. Ojciec dał jej do ręki klucze i ścisnął dłoń.
Wybacz. Dokumenty u Danuty. Ona ci wszystko wyjaśni. Bądź szczęśliwa.
Nie zdążyła nic powiedzieć ojciec wyszedł bez słowa.
Mieszkanie, które ofiarował jej ojciec, było niewielkie, ale wygodne. Dwa pokoje i duża kuchnia. Elżbieta chodziła po nich zdziwiona. Z jakiego powodu ma przynosić się tu z babcinego domu?
Elu, tu lepiej wam będzie. Miasto, nawet małe, to większe możliwości. Musisz się uczyć.
Danuta zasiadła zadowolona w kuchni. To ona nakłoniła ojca Elżbiety, żeby chociaż materialnie się odwdzięczył.
Musisz się uczyć. Kiedy? Elżbieta lekko się uśmiechnęła do teściowej.
O, już czas. Jeszcze nie powiedziałam Szymonowi.
Pomogę. Pójdziesz na studia. Jesteś bystra, nie wolno takiej głowy marnować.
Elżbieta skończyła filię uczelni. Niełatwo było, ale Danuta pomagała jak mogła. Opiekowała się Michałem, donosiła produkty.
Dopiero kiedy Elżbieta podjęła pracę, a Michał poszedł do przedszkola, odetchnęli.
Jedziemy nad morze! Szymon śmiał się, zatykając uszy od dziewczyńskiego piszczenia.
To był ich pierwszy i ostatni urlop razem. Ze Szymonem pływali na wyścigi, patrząc na brzegu na Michała pod opieką babci. Wieczorami chodzili po molo, aż zapadał zmrok i gwiazdy rozpościerały się nad głowami…
Jednego wieczoru Szymon został z synem na karuzeli, Elżbieta spacerowała z Danutą. Na końcu mola kłóciła się głośno jakaś para, rzucali się słowami, potem odeszli.
Danuta pokręciła głową.
Po co te kłótnie? Nie rozumieją, że odbierają sobie życie… Pewnie się pogodzą, ale dnia już nie odzyskają. Po co te nerwy?
A jeśli się nie pogodzą? Elżbieta spojrzała za nimi.
Bo tak się kłóci tylko z troski. Widzisz, jak on się oglądał? Jeszcze nieraz się przeproszą, ale tego wieczoru już nigdy nie wrócą. Czas z bliskimi jest krótki pamiętaj, Elu.
Teściowej za tę rozmowę była Elżbieta wdzięczna. Wspólnego czasu z Szymonem nie zmarnowała.
Elżbieta zdjęła czajnik z ognia i prawie go nie upuściła. Przy kuchennym oknie przemknął jakiś cień. Przestraszyła się. To nie Michał. W półmroku po podwórzu skradał się jakiś mężczyzna.
Pierwszy odruch: zamknąć drzwi i zadzwonić po pomoc. Ale zaraz się opamiętała dzieci i babcia wrócą zaraz. Nie może ich narażać! A na dworze obcy!
Drewniany uchwyt starego czajnika parzył, Elżbieta patrzyła raz na niego, raz na okno, potem ruszyła zdecydowanie do drzwi.
Na dworze ciemno, zapomniała włączyć światło.
Kto tam?!
Drzwi w stodółce skrzypnęły, Elżbieta skuliła się ze strachu.
Czego pan chce?! Zacznę krzyczeć!
Cień wyszedł do schodków, Elżbieta cofnęła się.
Spokojnie, Elu. To ja, Alek.
Elżbieta aż wypuściła czajnik z rąk, przyparzył nogę, postawiła go na stoliku ganku i posłała kilka przekleństw pod nosem.
Dlaczego łażysz mi po podwórku, Alek? Czemu nie wszedłeś do domu?
Niski, ale krępy mężczyzna spuścił zawstydzony wzrok tak jak Michał, gdy coś przeskrobał.
Wiesz zauważyłem, że drzwi w stodółce się zacięły. Chciałem naprawić. Jutro jadę na pasiekę, a potem nie wiem, kiedy wrócę. Chciałem zdążyć.
Elżbieta była zaskoczona.
Drzwi? W stodółce?
Dopiero teraz wszystko się złożyło. I porządek na podwórku, i naprawiony płot, i nowe kładki przy łazience.
Tak wyglądasz, skrzacie mój! Elżbieta roześmiała się.
Kto?
Skrzat! Pomaga, gospodaruje, ale mleka z miseczki nie pije. Michał mówi, że trzeba by kota, bo skrzatowi nudno. Nudno ci?
Ciepłe światło kuchni rozjaśniło policzki Aleksego.
Przepraszam, mogłem powiedzieć wcześniej.
Dziękuję Ale po co, Alek?
Na to pytanie nie odpowiedział. Machnął ręką i przeskoczył przez płot, nie zwracając uwagi, że przy furtce stoi Danuta i dzieci.
Znalazł się, co nie? Danuta podała Elżbiecie bańkę mleka. Wstaw do lodówki.
To znaczy, że wiedziałaś?!
A ty jak myślałaś? Cała wieś już wie! Alek zawsze miał do ciebie słabość, jeszcze jak z Szymonem byłaś. Nie zauważyłaś?
