Dom na obrzeżach miasta: opowieść o ciasnych ulicach i otwartym sercu

Jedziemy pod koniec dnia, niebo już zaczyna ciemnieć, ale jeszcze nie jest zupełnie ciemne. Samochód warczy, gaśnie i wokół panuje cisza, przerywana jedynie szumem liści i trawami podrywanym wiatrem.

Ależ piękny, mówi Szymon, wyciągając z bagażnika plecak. To chyba najdziwniejszy kurort dla ludzi z mocnym nerwem.

Dla ludzi po czterdziestce, którzy nie mają hajsu na normalny wypoczynek, dorzuca Jagoda, przymrużając oczy na zrujnowany dom. Popatrz tylko.

Mieszkanie wygląda, jakby było przechylone, choć przy bliższym spojrzeniu ściany stoją prosto. Dach w niektórych miejscach porostł mchem, poddaszowe okno jest zaklinowane od środka, a w jednym z okien parteru brak szkła kiedyś zakryto je folią, która teraz pęka i trzaska na wietrze.

To już czysta nostalgia, mówi Paweł, zamykając drzwi samochodu. Pamiętasz, jak w szkole się tu przebijaliśmy? Za dnia baliśmy się podejść, a wieczorem wydawało się, że ktoś patrzy z okna.

Ty się bałeś, odzywa się Łucja, poprawiając szalik. Ja tu nigdy nie byłam. Mama wciągała mnie do domu po zmroku.

Szymon się uśmiechnął. Miał czterdzieści dwa lata, plecy bolały od jazdy, w uszach dzwonił nieprzyjemny huk, a on wspominał, jak kiedyś szli tu pieszo z drugiej strony wsi, ziarna w ręku, tanie napoje i nikt nie narzekał na kręgosłup.

No to co? pukał w dłonie. Zwiedzanie tej posiadłości. Kto jest naszym głównym jasnowidzem?

Ty, mówi Jagoda. To przecież ty wymyśliłeś ten wypad.

Rzeczywiście, to on podsunął pomysł w grupowym czacie, kiedy dyskutowano, co zrobić na weekend. W żartach wrzucił zdjęcie starego domu z podpisem: Jedziemy na duchy. Fotkę znalazł w grupie wsi, gdzie ktoś pisał, że dom stoi pusty od lat. Żart się spodobał, a potem okazał się jedynym realnym rozwiązaniem ośrodki były drogie, domki zajęte, a z daleka krewny Dima, przez trzecie ręce, powiedział, że dom nie ma właściciela i można w nim przenocować.

Zbliżyli się. Drzwi pachniały wilgocią i starym drewnem. Kluczy nie było, zamknięcie wyłomowano dawno temu. Szymon popchnął drzwi ramieniem, które niechętnie się otworzyło, a z wnętrza spadła kurzowa warstwa.

Boże, szepnęła Łucja. Czuję się, jakbyśmy wpadli w czyjeś życie.

Wnętrze było chłodne, pachniało stęchłym drewnem, kurzem i starą tynką. Szymon wciągnął powietrze, a w gardle coś się podziało. Podłogi uginały się pod stopami, ale trzymały. Przy wieszaku w przedpokoju wisiała porozkuwana przez mole kurtka, pod nią leżały zardzewiałe klucze, a obok leżała para różnej wielkości butów.

No i klimat, rzucił Paweł.

Przeszli do dużego pokoju. Ściany były obszarpane, częściowo odsłaniały stare, kolorowe tapety. W rogu stał zniszczony kanapa z wypranym materacem, przykryta szarym, zakurzonym kocem. Obok stół z poplamionymi, żółknącymi papierami.

Jagoda podeszła do okna i dotknęła ramy. Drewno było szorstkie, farba odpadała.

Jak się tu wszyscy rozchorujemy, zabiję cię, zażartowała Szymona, ale w jej głosie była zwykła ironia.

Mam apteczkę, odpowiedział on. I nie, nie będziemy spać pod namiotem.

Starał się mówić lekko, ale dom wywierał na niego ciężar. Nic specjalnego, po prostu opuszczony. Tyle takich po całej Polsce, ale bo znajdował się na skraju ich dziecięcych wspomnień, wydawało się bardziej osobiste.

Rozłożyli się. Paweł z Łucją wyciągnęli śpiwory i dmuchane materace, Jagoda wyjęła plastikowe naczynia, termos z zupą i kanapki z serem. Szymon sprawdził, czy w domu są gniazdka, i z ulgą odkrył jedno sprawne. Podłączył przenośną lampkę żółte światło przygasło nad głową.

O, cywilizacja, zauważyła Łucja.

