Dagna wróciła do domu dużo wcześniej, przywożąc ze sobą torby pełne smakołyków od rodziców. Pragnęła sprawić mężowi niespodziankę, lecz zamiast ciepłego powitania, Paweł odesłał ją do sklepu. Konsekwencje okazały się zupełnie inne, niż mogła się spodziewać.
Ramię Dagny bolało od ciężkiej siaty, aż z ust wyrwał się mimowolny jęk. Znowu odezwał się ból w krzyżu, który od dwóch miesięcy nie dawał jej spokoju. Ostrożnie zsunęła bagaże na wyboisty chodnik tuż przy przystanku.
Dagna wypuściła powietrze z płuc i przez krótką chwilę nawet zapomniała o tym, że dziecko w jej brzuchu z niezadowoleniem fikało. Szósty miesiąc już bliżej do końca, niż dalej. Jeszcze trudniej, gdy chce się zrobić niespodziankę mężowi i wraca do Warszawy do męża trzy dni przed umówionym terminem. Tak za nim tęskniła, że w autobusie odliczała słupy i zakręty.
Ciekawe, co teraz robi Paweł? Pewnie nie ma pojęcia, że żona już za dziesięć minut będzie u drzwi. Droga ze stacji wydawała się nie mieć końca. Torby wypchane słoikami po dżemie, domurowanym serem, jabłkami ciążącymi jak skały Dagna czuła, jakby jechała na Węgry, a nie z Mazur.
Po pięćdziesięciu metrach przystanęła: nie da rady dalej. Krzyż odmówił posłuszeństwa.
Wyjęła telefon, wbiła numer męża.
Pawełku, cześć wyszeptała, gdy w końcu odebrał.
Dagna? Co się stało? w głosie Pawła zabrzmiał niepokój.
Nic się nie stało, po prostu… już jestem. Stoję pod blokiem, możesz zejść po mnie? Torby są nie do uniesienia, mama tyle napakowała
W słuchawce zawisła cisza. Dagna spojrzała na wyświetlacz, czy połączenie nie przerwane.
Czekaj, już pod blokiem? Paweł aż podniósł głos, zaskoczony. A czemu nie mówiłaś? Przecież umawialiśmy się na czwartek!
Chciałam zrobić niespodziankę spochmurniała. Nie cieszysz się? Jestem zmęczona, proszę, zejdź!
Poczekaj! przerwał jej krzyk Pawła. Nie idź tu. Znaczy idź, ale… w domu nie ma nic do jedzenia, wczoraj wszystko zjadłem. Zróbmy tak: wskocz do Żabki na rogu i kup trochę mięsa, najlepiej wołowiny. Wziąłem urlop, chcę zrobić normalny obiad i powitać cię jak należy.
Jakie mięso, Pawle? Dagna zamrugała z niedowierzaniem. Słyszysz mnie? Jestem w szóstym miesiącu ciąży, stoję ze stertą toreb!
Ledwo się trzymam! Jest w domu ziemniaki, są jajka. Chodź, jestem głodna i marzę o łóżku.
Nie rozumiesz, Dagna wtrącił się z jeszcze większym pośpiechem. Musi być idealnie. Tamten sklep jest minutkę stąd. Kup jeszcze ziemniaki, nasze zgniły. Może poproś kogoś o pomoc, albo powoli, po kawałku Proszę cię! To dla nas. Tu wszystko szykuję.
Patrzyła na palce obolałe od ciężaru. Łzy piekły ją od środka.
Ty żartujesz? głos jej zadrżał. Chcesz, żebym teraz, z tym wszystkim, szła do sklepu po mięso, bo ci się zamarzył obiad?
Nie możesz przyjść?
Już zacząłem ten przygotowania! Jeśli teraz wyjdę, wszystko przepadnie. Dagniu, kochana, proszę, 800 gramów wołowiny i siatka młodych ziemniaków. Czekam!
Rozłączył się.
Dagna wpatrywała się w czarny ekran i nie mogła uwierzyć. Miała ochotę płakać tu, pod pomarańczową lampą latarni. Zamiast ciepłego powitania i obięcia droga przez sklep spożywczy. „Może rzeczywiście szykuje dla mnie coś niesamowitego?” przemknęło przez głowę. Westchnęła, zagryzła wargi i powlokła się do Żabki, targając za sobą swoje bagaże.
W sklepie prowadziła wózek pomiędzy półkami, łapiąc spojrzenia zaspanej kasjerki. Mięso okazało się ciężkie, a kartofle jeszcze bardziej. Gdy wróciła, dłonie miała zdrętwiałe, sztywne jak haki.
Telefon zawibrował.
Kupiłaś? zawołał Paweł z entuzjazmem.
Tak, stoję pod klatką. Otwórz.
Zaczekaj! niemal wykrzyknął. Nie wchodź! Usiądź na ławce, dziesięć minut, góra!
Żartujesz? Dagna aż podniosła głos, gapiąc się pusto wokół. Pawle, nie mogę już stać!
Niespodzianka jeszcze niegotowa! uparcie powtarzał. Usłysz mnie chociaż raz. Usiądź na ławce, oddychaj. Pięć minut, przysięgam. Muszę już kończyć!
Ciężko opadła na ławkę pod klatką. Torby z impetem huknęły o ziemię. Marzyła, by tym mięsem cisnąć w okno trzeciego piętra.
Upłynęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Siedziała, gotując się w środku z żalu i złości. Zastanawiała się, co zastanie w domu? Kwiaty, świece, skrzypka spod Opery Narodowej? Cokolwiek by to było, nie było warte tego, by kazać jej czekać na ławce po takiej podróży.
