Dar z nieba…
Poranek był szary jak garnitur urzędnika skarbowego chmury tłoczyły się nad Warszawą, ociężałe jak po niedzielnym obiedzie u teściowej. Gdzieś na Pradze burczało nie tylko w brzuchach, ale i w niebie; nadciągała pierwsza wiosenna burza z piorunami, które pewnie już planowały, gdzie uderzyć. Zima niby już ustąpiła miejsca, ale wiosna wcale nie kwapiła się rozwinąć skrzydeł. Wciąż zimno, wiatry hulają jak pielgrzymi z Podhala na majówkach, a pył z liśćmi śmiga po chodnikach od placu Zbawiciela aż po Wilanów. Trawa ledwo co się przebija, pąki na drzewach ściskają się, jakby nie chciały jeszcze pokazać, co tam chowają w środku.
Wszyscy czekają na deszcz jak studenci na przelew ziemia po tej skąpej w śnieg zimie nie wyspana, sucha i spragniona, jakby całą sobotę starała się już przebudować. Burza napoi ją w końcu, zmyje miejskie brudy, rozbudzi uśpione życie. Dopiero wtedy Warszawa rozkwitnie naprawdę niczym młoda, zakochana, pełna czułości i radości kobieta.
I wtedy ziemia wyda nowe życie: zieloną trawę, pstrokate kwiaty, szeleszczące liście, słodkie owoce. Ptaki zaczną koncertować na gałęziach w parkach i będą stawiać fundamenty pod swoje gniazda. Życie wraca do rytmu.
Szymon, chodź na śniadanie! krzyknęła Wiola z kuchni. Kawa stygnie!
Po kuchni snuł się aromat świeżej kawy i jajecznicy. Wstać w taki poranek po wczorajszej gównianej rozmowie, łzach Wioli, bezsennej nocy? Serio? Ale cóż, mówi się trudno, wstajesz bo życie na Ziemi się kręci, choćby nie wiem co.
Wiola wyglądała jak po tygodniu matur, oczy czerwone, cienie pod oczami, blada twarz. Nadstawiła policzek do buziaka, bąknęła słabe dzień dobry.
Szymek, będzie burza. Boże, jakbym chciała już taki deszcz porządny! Kiedy ta wiosna naprawdę przyjdzie Słuchaj, przypomniały mi się stare wiersze:
Czekam wiosny jak wybawienia
Od zimnej pustki, beznadziejności.
Wiosny czekam jako wyjaśnienia
Tych wszystkich życiowych zawiłości.
Zawsze mi się wydaje przyjdzie i wszystko się odmieni.
Ona jedna potrafi wszystko
Załatwić najlepiej,
Uczciwiej,
Prościej,
Pewniej.
Gdzie jesteś, wiosno? Wskakuj, czekamy!
Szymon objął jej wąskie ramiona i pocałował blond głowę, pachnącą jak polska łąka z rumiankiem. Serce ścisnęło się z żalu. Moja biedna, moja ukochana… Za co nam taki krzyż?
Nadzieja była tym, na czym jechali przez te wszystkie lata. Ale wczoraj słynny profesor, ich światełko w tunelu, zdmuchnął ją jednym słowem.
Bardzo mi przykro, ale nie będziecie mieć dzieci. Szymonie, twoja obecność po Czarnobylu nie przeszła bez echa. Tu nawet polska medycyna rozkłada ręce. Przepraszam, naprawdę.
Wiola otarła łzy, potrząsnęła włosami.
Szymon, długo myślałam. Musimy adoptować dziecko z domu dziecka. Tyle dzieci w domach dziecka! Weźmiemy jakiegoś chłopca, wychowamy go, będziemy mieli synka! Dasz radę? Przecież od lat marzymy o synu tak długo czekaliśmy…
Łzy płynęły Wioli ciurkiem, Szymon tulił ją, a sam też nie mógł się opanować.
Oczywiście, że damy radę! Kochanie, spokojnie
W tym momencie chmura grzmotnęła tak, że blok aż się zatrząsł. A chwilę później lunęło, aż się wydawało, że ktoś przelewa całe Zegrze przez okno. Niebiosa się otwarły Bóg w końcu usłyszał nasze modlitwy!
Deszcz walił jak z cebra momentalnie zrobiło się ciemno, jakby ktoś wyłączył światło w całym Śródmieściu. Grzmoty, błyskawice prawie nad balkonem. Szymon z Wiolą stali, objęci, przy oknie, przez rozszczelniony lufcik kapnęła kropla na policzek. Pachniało deszczem. Od razu chce się żyć.
