Chyba miłość już się skończyła
Jesteś najładniejszą dziewczyną na tym wydziale powiedział wtedy, wręczając jej bukiet rumianków kupionych na bazarku pod Halą Mirowską.
Mariola roześmiała się przyjmując kwiaty. Pachniały latem i jakąś ulotną prawdą. Krzysiek patrzył na nią wzrokiem człowieka, który doskonale wie, czego chce. A chciał jej.
Pierwsza randka odbyła się w parku Skaryszewskim. Krzysiek przyniósł koc, termos z herbatą i kanapki z szynką, które zrobiła jego mama. Siedzieli na trawie aż do zmroku. Mariola zapamiętała, jak śmiał się, odchylając głowę w tył. Jak niby przypadkiem dotykał jej ręki i jak patrzył na nią jakby była jedyną osobą w całej Warszawie.
Po trzech miesiącach zabrał ją do kina na francuską komedię, z której niewiele rozumiała, ale śmiała się razem z nim. Po pół roku zapoznał ją z rodzicami. Po roku poprosił, żeby się do niego przeprowadziła.
I tak śpimy każdej nocy razem stwierdził Krzysiek, bawiąc się jej włosami. Po co płacić za dwa mieszkania?
Mariola się zgodziła. Nie dla pieniędzy, oczywiście. Po prostu przy nim świat nabierał sensu.
Ich kawalerka pachniała pomidorówką w niedzielę i świeżą pościelą. Mariola nauczyła się robić jego ulubione mielone z czosnkiem i koperkiem, dokładnie jak jego mama. Wieczorami Krzysiek czytał jej na głos artykuły z Gazety Wyborczej o biznesie i finansach. Marzył o własnej firmie. Mariola słuchała z łokciem opartym o stół i wierzyła w każde jego słowo.
Snuli plany. Najpierw odłożyć na wkład własny. Potem własne, dwupokojowe M. Potem samochód. Dzieci, oczywiście. Dwójka, chłopiec i dziewczynka.
Ze wszystkim zdążymy mówił Krzysiek całując ją w czubek głowy.
Mariola kiwała głową. Obok niego czuła się niezniszczalna.
…Piętnaście lat wspólnego życia obrosło rzeczami, rytuałami, nawykami. Mieszkanie w dobrym osiedlu, z widokiem na skwer. Kredyt hipoteczny na dwadzieścia lat, który spłacali wcześniej, rezygnując z wakacji i kolacji na mieście. Srebrna Toyota pod blokiem Krzysiek sam wybierał, sam się targował, a potem co sobotę polerował maskę do połysku.
Duma rozlewała się w piersi ciepłą falą. Wszystko osiągnęli sami. Bez pomocy rodziców, znajomości czy farta. Po prostu ciężko pracowali, liczyli każdą złotówkę, zaciskali zęby.
Mariola nigdy nie narzekała. Nawet gdy była tak zmęczona, że przysypiała w metrze i budziła się na Kabatach. Nawet gdy miała ochotę rzucić wszystko i polecieć gdzieś nad morze. Byli drużyną tak mówił Krzysiek, a ona wierzyła.
Jego dobro zawsze było na pierwszym miejscu. Mariola nauczyła się tej zasady na pamięć, wplotła ją sobie w geny. Gorszy dzień w pracy? Robiła kolację, nalewała herbatę, słuchała. Kłótnia z szefem? Gładziła go po głowie, szeptała, że wszystko się ułoży. Zwątpienia? Zawsze potrafiła powiedzieć coś, co podnosiło go na duchu.
Jesteś moją kotwicą, moim portem i wsparciem mówił Krzysiek w takich chwilach.
Mariola się uśmiechała. Być czyjąś kotwicą czy to nie jest szczęście?
Były ciężkie okresy. Pierwszy raz po pięciu latach. Firma, w której pracował Krzysiek, zbankrutowała. Siedział w domu trzy miesiące, przewijając ogłoszenia i ciemniejąc z każdym dniem.
Drugi raz jeszcze gorzej. Koledzy wrobili go w papiery, nie tylko stracił pracę, ale musiał dopłacić sporą kwotę. Sprzedali samochód, żeby wyjść na zero.
Mariola nigdy go nie obwiniała. Ani słowem, ani spojrzeniem. Brała dodatkowe zlecenia, zarwała niejedną noc, oszczędzała na wszystkim. Liczyło się tylko jedno żeby Krzysiek dał radę. Żeby się nie załamał. Żeby uwierzył w siebie.
…Krzysiek się podniósł. Znalazł lepszą pracę. Kupili znowu srebrną Toyotę. Życie wróciło na właściwy tor.
Rok temu siedzieli w kuchni, i Mariola w końcu powiedziała na głos coś, o czym myślała od lat:
Może już czas? Nie mam już dwudziestu lat. Jak jeszcze poczekamy
Krzysiek skinął głową. Na poważnie, z namysłem.
Przygotujmy się.
Mariola wstrzymała oddech. Tyle lat marzeń, odwlekania, czekania na ten moment. I oto jest.
Wyobrażała to sobie tysiąc razy. Małe dłonie, które łapią ją za palec. Zapach zasypki dla niemowląt. Pierwsze kroki po ich salonie. Krzysiek czytający bajki na dobranoc.
Dziecko. Ich dziecko. Wreszcie.
Zmiany przyszły natychmiast. Mariola zmieniła dietę, zaczęła biegać po lekarzach, ładować w siebie witaminy. Kariera zeszła na dalszy plan, chociaż właśnie teraz miała dostać awans.