Trzydzieści pięć minut później drzwi klatki skrzypnęły. Paweł wyskoczył, t-shirt założony na lewą stronę, pot ściekał mu po czole, włosy w nieładzie.
O, czekasz! wymusił uśmiech, łapiąc torby. Czemu taka naburmuszona? Świeże powietrze, lato…
Czemu jesteś cały mokry? Dagna zmrużyła oczy, z wysiłkiem dźwigając się z ławki, opierając się o poręcz. I czemu wali od ciebie chlorem?
Zaraz zobaczysz! niemal skakał z podekscytowania.
Wjechali windą na trzecie piętro. Paweł teatralnie otworzył drzwi i zamarł, oczekując jej reakcji. Weszła w korytarz zalany ostrym, drażniącym zapachem wybielacza i taniego odświeżacza powietrza „Morska Bryza”.
Przeszła do pokoju, potem kuchni, spojrzała też do łazienki. Mieszkanie było puste, sterylne, jak szpitalna sala. Żadnej skarpetki na krześle, dywan odkurzony, na niektórych miejscach mokre ślady. Półki wytarte z kurzu, jej porcelanowe figurki stłoczone na jednej półeczce jak wygnańcy.
I co? Paweł świecił się z dumy jak nowa złotówka. Niespodzianka!
Dagna powoli odwróciła się do niego.
I to wszystko? głos jej był przeszywająco cichy.
Jak to „wszystko”? Paweł aż klapnął od oburzenia na kanapę. Trzy godziny latam, podłoga umyta, pod kanapą, wszystkie talerze umyte, sedes błyszczy. Chciałem, żebyś po powrocie mogła odpocząć. Ty w sklepie byłaś, a ja tu się uwijałem!
W gardle Dagny rosła gula.
To dla tego mycia podłóg kazałeś mi iść do sklepu? Żeby mieć czas?
Nie przyszedłeś, mimo że prosiłam, bo mop był ważniejszy?
No tak! Paweł rozłożył ręce. Zawsze narzekasz, że nic nie robię, więc chciałem udowodnić, że potrafię. Przyjechałaś wcześniej, nie zdążyłem, musiałem cię opóźnić, by móc skończyć. Zamiast podziękować, patrzysz na mnie jak na wroga!
Pawle, opamiętaj się! pierwszy raz głos jej przeszedł w krzyk. Mam gdzieś twoje podłogi! Mam bolący kręgosłup, dźwigałam ciężkie torby! Jestem w ciąży, czekam twojego dziecka! Nieważne były dla mnie czyste kąty, tylko to, byś przyszedł i objął mnie! A ty wolałeś mopować!
Paweł spiekł się rumieńcem, rzucił szmatę z impetem do zlewu.
No i znowu! wrzasnął. Nigdy ci się nie dogodzi! Wstałem o piątej, by posprzątać, zrobić niespodziankę, a ty robisz awanturę! Widzisz, ile tu błyszczy? Nawet na naszym weselu nie było tak czysto!
Po co mi ta sterylność taką ceną? szeptała roztrzęsiona. Zostawiłeś mnie pół godziny na ławce, zmarzłam, cierpną nogi! Zmuszasz mnie, bym robiła zakupy, chociaż ledwo idę! To nie niespodzianka, tylko złośliwość!
Złośliwość? Paweł miotał się w kuchni. Wybacz, że nie jestem ideałem! Inna żona by się cieszyła, że mąż gotów iść do kuchni z miotłą, a ty tylko „moja ciąża, moje plecy”. Ja też mogę być zmęczony! Nie spałem w nocy, rozmyślałem, jak cię ucieszyć!
Dagna zasłoniła twarz rękami.
Ty niczego nie rozumiesz zaszlochała. Poświęciłeś moje zdrowie dla idealnej listwy przypodłogowej.
Listwa, jasne! Paweł znowu podniósł głos. Przyjechałaś za wcześnie! Zniszczyłaś cały mój plan. To ty mnie winić chcesz? Jesteś niewdzięczna, Dagna. Po prostu niewdzięczna.
Wypadł z kuchni, trzasnął drzwiami do sypialni.
Dziecko w jej brzuchu kopnęło; Dagna osunęła się na krzesło, patrząc na siatkę z mięsem, którego Paweł nie włożył nawet do lodówki. Kręciło jej się w głowie, żołądek podchodził do gardła.
Dziesięć minut później drzwi kuchni uchyliły się.
To co, robić to mięso? wymamrotał Paweł. Czy będziesz głodować, żeby mnie ukarać?
Nie trzeba mi żadnego obiadu, Pawle Zostaw mnie. Chcę tylko spać.
Jak sobie chcesz! burknął znów i trzasnął drzwiami.
Dagna podniosła się, chwiejąc, poszła do łazienki. W lustrze zobaczyła bladą, z podkrążonymi oczami, zmęczoną kobietę.
Przypomniała sobie setki razy przerabiane wyobrażenie, jak Paweł ją obejmuje, wita słowami: „Dobrze, że jesteś w domu”. Nic z tych rzeczy. Kiedy wróciła, kłótnia wybuchła na nowo. Zamiast spokoju kolejny wyrzut o drobnostkę.
Wyszła z domu tak, jak stała. Nawet się nie przebrała. Pojechała z powrotem na Mazury, do rodziców.
Odradzali rozwód wszyscy: teściowa, szwagierka, nawet daleka ciotka. To Paweł co chwilę dzwonił, prosił, zapewniał, że zrozumiał swój błąd. Ale dla Dagny wszystko było już postanowione. Nie chce takiego męża. Rozwodu nie uniknie. Po co jej ktoś, kto ceni czystość ponad zdrowie wspólnego, wyczekiwanego dziecka?