Jedząc przy stole, zaczęli rozmawiać o pracy, dzieciach, kredytach, wiadomościach. Śmiech był trochę za głośny, jakby próbowali zagłuszyć szelest starego domu.

Kto tu mieszkał? spytała Jagoda, gryząc kanapkę. Pamiętam tylko, że mówili nam o jakimś maniaku.

Nie maniak, odparł Paweł. To był facet, który mieszkał sam. Żona zmarła, syn zniknął i on zwariował.

To twoja wymyślona historia, czy oficjalna? zapytał Szymon.

Mój ojciec tak opowiadał. Nie wchodźcie, właściciel jest zły, gryzie wszystkich. Potem go podobno znaleźli Paweł zmrużył oczy, przypominając. Albo sam

Łucja spuściła wzrok. Niedawno straciła mamę, pogrzeb był ciężki. Szymon wiedział, że trzyma się drobnych szczegółów, by nie rozpaść się całkiem.

Dobra, powiedział, otwórzmy nasz festiwal horroru. Po jedzeniu zwiedzanie domu: strych, piwnica, pokój z krwią na ścianie. Kto pierwszy krzyknie, ten myje naczynia.

Jagoda zamruczała.

Oczywiście, wymyśliłeś wymówkę.

Po jedzeniu i lekkim ogrzaniu się, wzięli latarki i ruszyli po domu. Szymon prowadził. Korytarz był ciemniejszy niż lampa potrafiła rozświetlić. Na ścianach łuszcząca się farba, krzywe lustro, na podłodze stary dywan z dziurami.

Tu można kręcić film, wyszeptała Łucja.

Już kręcimy, odparł Paweł, podnosząc telefon.

Pokoje były podobne do siebie: puste szafy, nagie ściany, stare gazety, połamane talerze. W jednym z pokoi wisiał wyblakły kalendarz z widokiem morza, z roku sprzed dwudziestu lat.

Wyobraźcie sobie, że codziennie patrzy się na to morze, a nie jedzie się nigdzie, zauważył Szymon.

Jagoda popatrzyła na niego.

Jak my, odparła.

Szymon wzruszył ramionami. Kiedyś marzył wyjechać z wsi, potem z miasta, potem z kraju. Został w powiecie, w biurze, liczy cudze pieniądze. Czuł, że jego życie to taki sam kalendarz, który nikt nie odwraca.

Strych nie znaleźli od razu. Drabina schowana była za drzwiami w wąskim korytarzu. Drewniane szczeble skrzypiały, ale trzymały. Na górze było ciemno, pachniało kurzem i wilgocią.

Ostrożnie, rzekł Szymon, wchodząc. Jeśli coś spadnie, nie biorę winy.

Strych był niski, z pochyłym dachem. Między krokwiami wisiały pajęczyny. Przy ścianach stały kartony, stare walizki, deski.

To miejsce, stwierdził Paweł. Cmentarz cudzych gratów.

Jagoda podeszła do kartonu, pochyliła się.

Są tutaj książki, powiedziała. I zeszyty.

Światłem latarki zobaczyła w kartonie pożółkłe okładki, stare zeszyty, grubą książkę w kratkę przewiązaną sznurkiem.

O, skarb, zachwycił się Szymon, wyciągając jeden zeszyt. Na okładce długopisem napisane: Dziennik. 1998. Pismo niezdarne, trochę dziecinne, ale duże.

No, zaczynamy, mruknęła Łucja.

Co się boisz, to tylko zeszyt, odparł Szymon, choć w środku coś się ściśnęło.

Zeszyt otworzyli na dużej sali przy stole, pod żółtą poświatą lampy, a poza oknem już noc, wiatr głośniej szalał, a nieprzytwierdzona deska strzelała.

Na pierwszej stronie było imię: Szymon. Nazwisko rozmyło się od wilgoci.

Czytaj, zachęcił Paweł.

Szymon przeczytał na głos:

10 marca. Znowu kłócę się z tatą. Mówi, że jestem wariat i nic nie osiągnę. Powiedziałem, że wyjadę, jak skończę osiemnaście. On się śmiał, że nie będzie gdzie iść. Nie wiem, co robić. Czasem czuję, że utknąłem tutaj na zawsze.

W pokoju zamilkło, nawet wiatr na chwilę przestał huczeć.

Co za epoka, zauważył Paweł. Prosto z lat dziewięćdziesiątych.

Dalej, szepnęła Łucja.

Szymon przewrócił stronę. Pismo było rozmazane, niektóre litery jakby pisał krew, nie odrywając pióra.

15 marca. Mama płakała w nocy. Słyszałem przez ścianę. Chciałem wejść, ale nie wszedłem. Potem mówiła, że wszystko w porządku, a ja wiem, że nie. Paweł przycisnął szczękę, przypominając sobie własnego ojca, który wracał pod wpływem i krzyczał.

