Cień Miasta Barbórki

W październiku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku brygada kopalni „Wujek-Zachód" pod Rybnikiem pracowała nad nowym chodnikiem na głębokości tysiąca stu metrów. Trzeci dzień z rzędu wiertło szło przez ten sam twardy pokład węgla, aż nagle, około dwudziestej pierwszej, przewaliło się w pustkę.

Sztygar Marek Wojtala kazał natychmiast wstrzymać roboty. Kolejny strzał mógł wywołać zawał — tego nauczyła go katastrofa sprzed lat, o której na dole się nie mówiło, ale każdy pamiętał.

Zanim ekipa zwinęła sprzęt, młody górnik Tomek Baran przyłożył dłoń do otworu. Poczuł ciąg powietrza. Nie stęchlizny, nie metanu — świeżego powietrza, z lekką wonią mokrej trawy po deszczu.

— Panie sztygar, tu czymś ciągnie od zewnątrz — powiedział, cofając rękę, jakby się sparzył.

Wojtala podszedł, pochylił się nad dziurą. Milczał chwilę. Potem krzyknął do reszty, żeby nikt nie ruszał otworu, dopóki nie przyjedzie geolog z dyrekcji.

Noc zeszła na czekaniu. Ktoś zaparzył kawę rozpuszczalną w termosie, ktoś inny palił papierosa za papierosem przy szybie wyciągowym. O czwartej nad ranem zjechał geolog, pan Henryk Dudek, z latarką czołową i teodolitem, którego i tak nikt nie zamierzał używać na razie.

Otwór poszerzono ostrożnie, młotkiem pneumatycznym na najniższych obrotach. Kawałek po kawałku odpadał węgiel, aż zrobiła się dziura wielkości talerza. Baran przyłożył do niej oko — i odskoczył tak gwałtownie, że uderzył plecami o obudowę chodnika.

— Co tam, chłopie? — zapytał ktoś z tyłu.

— Światło — wykrztusił Baran. — Tam jest światło.

Dudek sam podszedł do otworu. Patrzył długo, nie odzywając się. W końcu zażądał, żeby ktoś natychmiast zszedł na powierzchnię i zadzwonił do dyrekcji kopalni, a najlepiej też do Głównego Instytutu Górnictwa w Katowicach.

Otwór rozszerzyli jeszcze o kilkanaście centymetrów. Teraz każdy z brygady podchodził po kolei, zaglądał i odstępował bez słowa, blady, z otwartymi ustami. Nad ich głowami leżało ponad kilometr skały, węgla i piachu, a przed oczami rozciągało się coś, czego tam po prostu być nie mogło.

Za ścianą było miasto.

Nie ruina, nie jaskinia z dziwnymi formacjami — prawdziwa ulica, oświetlona ciepłym, żółtawym światłem, jakby paliły się stare latarnie gazowe. Brukowana nawierzchnia, kamienice z balkonami, na jednym z nich firanka poruszająca się od przeciągu, którego przecież tam być nie mogło. Powietrze pachniało deszczem i czymś jeszcze — piekarnią, świeżym chlebem.

Baran, najmłodszy w brygadzie, zaczął się modlić po cichu, przesuwając w palcach medalik z Matki Boskiej Piekarskiej, który dostał od babci na bierzmowanie. Starszy górnik Zdzisław Kopeć usiadł na skrzynce z narzędziami i powtarzał, że to złudzenie, że metan robi z człowiekiem różne rzeczy, że trzeba się stąd zabierać. Palce, którymi zaciskał paski hełmu, drżały mu tak, że nie trafiał klamrą w otwór, próbował trzy razy, zanim się poddał.

Dudek kazał zamurować otwór prowizorycznie deskami i workami z piaskiem, dopóki nie przyjedzie ekipa z Katowic. Nikt nie spał tej nocy. Na powierzchni dyrektor kopalni, pan Ryszard Zieliński, telefonował po kolei do wszystkich, których znał w instytucie, w wojewódzkim urzędzie górniczym, nawet do znajomego z telewizji w Katowicach, żeby na razie absolutnie nic nie ujawniać.

Rano zjechała komisja — dwóch geologów, inżynier górnictwa i mężczyzna w garniturze z legitymacją Służby Bezpieczeństwa, który się nie przedstawił z nazwiska, tylko słuchał, notował i co jakiś czas wychodził na powierzchnię, żeby z budki telefonicznej przy portierni dzwonić gdzieś do Katowic. Otwór rozkuto na tyle, żeby jedna osoba mogła się przecisnąć. Zgłosił się Wojtala, mimo że komisja chciała wysłać kogoś ze swoich. Powiedział, że to jego chodnik i jego ludzie, więc idzie pierwszy.

Zszedł z latarką i linką asekuracyjną obwiązaną w pasie, choć nikt nie wiedział, na co miałaby się przydać. Baran śledził wskazówki zegarka na ścianie chodnika — za dziesięć siódma, kiedy Wojtala zniknął w otworze, i za dziesięć dwudziesta minuta później, kiedy linka szarpnęła dwa razy, umówiony sygnał, że wraca. Wyszedł tyłem, jakby nie mógł oderwać oczu od tego, co zostawiał za sobą, blady, z ręką drżącą tak, że nie mógł zapalić papierosa. Powiedział tylko, że to nie jest miasto na powierzchni Polski, że tam nie ma nieba, tylko sklepienie, wysoko, poza zasięgiem światła latarek, i że na murze przy wejściu do jednej z kamienic wisiała tabliczka z nazwą ulicy — pismem, które przypominało zarazem grecki alfabet i coś dużo starszego, jakby ktoś próbował zapisać polskie słowa znakami, których polski nigdy nie używał. Dodał, że pod tabliczką, na chodniku, leżała gazeta, zwyczajna gazeta, jakby ktoś ją przed chwilą upuścił, ale kiedy sięgnął po nią, papier rozsypał się w palcach jak popiół.