Jesteś pewna? spytała szefowa, zerkając znad okularów. Taka szansa trafia się raz w życiu.
Mariola była pewna. Awans oznaczał delegacje, zwariowane godziny, stres. Nie najlepsze warunki dla ciężarnej.
Wolę przenieść się do oddziału odpowiedziała.
Szefowa wzruszyła ramionami.
Oddział mieścił się piętnaście minut od domu. Praca nudnawa, powtarzalna, bez perspektyw. Ale można punktualnie wyjść o szesnastej i weekend mieć święty.
Nowe stanowisko opanowała błyskawicznie. Nowi koledzy byli mili, chociaż bez wielkich ambicji. Mariola sama robiła sobie obiady, spacerowała w przerwie, zasypiała zawsze przed północą. Wszystko dla dziecka. Dla ich przyszłej rodziny.
Chłód wkradł się niezauważenie. Początkowo niczego nie zauważyła. Krzysiek była zajęty, zmęczony. Zdarza się.
Ale przestał pytać, jak minął jej dzień. Już nie obejmował jej przed snem. Nie patrzył jak na początku, kiedy nazywał ją najładniejszą dziewczyną na wydziale.
W domu zrobiło się cicho. Za cicho. Kiedyś gadali godzinami o wszystkim i o niczym. Teraz Krzysiek cały wieczór siedział w telefonie. Na pytania odpowiadał półsłówkami. Zasypiał odwrócony do ściany.
Mariola leżała obok, wpatrzona w sufit. Między nimi przepaść szeroka na pół metra materaca.
Bliskość zniknęła. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc. Mariola już nie liczyła. Krzysiek zawsze znajdował wymówkę:
Jestem bardzo zmęczony. Jutro, dobrze?
Jutro nigdy nie nadchodziło.
W końcu zapytała wprost. Pewnego wieczoru zagrodziła mu drzwi do łazienki.
Co się dzieje? Powiedz uczciwie.
Krzysiek patrzył gdzieś za nią. W okolice futryny.
Wszystko dobrze.
Nieprawda.
Wymyślasz sobie. To tylko taki okres. Przejdzie.
Ominął ją i zamknął się w łazience. Woda zaczęła szumieć.
Mariola stała w korytarzu, przyciskając dłoń do serca. Bolało. Głupio, monotonnie, bez przerwy.
Wytrzymała jeszcze miesiąc. Potem już nie mogła. Spytała prosto z mostu:
Kochasz mnie jeszcze?
Pauza. Długa, groźna pauza.
Ja… nie wiem, co do ciebie czuję.
Mariola usiadła na kanapie.
Nie wiesz?
Krzysiek w końcu spojrzał jej w oczy. Tam pustka. Zagubienie. Ani śladu tego ognia, co kiedyś.
Chyba miłość już dawno się skończyła. Milczałem, bo nie chciałem ci robić przykrości.
Mariola miesiącami żyła w tym zawieszeniu, analizując każdy gest, każde słowo, szukając wyjaśnienia. Może ma problemy w pracy. Może kryzys wieku średniego. Może to tylko długi zły nastrój.
A on po prostu przestał kochać. I milczał, gdy ona planowała ich przyszłość, rezygnowała z awansu, przygotowywała się do ciąży.
Decyzja przyszła nagle. Koniec z może się ułoży, może jeszcze warto poczekać. Starczy.
Składam pozew o rozwód.
Krzysiek pobladł. Mariola widziała, jak drgnął mu grdyka.
Poczekaj. Nie tak od razu. Możemy spróbować
Spróbować?
Może zróbmy dziecko? Może to nas zbliży. Mówią, że dzieci jednoczą małżeństwo.
Mariola parsknęła z goryczą.
Dziecko tylko pogorszy sprawę. Nie kochasz mnie. Po co nam dzieci? Żeby potem rozwodzić się z niemowlakiem na rękach?
Krzysiek milczał. Nie miał nic do powiedzenia.
Mariola wyprowadziła się tego samego dnia. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, wynajęła pokój u znajomej. Pozew złożyła tydzień później, kiedy przestały jej się już trzepać ręce.
Podział majątku zapowiadał się na długą walkę. Mieszkanie, samochód, piętnaście lat wspólnych zakupów i decyzji. Mecenas coś mówił o wycenie, udziałach, negocjacjach. Mariola kiwała głową i notowała, starając się nie myśleć, że po tylu latach jej życie sprowadza się do metrażu i wartości Toyoty.
Wkrótce znalazła swój własny wynajem małą kawalerkę. Uczyła się być sama. Gotować na jedną porcję. Oglądać seriale bez zbędnych komentarzy. Spać w poprzek całego łóżka.
W nocy wracały wspomnienia. Leżała z twarzą w poduszkę, wyławiając z pamięci rumianki z bazarku, koc w parku Skaryszewskim, jego śmiech, jego dłonie, głos mówiący jesteś moją kotwicą.
Bolało okropnie. Piętnastu lat nie da się wyrzucić z serca, jak starych ciuchów z szafy.
Ale przez ból przebijało coś jeszcze. Ulga. Poczucie, że zrobiła dobrze. Zdążyła na czas, zanim przywiązała się do tego człowieka dzieckiem. Zanim utkwiła na lata w fikcyjnej rodzinie.
Trzydzieści dwa lata. Całe życie przed sobą.
Czy się boi? Strasznie.
Ale da radę. Nie ma innego wyjścia.




