Ola, ale ona przecież z dzieckiem! Albo tobie to nie przeszkadza? Daria oparła się wygodnie o płot, trochę kpiąc z sąsiadki. Serio lepszej nie było? Przecież twój syn to porządny chłopak przystojny, pracowity, nie pije, nie pali, a dziewczyn jak mrówek, a on taką sobie wybrał!
Halina westchnęła, choć w głębi duszy samej nie mogła się pogodzić z decyzją syna. Jeszcze usłyszeć to od Darii ukłuło podwójnie. Miała z nią od lat cichą, podjazdową wojnę, niby przyjaciółki, ale jak pod dociskiem.
Dzieci to szczęście, Daria! Słyszysz? A cóż ona taka zła? Jest młoda, ładna, spokojna, porządna wiem na pewno. A że dziecko ma? Co złego? Przecież w małżeństwie się urodził, nie gdzieś tam po kątach. Została wdową, takie życie bywa. Wychowamy, pokochamy będę miała podwójna radość w domu. I nie ma co języka strzępić!
Halina zacisnęła usta i przegoniła kota sąsiadki, który już tradycyjnie polował na jej kury.
No, powiem ci, ten twój kocur to mi już trzy kurczaczki porwał! Daria, pilnuj ogona swojego, bo zaraz spuszczę Atosa, i żeby potem pretensji nie było.
Phi, przestraszyłaś! Daria odsunęła tłuściocha z płotu dalej. Kto się kogo boi. Zamknę rozrabiakę. U mnie w zeszłym roku też kurczaki ganiał, już bym oddała komuś, gdyby nie te jego łowy na myszy. Co zrobić, instynkt!
A niech go ten instynkt w domu trzyma!
Słuchaj, przypomniało mi się słoiki. Pewnie już konfitury gotowe.
Ty tu plotkujesz, a ktoś tyra przy garach.
Olga się tym zajmuje. Przyjechała wczoraj, pomóc z działką.
W takim stanie? Przecież ona zaraz rodzi!
Dlatego wszystko w ogrodzie, a ona w garnkach. Nie daje sobie wytłumaczyć, że ma odpocząć. Żona mojego syna, ale jak złoto!
To czemu ją za plecami chwalisz, a do oczu strofujesz?
Porządek musi być! Daria znów się uśmiechnęła. Będziesz teściową, ucz się na przyszłość. Za miło nie daj, bo ci na głowę wejdą.
A ja już wiem, co robić machnęła ręką Halina. To dać ci słoiki, czy bez nich dasz radę? Ja tu robotę mam, nie czas na pogaduchy.
Odwaliwszy Darię za furtkę, Halina wróciła do kuchni. Na jutro syn zapowiedział się z narzeczoną. Narzeczoną smakowała to słowo i ręce jej znów grzęzły w cieście, kiedy zamyślona patrzyła przez okno. Co to będzie…
Anastazji nie znała, tylko słyszała o niej, parę razy widziała z daleka w sąsiedniej wsi u siostry. Zwyczajna dziewczyna, nie brzydka, wysoka, do jej Michała dobra. Choć jaka tam dziewczyna, młoda wdowa z dzieckiem chłopiec, ze trzy latka. Los jej oszczędzał nie był rodziców straciła jako mała i wychowywali ją dziadkowie. Ledwo męża wyprawiła, cieszyli się prawnukiem, a zięć rozbił się w wypadku. Została dziewczyna sama z dzieckiem na ręku. Żal było bardzo, ale z daleka łatwiej żałować. A Halina o syna bolało serce. Michał, od śmierci ojca, był dla niej całym światem. I cieszyło ją, że blisko, i martwiło, że nie może ułożyć sobie życia. Cięgle żartował, zwodził, że czeka na wielką miłość. Parę tygodni temu nagle: mam kogoś, Mamo, ustatkuję się. Anastazja.
Halina pierwsze co dzwoniła do siostry Agnieszki. Musiała wszystko wybadać. Agnieszka, jak to starsza, od razu jej zjechała:
No co się tak szarpiesz? Przecież nie do ciebie się żeni, tylko do siebie.
