Cena pychy

Cena pychy

Ola, mogłabyś pożyczyć mi parę rzeczy? zapytała z błaganiem w głosie Marysia, stojąc w progu przytulnego mieszkania siostry.

Jej wzrok mimowolnie zatrzymał się na przestronnym przedpokoju z markowymi meblami, na lustrze w stylowej ramie, na pufie przy drzwiach wszystko wyglądało jak z katalogu wnętrzarskiego. W sercu zadrgała znajoma, choć przez to wcale nie łagodniejsza, nutka zazdrości. U Oli zawsze było idealnie.

Ola pojawiła się w drzwiach salonu i dokładnie przyjrzała się siostrze. Nawet w codziennym dresie z kaszmiru na zwykły dzień wyglądała swobodnie, elegancko czego Marysia od lat nie mogła osiągnąć.

No mów, co to za tajemnica powiedziała spokojnie Ola, opierając się o futrynę.

Marysia nerwowo poprawiła rękaw swojego, niezbyt nowego, płaszcza. Starała się nie patrzeć na dużą grafikę naprzeciwko, nie zwracać uwagi na nienaganny porządek ani na zapach świeżo zmielonej kawy, który wypełniał mieszkanie.

To w sumie drobiazg mruknęła cicho, próbując zebrać myśli.

Ola czekała cierpliwie, a Marysia zrozumiała, że nie uniknie tematu. Westchnęła ciężko i wypaliła:

W sobotę jest zjazd absolwentów. Muszę tam być! I muszę wyglądać perfekcyjnie, rozumiesz? Chcę, żeby wszyscy myśleli, że moje życie to bajka!

Ale po co ci to? Ola odwróciła się z niedowierzaniem. Po co się starać dla ludzi, których nie widujesz na co dzień, z którymi nie masz kontaktu? Ty już nawet nie mieszkasz w tym mieście, tylko na drugim końcu Polski!

Marysia przeczesała włosy dłonią. Nagle bardzo chciała mieć kuchnię jak Ola z nowoczesnym barkiem, sprzętami do zabudowy i modnymi lampami. Pragnęła, by jej poranki wyglądały tak jak tu: bez pośpiechu, przy kawie wśród pięknych wnętrz.

Ty nie rozumiesz! wybuchła. To dla mnie ważne. Chcę, żeby zobaczyli, że dałam radę. Żeby nikt nie myślał, że coś mi się nie udało.

Urwała, łapiąc się na tym, że patrzy na Olę z niezazdroszoną zazdrością. Ta wydawała się tego nie widzieć, albo nie przywiązywała do tego wagi.

Naprawdę zamierzasz udawać kogoś, kim nie jesteś? Ola usiadła na krześle, łagodnie, bez osądzania. Myślisz, że to na kimś zrobi wrażenie?

Nie o to chodzi pokręciła głową Marysia. Po prostu chcę, żeby myśleli, że spełniłam marzenia.

Dobrze Ola westchnęła w końcu. Chodź zobaczymy, co mam. Ale obiecaj, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy oszukujesz ludzi. To nie jest w porządku.

Ty nic nie rozumiesz!