To, co przed chwilą ściskało im dusze, powoli się topiło i odpływało z tym pierwszym, wyczekiwanym deszczem. Chcieli, żeby lało jak najdłużej. Ten pierwszy wiosenny deszcz symbol życia, odrodzenia, ruszania do przodu.
Kilka dni później stali już przed drzwiami domu dziecka na Bielanach. Umówieni. Przyszli po synka, wyczekanego Janka czy Staśka już go kochali, choć nawet nie widzieli. Kochali tą miłością, co się w ich sercach latami odkładała jak cukier w słoiku. Miłością do dziecka, które, mieli nadzieję, wreszcie będą wychować.
Serce waliło im jak podczas egzaminu na prawo jazdy. Szymon nacisnął dzwonek. Drzwi się otworzyły, już na nich czekano.
Rozmowa z panią dyrektorką była już kilka dni wcześniej, teraz prowadzono ich po pokojach, żeby w końcu zobaczyć dzieci, kandydatów na syna. Już w pierwszym pokoju wpadła im w oko dziewczynka. Siedziała w przemokniętym śpioszku na zielonej ceracie.
Brudna koszulka, nos usmarkany, ogromne niebieskie oczy patrzyły smutno na dorosłych. Z tej dziewczynki biło opuszczenie, zaniedbanie, zupełna niepotrzebność. Serce bolało, aż się chciało kląć. Oto polski dom dziecka azyl dla porzuconych, niepotrzebnych maluchów!
Szli dalej w kolejnym pokoju dzieci spały lub bawiły się w łóżeczkach. Oczy biegły po wszystkich twarzach. Siostra wyjmowała maluchy, przedstawiała, szeptała parę słów o rodzicach. Były schludne, czyste, wyprasowane pościele. Siostra brała dzieci na ręce, pokazywała z każdej strony jak na bazarze, pomyślał Szymon. Jeszcze tylko zapytać, ile za kilo
Szymon, wróćmy do tej biednej dziewczynki szepnęła Wiola. Szymon ścisnął jej dłoń.
Proszę, pokażmy tę dziewczynkę z pierwszego pokoju, tę z niebieskimi oczkami odezwał się do pielęgniarki.
Ale państwo mówili o chłopcu. Ta dziewczynka nie jest do pokazów, nie szykowaliśmy jej
Proszę, wróćmy. Chcemy zobaczyć ją jeszcze raz.
Siostra się zmieszała. Chciała coś powiedzieć, ale poprowadziła ich z powrotem.
Zaraz poproszę panią Annę Nowak. Poczekajcie tu. wskazała krzesła.
Wiola przytuliła się do Szymona.
Szymon, zabierzmy tę dziewczynkę. Jak ją zobaczyłam, aż mnie coś ścisnęło w sercu
Mnie też. Jest do ciebie podobna. I oczy, i włosy. I taka nieszczęśliwa!
Przyszła siostra z panią Anną Nowak, dyrektorką. Pani Anna ciągle jeszcze szukała argumentów.
Wybraliście najtrudniejsze dziecko. To nie dla was
Ale proszę spojrzeć sama ona do Wioli jak kropla w kroplę! Szymon ruszył zdecydowany do pokoju.
Małą już zdążyli umyć, przebrać, zrobić małe spa Nawet policzki jej się zaróżowiły. Jak zobaczyła, że dorośli się przy niej zatrzymali, rozpromieniała, pojawiły się dołeczki w policzkach, wyciągnęła rączki i spróbowała wstać Wiola ścisnęła Szymona za rękę. Dziewczynka miała stópki wykręcone do tyłu. Szymon, nie myśląc, zgarnął małą w ramiona. Przytuliła się noskiem do jego policzka zamarła.
Szymonowi łzy napłynęły do oczu, Wiola wtuliła się w jego ramię i rozbeczała. Dyrektorka też się odwróciła, ocierała łzy chusteczką.
Do mojego gabinetu. Siostro, weź Basię powiedziała rzeczowo Anna Nowak.
Mała urodziła się w zapomnianej mroźnej wiosce na Mazurach, u rodziców, którzy już dawno nie powinni mieć dzieci. Pewnie chcieli się jej pozbyć Basia przyszła na świat z poważnymi wadami nóg: po kolanach wszystko było pokręcone, zdeformowane stopy. Ojciec widząc niemowlę, natychmiast się wycofał nie zabrał jej do domu. Na argumenty, że wystarczy kilka operacji i dziecko będzie zdrowe, powiedział tylko: Nie mam pieniędzy, domu nie stać na takie cuda, jeszcze kaleki mi tylko brakowało i tak nas ośmioro na 30 metrach.
I tak Basia trafiła do domu dziecka.