A domek? Kupiłam dla wnuków, a Michał nie mówił, co zamierza?
Dobrze, że pytasz. Przepisałam na niego stary dom po dziadkach. Ruina, ale ziemia jest, młodzi się pobudują. Trudno, wyfrunie ci syn spod skrzydeł, Halinka, czas najwyższy, żeby swoją rodzinę miał.
Halina nagle poczuła, jakby zajączki w głowie jej skakały. Syn odejdzie, ona zostanie sama. Od sąsiedniej wsi to ledwie kilka przystanków, ale to nie to, co kiedyś. Wczoraj był, pomagał, a teraz tylko na święta?
Co taka posępna? Nie cieszysz się? Chyba czas.
Halina cmoknęła. Wszystko mówisz mądrze, Aga. Boję się tylko. A jak im nie wyjdzie? A jak dziecko inne będzie…?
Słuchaj, co ci powiem. Dziewczyn u nas masa, i za żadną nie mogę ręczyć tak, jak za Anastazję.
I to mnie najbardziej martwi. Zbyt idealna.
Tobie to w ogóle nie dogodzi! Powinnaś się cieszyć, że Michał z kimś szczęśliwy. Nie popsuj tego, bo potem życie będziesz miała gorzkie.
Jak popsuje?
Nie zaakceptujesz, syn cię odsunie. Widziałam, jak na nią patrzy. Raz w życiu widziałam takie spojrzenie u twojego świętej pamięci męża.
Słuchała wtedy Halina i aż ściskało ją w środku. Był taki twardy orzech, nie dawał spać, rosnął w środku, a ona sama nie wiedziała, czemu.
Podniosła się, potrząsnęła rękami, by znów zagniatać drożdżowe. Trzeba ich przyjąć serdecznie, żeby Anastazja zapamiętała, że tu mile widziana, a syn nie poczuł zawodu. Reszta się z czasem ułoży.
Układała na blachę malutkie drożdżówki, jak kiedyś piekła dla zmarłego męża.
Ile tych drożdżówek nie zjesz, ciągle mało! Najlepsze na świecie! lubił powtarzać i całował ją po palcach, a ona śmiała się i tuliła. Łza jej spadła do miski. Bo ileż by dała, żeby teraz pogadać z Władkiem. On by wiedział, jak ją uspokoić…
Noc była bezsenna. Przewracała się z boku na bok. Niech już rano będzie…
Następnego dnia Anastazja stała cichutko za Michałem, nerwowo ściskając malutką rączkę synka Sławka. Dziecko rozglądało się ciekawie: a to pies Atos na łańcuchu, co nie szczekał, a to kot z ogonem uniesionym szedł po grządce i Sławek już chciał lecieć.
Siedź spokojnie szepnęła mama.
Daj mu pobiegać, ja zamknę Atosa i niech się nie boi Halina przyjrzała się przyszłej synowej. Słabiutka jakaś, blada. Skąd takie dziecko w ramionach? Jąknęło się coś w środku Haliny, wypychając troskę na bok. Sławek, spuszczony z rąk, powędrował prosto do niej:
A gdzie ten kot pójdzie?
Jaki kot? Ja kota nie mam zaniepokoiła się Halina.
Sławek palcem wskazał za dom. Halina aż jęknęła.
Chodź szybko, bo znowu się dobierze do kurczaków!
Biegli oboje, złapali kota przy ogródku. Halina rzuciła w niego kapciem i śmiała się razem ze Sławkiem.
Ty jesteś dzielny, chłopcze! Ale tego kurczaczka, to boisz się dotknąć?
Malutki jest szepnął Sławek.
Za chwilę już siedział na kolanach Haliny i wcinał drożdżówki. Uśmiechnęła się do niego i spojrzała z czułością na Anastazję:
Dobrego masz synka, Anastazjo, rezolutny i łakomczuszek babci marzenie.