Nie…
Serio?! Danuta aż oczom nie wierzyła. Nie żartujesz?
Po co mam żartować Naprawdę nie wiedziałam…
Chodź, pogadamy! Danuta popchnęła do przodu Paulinkę. Tylko dzieci ułożymy najpierw. Rozmowa będzie długa.
Rozmawiały prawie do rana. Elżbieta dolewała wrzątku do filiżanki teściowej, a sama zasłuchana chłonęła każde słowo.
Przyszedł do mnie rok temu. Prosić o twoją rękę. Powiedział, że nie masz nikogo bliższego niż ja, to u mnie ma pytać. Spryciarz! Umiał powiedzieć tak, żebym się wzruszyła!
I się zgodziłaś?!
A czemu nie? Elu, jesteś młoda. Przed tobą życie! Dzieci dorosną, rozjadą się, a ty zostaniesz sama z babcią-staruszką. To ma być szczęście? Żyj, kochaj! Ja wiem, jak kochałaś Szymona! Ale można też pokochać drugi raz, tylko inaczej. Rzadko komu się to zdarza, ale dostajesz od losu drugą szansę. Nawet jak Aleka nie pokochasz jak Szymona, jeśli będzie ci przy nim dobrze i ciepło, to tylko się cieszyć mogę. Michał potrzebuje ojcowskiej figury. Alek już dawno mu jest bliski. Wiesz, że go uczy prowadzić samochód?
Nie…
Widzisz? Bo się ciebie boi.
Czego?
Może, że uznasz, że zdradza ojca.
Bzdura…
No to pogadaj z synem. On się boi, że źle zinterpretuje. Paula jeszcze mała, Szymona nie pamięta. Ale z Michałem to trudniej. A ty…
A ja?
Nic! Danuta się zaśmiała i poprosiła o dolewkę. No, dolej jeszcze wody, bo już gardło mi schnie!
Elżbieta i Alek pobiorą się za rok. A rok później pojawi się kolejny syn.
O, patrz, mamo, ale ma czuprynę! Elżbieta zdjęła w domu czapeczkę z głowy noworodka i wygładziła jasne loczki, takie jak u Pauliny.
Mały skrzatek! Danuta szybko przewinie niemowlaka i weźmie na ręce. No witaj, nowy wnuku! Mów na mnie babcia Danka.
Mamo…
Ja tylko na wszelki wypadek! Leć, karm, ja do kuchni! Co ugotować?
Duży rudy kot, którego Michał dostał od ojczyma, zajrzy do pokoju, przysiądzie przy oknie i wskoczy na parapet. Zastygnie, wpatrując się w śpiącą Elżbietę i zawiniątko obok niej. Cisza przysiądzie na parapecie obok kota, obejmie go, zapatrzy się w szczęście. Takie kruche, delikatne… i trzeba je bardzo chronić.
Gdzieś zabrzęczy łyżeczka, słychać śmiech Pauliny, a cisza jeszcze tylko przetrze kotu ucho i zsunie się z parapetu bo tu i bez niej stróży nie brakuje. ©
Autorka: Ludmiła ŁawrowaZa oknem gwiazdy wtaczały się powoli na czarne niebo, malując porzekadło na dachach: że po każdej burzy przychodzi cichy dzień. Elżbieta, pogrążona w półśnie, czuła miarowe tętno maleństwa przy piersi, ciepły oddech na własnej dłoni. Przez uchylone drzwi dobiegł głos Michała: Paulinka, ciszej Mama śpi! Usłyszała drobne stópki przemykające po korytarzu, śmiech jak rozbłysk światła i szelest kociego ogona.
Alek stanął w progu, po cichu, jak zawsze. Porozumiewawczo skinął kotu, potem spojrzał na Elżbietę. Ich oczy się spotkały tyle już umieli mówić bez słów. Elżbieta uśmiechnęła się, a Alek westchnął z ulgą, jakby wreszcie znalazł dom, którego szukał całe życie.
Wszystko, co miało boleć, już przestało być najważniejsze. Chwila, rosnąca jak światło świtu, objęła ich wszystkich dzieci, Danutę, Sylwię, kosmate futerko kota i ten dom, który znów był pełen głosów, uścisków, niecierpliwych skoków w przyszłość.
Dzieci zasypiają, kot kładzie się przy kołysce a Elżbieta wie: można pogodzić przeszłość z teraz, nie gubiąc szczęścia po drodze. Może czasem wystarczy pozwolić komuś wejść przez otwarte drzwi, i już nigdy nie bać się ciemności w sieni.
Za ścianą Paulinka mamrocze przez sen o skrzacie, co układa bałwanki pod płotem. A Elżbieta, patrząc na śpiącego synka, myśli: niebo znów przybliżyło się do ziemi. Ostatecznie w każdym domu da się posprzątać, ale najważniejsze, żeby był w nim ktoś, kto za ciebie zapali światło, zanim zdążysz przestraszyć się cienia.
I tak, przy delikatnym pomruku kota, gdy noc czuwa nad tym małym światem, szczęście po raz pierwszy od dawna zasypia tu spokojnie.