Sami zdecydujcie, czy to dziecko dla was. Jest szansa, że będzie zdrowa, ale to ogromna praca, duże pieniądze, więcej cierpliwości i ogromna miłość. Nie spieszcie się, przemyślcie. Daję wam kontakt do profesora z Gdańska, który ją prowadzi. Powie dokładnie, co i jak. Macie miesiąc do namysłu. Dłużej nie można dzieci się szybko przyzwyczajają. A potem, jak się rozmyślicie westchnęła ciężko.
Miesiąc minął. Już pierwszego dnia po wizycie w ośrodku Szymon i Wiola wiedzieli: Basia jest ich dzieckiem. Profesorska opinia z Gdańska była jasna: operacji będzie kilka, ale wszystko się da naprawić, ślady niemal nie zostaną a Basia będzie biegać jak wszystkie zdrowe dzieci. Szymon wyliczył, czy starczy im na leczenie: wystarczy, jeśli sprzeda nowego Passata i stanie z budową domu. Na razie przecież mogą gnieździć się w jednej kawalerce grunt, by Basia była zdrowa.
Z utęsknieniem czekali na koniec karencji dyrektorskiej.
I znów stali pod znajomymi drzwiami, z bijącym sercem. Szymon z bukietem różowych piwonii, Wiola z torbą pełną prezentów. Pani Nowak ledwo powstrzymywała łzy. Rzadko się zdarza takie szczęście jeszcze jedno opuszczone dziecko znajdzie rodzinę!
Poszli razem do pokoju dzieci. Oto Basia: wyrosła, blond loczki, różowe policzki, pierwsze mleczaki na wierzchu już gaworzy i się uśmiecha. Szymon wziął ją na ręce Basia objęła go za szyję, wtuliła główkę. Zasnęła na jego ramieniu jak mały miś.
Do Wioli też zaraz na ręce przyszła. Wszyscy się poryczeli ze wzruszenia. Cały dzień w domu dziecka: lekarze, pielęgniarki, rady i instrukcje opieki. Formalności przed nimi trzeba było załatwiać sądową sprawę o odebranie praw rodzicielskich, żeby rodzice się nie rozmyślili. Sąd orzekł, Basia jest całkowicie wolna do adopcji.
W końcu nadszedł dzień powrotu do domu. Wiola rzuciła pracę, całą siebie poświęcając wychowaniu córeczki. Przygotowania do pierwszej operacji w Gdańsku trwały kilka tygodni.
Miesiąc w szpitalu: Szymon podziwiał, jak Basia trzyma łyżkę i je kaszkę, jak powtarza miau za kotem i bawi się w kozę Rogatą. Nogi na razie są tematem tabu na dwór tylko w długich spodniach.
Chodziła jak kaczuszka, ale gadatliwa, wesoła, szybko łapała imiona, wszystkich znała, witała serdecznym cześć całe piętro.
Najbardziej kochała Szymona mój tatusiek, tak teraz mówiła. I nawet Wiola przejęła ten zwrot. Tata był jej słońcem, światłem w oknie.
Po roku kolejne operacje. Wyjazdy do Gdańska trwały jeszcze kilka razy, ból, rehabilitacja, czuwanie nocy przy łóżku, nerwy ogromne. Ale był w końcu triumf: nóżki jak u innych dziewczynek, można biegać, skakać, śmiać się z pełną łobuzerską energią.
W pięć lat oddali Basię do przedszkola. Już tam wszyscy zachwycali się, jak pięknie rysuje, polecali rozwijać talent. W wieku sześciu lat dostała się do szkoły plastycznej jej prace pojawiały się już na wystawach dziecięcych. Kolorowe pejzaże, wesołe sceny wszyscy pytali, kto to namalował. Rodzice pękali z dumy.
Do podstawówki Basia poszła w wieku 7 lat. Od razu została liderką w klasie, najlepsza uczennica, pogodna dusza towarzystwa. Chodziła wciąż do plastycznej, zapisała się na taniec. Tam, gdzie ona, tam śmiech, tam zabawa. Rodzicom nie było wstyd przyjść na wywiadówki wszyscy chwalili Basię, nikt nie domyślał się, ile przeszła ona i jej nowi rodzice.
Bóg też nie zapomniał o Szymonie i Wioli po przyjęciu Basi do ich rodziny, los zaczął im sprzyjać. Biznes Szymona, kiedyś kulejący, nabrał rozmachu. Przeprowadzili się do Gdańska, kupili świetne mieszkanie, oddali Basię do prestiżowej szkoły.
Dziś Basia jest w szóstej klasie dalej prymuska, dalej chodzi do szkoły artystycznej. Piękna, niebieskooka, z blond warkoczem. Kochana przez wszystkich, serdeczna i uśmiechnięta. Oczko w głowie rodziców. Dar z nieba tak o niej mówią.




