To wydarzyło się przeszło trzydzieści lat temu. Byłem świeżo upieczonym magistrem i zaczynałem pracę jako główny inżynier w fabryce. Kto pamięta tamte lata wie, że to były ciężkie czasy.
Zdarzało się, że część wypłaty pracownicy otrzymywali w produktach żywnościowych. W naszym zakładzie jednak to się nie zdarzało, fabryka działała prężnie. Kierownictwo stawiało na rozwój i starało się, by stworzyć pracownikom jak najlepsze warunki pracy. Być może wynikało to z tego, że współpracowaliśmy z podobnymi fabrykami za granicą i nasi kontrahenci kładli nacisk na to, by pracownicy mieli zapewnione wszelkie udogodnienia.
Wiem, wydaje się to nieprawdopodobne, ale nasi pracownicy mieli przy fabryce przedszkole, gdzie mogli zostawiać swoje dzieci. Mieliśmy też przyzakładową stołówkę.
I właśnie o niej, a właściwie o osobie, która ją prowadziła, będzie ta historia.
Bożenka była kucharką w naszej stołówce. Wszyscy uwielbiali chodzić tam na obiady lub po prostu zjeść coś słodkiego. Jedzenie, które przygotowywała to była czysta poezja. Nie dość, że było bardzo smaczne, to dodatkowo zachwyt budził sposób podania. Każda porcja była estetycznie położona i na dodatek była jeszcze finezyjne udekorowana. Każdy po zjedzeniu posiłku szedł do pani Bożenki, by podziękować i wyrazić uznanie dla smaku i wykonania jej potraw.
Nie jeden chciał poznać przepisy na jej przepyszne ciasta. Nie jeden pytał, jaki jest ten magiczny składnik, który sprawia, że jedzenie tak niebiańsko smakuje. Jakich tajemniczych przypraw używa. Bożenka uśmiechała się tylko skromnie i mówiła, że tym tajemniczym składnikiem jej potraw jest miłość. Miłość do tego co się robi. Mówiła, że do każdej potrawy dodaje szczyptę miłości i to wystarcza.
Do naszego zakładu miała przyjechać delegacja ze Szwecji Staraliśmy się, by wszystko było zapięte na ostatni guzik. Od tej wizyty zależał dalszy rozwój naszego zakładu. Dyrektor poprosił Bożenkę, by przygotowała jakieś przekąski, danie obiadowe i coś słodkiego. Nie przestraszyła się wyzwania, zapytała tylko na ile osób i czy ma wolną rękę w wyborze potraw.
Nadszedł dzień wizyty gości z zagranicy. Po zwiedzeniu zakładu i podpisaniu umowy wszyscy przeszli do Sali, jakby to dzisiaj nazwać konferencyjnej. Ich oczom ukazał się pięknie zastawiony stół, wszystkie półmiski były gustownie udekorowane. Usiedliśmy do stołu i naprawdę przez dłuższy czas nikt z gości się nie odzywał. Jedyne co było słychać, to ciche westchnienia z zachwytu. Po skończonym posiłku jeden ze Szwedów poprosił, by przyprowadzić osobę, która to wszystko przygotowała. Poszedłem po Bożenę – jakąż ona miała przerażoną minę, gdy szła do konferencyjnej. Gdy weszła do sali goście wstali i przywitali ją oklaskami. W ten sposób wyrazili uznanie dla jej dokonań kulinarnych.
A potem było tak jak w bajce o Kopciuszku. Jednemu z uczestników delegacji bardzo podobała się nasza kuchareczka. Na początku pisał do niej listy, trochę było z tym kłopotu, bo Bożenka słabo znała angielski, ale to nie przeszkodziło w rozkwicie ich miłości. Nie minęło dwa lata, wzięli ślub i Szwed zabrał nam nasz skarb do siebie. Pani, która objęła stołówkę po Bożence, najwyraźniej nie słyszała o tajemniczym składniku. Jej potrawy nie budziły już takiego zachwytu i większość z nas zaczęła przynosić kanapki do pracy.
Zapytacie, czy wiem co z Bożenką?
Otóż z tego co słyszałem, to ma całą sieć małych, klimatycznych restauracji w Ystad.
Choć minęło 40 lat, ja mam ciągle w ustach smak jej pomidorowej i szarlotki.