Może skończymy? zapytała Jagoda. Nie jesteśmy na terapii.

Jeszcze trochę, wtrąciła Łucja.

Szymon wahał się. Ciekawość i poczucie winy walczyły w nim, ale zeszyt kusił.

Czytał dalej o szkole, przyjaciołach, o marzeniu o wyjeździe do miasta i zostaniu programistą. Ojciec wyśmiewał go, mówiąc, że rodzina zawsze pracuje w fabryce. Matka milczała, nocą płakała. Młodszy brat leżał w szpitalu, a ojciec twierdził, że to kara za grzechy.

To nasze historie, nagle przerwał Paweł. Nie dosłownie, ale

Wszyscy poczuli, że ich własne życie odbija się w tych słowach. Wiatr znowu wzmocnił się, a w korytarzu trzepiła drzwi.

To dom mówi, zażartował Paweł. Nie podoba mu się, że czytamy jego sekrety.

Bardzo zabawne, mruknęła Jagoda.

Szymon otworzył kolejną stronę, gdzie pisane były większe litery, jakby ktoś się spieszył.

24 kwietnia. Lekarze mówią, że bratu nie będzie lepiej. Mama poszła do toalety i nie wróciła dwadzieścia minut. Tata obwiniał mnie. Gdyby mnie nie było, wszystko byłoby inne. Wiem, że to nieprawda, ale boli.

Jego gardło się skurczyło, a łzy zaczęły zbierać się w oczach. Łucja spytała, co dalej.

Nic, po prostu zwykłe rzeczy, odpowiedział Szymon.

Jagoda sięgnęła po zeszyt, ale Szymon początkowo go nie oddał. Chciał zachować te słowa przy sobie, nie rozdawać ich po kolei. W końcu podał go jej.

Czytaj, szepnęła, marszcząc brwi.

Nagle Paweł zauważył, że w sypialni wciąż stoi łóżko z materacem.

Straszne, kto na nim spał, zauważył.

Jagoda zamknęła zeszyt z impetem.

Wystarczy, rzekła. Na dziś koniec.

Co? zapytał Paweł.

Nic wielkiego, po prostu odzywała się niepewnie, odkładając zeszyt na stół. Nie chcę już czytać o szpitalu i pogrzebach.

Łucja wstała i poszła po herbatę, mrucząc, że jest zimno.

W kuchni, którą można nazwać jedynie kuchnią, znalazła starą płytę, która jeszcze działała. Przynieśli wodę z butli. Łucja parzyła herbatę, a Szymon patrzył, jak jej ramiona lekko drżą.

Wszystko w porządku? zapytał.

Tak, po prostu wszystko wydaje się znajome, jakby czytało się własne życie, tylko z innymi imionami, odpowiedziała.

Szymon pomyślał o ojcu, który kiedyś wściekle rzucał popielniczką w ścianę, a potem on sprzątał szkło, zastanawiając się, czy lepsze oceny zmieniłyby sytuację.

Wypili herbatę przy starych stołkach i starali się rozmawiać o czymś lekkim, ale dom już wciągnął ich w swoją historię.

Zróbmy seans, żeby przywołać ducha Szymona, zaproponował Paweł. Zobaczymy, co powie.

Jesteś głupi, odparła Jagoda. Nie ma tu żadnych duchów.

Co więc jest? dopytał Paweł. Po prostu stary dom? To dlaczego czuję się nieswojo?

Bo jesteś wrażliwy, odpowiedziała Łucja. I dlatego czytamy cudzy dziennik.

Szymon milczał, myśląc o własnym dzienniku, który leży w szufladzie. Noc zapadła szybko, wiatr zamienił się w burzę, a w domu zrobiło się zimniej, mimo że włączyli grzejnik, przyniesiony przez Dima.

Rozłożyli śpiwory w dużej sali. Jagoda nalegała, żeby wszyscy spali razem, nie rozdzielając się po pokojach.

Nie zamierzam leżeć sama w tej dziurze, przyznała. Liczcie mnie za tchórza.

Ja też, dodała Łucja.

Szymon położył się przy ścianie. Materac skrzypiał pod nim. Wyłączono lampkę, zostawiając jedynie latarkę skierowaną w sufit. Światło było słabe, ale nie pozwalało całkowicie pogrążyć się w ciemności.

Co dalej? zapRano, kiedy słońce wzeszło nad pustym domem, wszyscy zrozumieli, że najcenniejsze skarby nie są w starych zeszytach, lecz w wspólnych wspomnieniach, które nosili w sercach.

Oceń artykuł
TwojaCena
Dom na obrzeżach miasta: opowieść o ciasnych ulicach i otwartym sercu