Widziała, jak spadło napięcie z barków dziewczyny. Ta była taka cicha, delikatna, całą sobą zasłaniała dziecko. Halina poczuła, że rdzeń lęku w niej stopniał, choć jeszcze nie zniknął. Mimo wszystko oddychało się lepiej.
Michał żartował o weselu, Anastazja tylko milczała i patrzyła w talerz. Gdy Michał wyszedł do ogrodu, Halina zagadnęła:
Tak siedzisz cicho, coś cię gryzie? odsunęła od siebie talerz, podała wisienki Sławkowi.
A co tu gadać? Ja Michałowi mówiłam, by cicho się pobrać, niepotrzebny szum. On uparty, wszyscy muszą widzieć, święto mają mieć. A ja wolę spokój.
Każdy coś tam woli, ale nie zawsze tak się da. Czego się boisz?
Anastazja podniosła oczy.
Szczęście lubi ciszę. Już raz miałam huczne wesele i co z tego?
Wiesz, każdy żal ma swój czas. Twój mąż by chciał, żebyś była szczęśliwa, a nie siedziała w żałobie do końca życia. Los daje i zabiera. Czasem trzeba podziękować, czasem po prostu przyjąć. Ty się boisz mnie chyba.
Trochę tak. Bałam się, że będziesz miała do mnie żal. Że taki syn mógł wybrać każdą, a trafiło się na mnie…
Sławek wywinął się z jej objęć i spojrzał na Halinę.
To ty teraz moja babcia jesteś, prawda?
Dokładnie! Babcia Halinka.
Fajnie! pokiwał głową poważnie Sławek.
Wesele jednak zrobili po Michała myśli z rodziną, sąsiadami, bez przepychu, ale po polsku: serdecznie, domowo. Sąsiadki poszeptały, ale pod ostrym wzrokiem Haliny szybko się zamknęły.
Minął rok. Michał z Anastazją zamieszkali u Haliny. Żadne tam kolce w sercu już jej nie gryzły. Widziała, jak synowa dba o Michała, i musiała przyznać w duchu, że trafiła mu się żona cudowna. A kiedy czasem coś jej tam nie pasowało, Anastazja zawsze jednym gestem, dobrą herbatą albo uśmiechem łagodziła wszelkie spory. Nigdy nie odpłacała złośliwością.
No, mów czasem coś prosto z serca, Anastazjo, rozklej się czasem, bo to się we śnie odbije. Skarż się, miej trochę fochów. Daria nawijała, wyprowadzając krowę z pastwiska.
Żeby potem wszyscy się pożarli? Dziękuję, wolę spokój. Swoje rozumiem i jakoś żyję.
Uparciuch z ciebie, nie na nasze czasy!
Lepiej mieć swoje zdanie, sąsiadko. I szła do domu, nie wdając się w dyskusje.
Minął rok, dom pobudowany przez Michała już gotowy. Anastazja miała swoje, podwórko, papiery, i znowu czas im latał. Kiedy poczuła się gorzej, poszła do ginekologa.
Ciąża usłyszała w gabinecie. Nie chce Pani kolejnego dziecka?
No coś pan! Bardzo chcę, ale wtedy… z pierwszym synkiem wszystko miałam inaczej. Przeszło mi lekko, a teraz kłopoty…
Musi pani poleżeć na obserwacji, ale zrobimy wszystko, żeby i mama, i dziecko wyszli cali i zdrowi.
Halina tego samego dnia była już u nich z torbą. Sławek ucieszony, nowe zabawki, babcine przysmaki. Ale jak tylko zobaczyła spojrzenie Anastazji już wiedziała, że nie o zabawki tu chodzi.
A czemu odskoczyłaś, jak weszłam?
Bo myślałam, że znowu się złościsz…
E tam, dzieciaku. To nie ty, tylko Daria, ta z sąsiedztwa, nalazła mi na głowę, ledwie kawy się napiłam. Zasadziła mi taki kaktus w serce, że trudno potem wrócić do siebie.