Komisja postanowiła zamurować przejście betonem na stałe, zanim ktokolwiek zdąży to sfotografować i rozpowszechnić. Dudkowi kazano podpisać oświadczenie o zachowaniu tajemnicy zawodowej, tak samo Baranowi, Kopeciowi i reszcie brygady. Zieliński dostał instrukcję, że oficjalnie chodnik zawalił się z powodu naruszenia stateczności górotworu i roboty w tym rejonie zostają wstrzymane bezterminowo.

Betoniarka pracowała całą noc. Nad ranem otwór zniknął pod grubą warstwą zbrojonego betonu, a chodnik oznaczono jako niebezpieczny i zamknięto szlabanem.

Tydzień później geolog Dudek nie zjawił się w pracy. Sąsiedzi mówili, że wyprowadził się w nocy, bez pożegnania, zostawiając meble i firanki w oknach. Zieliński, pytany o to na zebraniu dyrekcji, odpowiedział tylko, że pan Dudek dostał lepszą posadę w Warszawie, i zmienił temat, przekładając papiery na biurku, których i tak nie czytał.

Minęło trzydzieści dziewięć lat. Kopalnia „Wujek-Zachód" została zlikwidowana w dwa tysiące dziesiątym roku razem z kilkoma innymi w regionie, szyby zasypano, teren przekazano spółce zajmującej się rekultywacją terenów pogórniczych. Tomek Baran, dziś siedemdziesięcioczteroletni emeryt, mieszka w Rybniku przy ulicy Kościuszki, w tym samym mieszkaniu, w którym mieszkał wtedy z żoną.

We wrześniu dwa tysiące dwudziestego szóstego roku wnuczka Barana, studentka historii z Katowic, przygotowywała pracę zaliczeniową o zamkniętych kopalniach Górnego Śląska. Poprosiła dziadka o wspomnienia z pracy pod ziemią — do nagrania na dyktafon, bo prowadząca zajęcia lubiła relacje z pierwszej ręki.

Baran długo odmawiał. Dopiero gdy wnuczka powiedziała, że archiwa Urzędu Górniczego są już częściowo odtajnione i sama znalazła w nich wzmiankę o „zdarzeniu nietypowym" w chodniku numer siedem z października osiemdziesiątego siódmego, poszedł do komody, wyjął z niej stary, zardzewiały medalik zawinięty w chusteczkę, i opowiedział wszystko od początku do końca.

Powiedział jej też, że dyrektor Zieliński zmarł w dziewięćdziesiątym trzecim na zawał, nie zdążywszy nikomu niczego wyjaśnić, oraz że Zdzisław Kopeć, który do końca życia twierdził, że to był metan i nic więcej, umarł w zeszłym roku w hospicjum w Wodzisławiu Śląskim, powtarzając w malignie nazwę ulicy, której przecież — jak sam mówił na trzeźwo — nigdy tam nie było. Baran zapamiętał tę nazwę na tyle dokładnie, że zapisał ją fonetycznie na kartce, chociaż nie umiał jej przeczytać ani wymówić poprawnie: coś jak „Ulica Wyroj" albo „Wyrój".

Wnuczka, słysząc to słowo, poczuła, jak robi jej się zimno mimo grzejnika w pokoju dziadka. Dwa tygodnie wcześniej, przeglądając w archiwum wojewódzkim zupełnie inną teczkę — dotyczącą osiemnastowiecznej parafii w podrybnickiej wsi, dawno wysiedlonej pod budowę zbiornika retencyjnego — natrafiła na wzmiankę kronikarza o miejscu, które okoliczni chłopi nazywali Wyrojem i o którym opowiadali, że „zapadło się pod ziemię w noc świętojańską", a które proboszcz kazał wymazać z ksiąg parafialnych jako plotkę niegodną zapisu. Wtedy machnęła na to ręką, uznając za ludową bajkę. Teraz, siedząc naprzeciw dziadka, otworzyła zdjęcie zrobione tamtej kartce w telefonie i pokazała mu słowo zapisane osiemnastowiecznym pismem odręcznym.

Baran wpatrywał się w nie długo, obracając w palcach medalik z chusteczki. Potem powiedział cicho, że to nie jest dokładnie ten sam kształt liter, które widział wtedy on i Wojtala na tabliczce — ale jest bliżej niż cokolwiek, co widział od tamtej pory, i że gdyby ktoś zapytał go teraz, czy wierzy, że pod Rybnikiem zapadła się w osiemnastym wieku jakaś wieś czy miasteczko, i że to, co znaleźli w osiemdziesiątym siódmym, było resztką tamtego miejsca zakonserwowaną w jakiś niepojęty sposób głęboko pod ziemią — odpowiedziałby, że to więcej sensu niż cokolwiek, co usłyszał od komisji tamtej nocy.

Wnuczka nagrała wszystko na dyktafon, spisała, dołączyła zdjęcie odnalezionego w archiwum dokumentu z pieczątką „tajne" i klauzulą zdjętą dopiero w dwa tysiące dwudziestym drugim roku, a także fotografię wzmianki o Wyroju z kroniki parafialnej. Pracę zaliczeniową oddała, dostała piątkę i pochwałę za oryginalność źródeł — chociaż o samym Wyroju i o nagraniu dziadka nie napisała ani słowa, uznając, że nikt by jej i tak nie uwierzył. Materiału audio nikomu nie pokazała — schowała go na osobnym dysku, razem ze skanem dokumentu i zdjęciem kroniki, w folderze, który nazwała po prostu: „Dziadek, październik 87".

Oceń artykuł
TwojaCena
Cień Miasta Barbórki