Przypomniała sobie, jak w drodze znowu usłyszała od Darii: Nie dość, że z dzieckiem, to jeszcze chora. Chcesz mieć takie wnuki? Może za wcześnie na radość? A Halina jej aż przygadała solidnie, bo miała już dość takiego sąsiedzkiego pieprzenia.
Nie przejmuj się, Anastazjo, odpocznij, poleż, dziecko najważniejsze. Ze Sławkiem poradzę sobie doskonale!
Michał dowiózł żonę do szpitala. Zaczął się stres, odliczanie dni do powrotu. Lekarze pocieszali, Halina czuwała w domu. Ale raz, gotując obiad, gawędząc sama ze sobą, wypatrzyła przez okno: Sławek bawi się w piaskownicy, wszystko dobrze. Minuta, dwie patrzy, chłopca nie ma.
Sławciu? wychodzi na podwórko, nie ma go. Za furtką? Otwarta na oścież. Serce do gardła, bo Sławek zawsze posłuszny, nie wychodził bez pozwolenia. Przebiegła ogród, ulicę. Nigdzie go nie było.
Okazało się, że chłopaczek usłyszał szczekanie i wybiegł zobaczyć maltretowanego szczeniaka w rękach większych dzieci. Starał się mu pomóc, wybiegał za nimi, aż trafił na inną ulicę. Na szczęście jakaś kobieta przegoniła łobuzów, a Sławek usiadł na ławce tuląc pieska, czekał, aż go znajdą.
Halina z płaczem biegała po wsi, a Michał, który właśnie wracał z pracy, poznał po przerażeniu matki, że coś się stało. Szukał, aż znalazł Sławka przytulonego na ławce ze szczeniakiem. Sławek zaspany powtarzał:
Siedziałem, jak mówiliście, nie ruszałem się!
No i tata cię znalazł! Kto to jest?
To mój nowy piesek, może być u nas?
Pewnie, domek bez psa to nie dom!
W domu Sławek przysięgał babci, że już nigdy nie zwieje. Halina tuliła go czule i czuła wdzięczność losowi. Zrozumiała, że nie chce słuchać obcych jęków, jej wnuk to jej wnuk, choćby był nawet z całym bagażem świata.
Kiedy Anastazja wróciła i dowiedziała się o wszystkim, tylko pogłaskała syna i razem myli wygłodzonego, zapchlonego szczeniaka. Byli razem szczęśliwi, a Halina od tej pory jeździła do córki na każde zawołanie. Bała się, że Anastazja zamknie się po tej historii, nie będzie chciała jej pomagać przy dzieciach, ale ona powiedziała tylko:
On tak by poszedł nawet, jakbyś była w domu. On nawet biedronkę wynosi na trawę, żeby nie zostawić jej na ścieżce.
Halina nie pouczała, tylko pomagała, gdzie ręce potrzebne. Tym bardziej była szczęśliwa, jak słyszała to ciche:
Dziękuję, mamo!
Gdy biegła znów do wnuczki bo Anastazji urodziła się śliczna dziewczynka, nazwana oczywiście Halinką spotkała Darię przy furtce.
Znowu do wnuczki pędzisz? spytała z ironią Daria.
Do wnuków, Dariu. Dwoje ich mam.
Ale przecież ty masz tylko jedną, Halinkę?
Dwoje, Daria. Sławek też mój. A ty i tak tego nie zrozumiesz. Wiesz co, powiem ci w tajemnicy: miłość to droga w dwie strony. Jak chcesz, by cię kochano, sama musisz kochać. I wiesz co? Kochają mnie i dzieci, i wnuki. A ciebie?
Mnie? Szanować szanują.
To już coś. Ale, Daria, miłość jest lepsza. Halina puściła jej oczko i przyspieszyła kroku. O, już prawie mój autobus idę, bo wnuki czekają!
I wszystko było tak, jak powinno. Szczęście? To nie jest żadna bajka, tylko po prostu dom, miłość i ludzie, którym chce się być razem.