I zaczęła swoją opowieść

~~~*~~~

W szkolnych latach była prawdziwą królową klasy to trzeba przyznać. Za każdym razem, gdy pojawiała się na korytarzu, chłopcy patrzyli na nią z zachwytem. Nauczyciele nieświadomie łagodnieli na widok jej zamyślonej buzi i tego charakterystycznego, lekko smutnego spojrzenia. Rodzice nie potrafili jej odmówić wystarczył lekki gest czy westchnienie, a dostawała to, czego chciała.

Wszystko przychodziło jej z łatwością. Jeśli spodobały jej się modne sneakersy, które właśnie pojawiły się w Krakowie, mama już następnego dnia przynosiła je w torbie z ekskluzywnego sklepu. Nowy chłopak w klasie? W tydzień był już jej adoratorem. Stało się to zabawą sprawdzaniem, na ile może sobie pozwolić i ile marzeń zrealizować.

Bo mogę, powtarzała sobie. To było jej zaklęcie, usprawiedliwienie każdego zachowania. Jeśli koleżanka zaczęła rozmawiać z chłopakiem, który się Marysi podobał, ona bez wahania przejmowała inicjatywę i prawie zawsze wygrywała. Nie chodziło o miłość, a zwykłą satysfakcję, czy da radę przyciągnąć uwagę na siebie. I zazwyczaj dawała radę.

Z czasem dawni przyjaciele i koleżanki zaczęli się odsuwać. Najpierw jedna przestała ją zapraszać na spacery, potem druga znalazła nowe znajome. Marysia nie przejmowała się wokół zawsze było pełno tych, którzy chcieli zdobyć jej aprobatę. Przyjmowała to za oczywistość: kto nie doganiał jej tempa, był po prostu niegodny bliskości.

Na studniówce czuła się jak królowa balu. Sala tonęła w balonach i światłach, wszyscy patrzyli na nią, łapali jej każde słowo. Stoi w centrum uwagi dokładnie tam, gdzie lubiła być.

Upojona podziwem, pozwoliła sobie na więcej niż powinna. Przy rozmowie o wspomnieniach szkolnych nagle wygłosiła serię gorzkich przytyków wobec koleżanek. Przypomniała dawne urazy, wytknęła pomyłki, dodała złośliwości o wyglądzie. Słowa płynęły łatwo, a ona śledziła reakcje: kto się obroni, kto zamilknie.

Moje życie będzie wspaniałe! powiedziała z wyniosłością Marysia, podnosząc głowę i patrząc koleżankom prosto w oczy. W jej głosie brzmiała pewność, jakby to wspaniałe życie już czekało na nią tuż za progiem.

Zrobiła krótką pauzę, rozkoszując się uwagą, i kontynuowała jeszcze pewniej:

Już widzę swoją przyszłość: bogaty mąż spełniający każde moje marzenie, willa z ogrodem, może własny biznes Chociaż na to nie mam zamiaru się wysilać, wszystko przyjdzie samo! Pieniądze, luksus, podziw to będzie moje życie.

Gdy powtarzała te scenariusze jak z telenoweli, na ustach miała pewny, triumfalny uśmiech. Wyobrażała sobie błysk żyrandoli, drogie auta, kolacje na Starym Mieście.

A was czeka zupełnie inny los! nagle zmieniła ton i zwróciła się do jednej z koleżanek tej cichej, zawsze przygotowanej prymuski spod okna.

Dziewczyna skuliła się pod spojrzeniem, ale Marysia nie przerywała:

Ty będziesz nauczycielką w podstawówce gdzieś na wsi. Może w sklepie na kasie. Bo jesteś szarą myszą, nie umiesz zadbać o siebie! rzuciła pogardliwie. Twój mąż będzie robotnikiem, co wraca do domu, pije i krzyczy.

Przechodziła od jednej dziewczyny do drugiej, wróżąc losy coraz czarniejsze. Komuś przewidziała los matki trójki dzieci w PRL-owskim bloku na Bieżanowie, komuś codzienność w biurze na minimalnej krajowej. Przy każdym kolejnym osądzie nie szczędziła zgryźliwych komentarzy co do urody, charakteru i talentów.

Dziewczyny spuszczały wzrok, nerwowo się uśmiechały, udając, że to wszystko żarty. A jednak słowa Marysi bolały pomimo jej pozornego luzu, napięcie dało się wyczuć w powietrzu.

Marysia śmiała się z ich uciekających spojrzeń, upajając się poczuciem wyższości. Jej śmiech rozbrzmiewał w sali gimnastycznej, chłopcy śmiali się z nią z solidarności, albo by nie wyłamać się z tłumu.

Chłonęła każdą reakcję, czując się niemal wszechwładna miała wrażenie, że może przepowiadać przyszłość całej klasy.

Na studia wybrała się do Wrocławia, choć kierunek nie interesował jej specjalnie. Liczył się prestiż, możliwości i to, że tu łatwiej poznać kogoś z odpowiedniej sfery. W dodatku odziedziczyła po babci mieszkanie, nie musiała dzielić pokoju w akademiku.

Początki były zgodne z planem. Marysia zorganizowała mieszkanie po swojemu, kupowała modne dodatki, poznawała ludzi, chodziła na imprezy. Po staremu przyciągała spojrzenia uśmiech, zadbane włosy i naturalna pewność siebie robiły swoje. Czuła, że niedługo znajdzie kogoś, kto doceni jej zalety.

Niedługo potem przyszła prawdziwa konfrontacja. Program studiów okazał się trudniejszy niż sądziła, zajęcia wymagały koncentracji i pracy, a egzaminy systematyczności, której dotąd nie potrzebowała. Przyzwyczajona do łatwych sukcesów, Marysia była kompletnie nieprzygotowana. Omijała wykłady, odkładała kolokwia, licząc na urok albo powierzchowną wiedzę.

Szybko okazało się, że to nie wystarcza. Już na pierwszej sesji poległa z kretesem. Wykładowcy przestali przymykać oko. Albo zaczynacie się uczyć, albo opuszczacie uczelnię słyszała. Po raz pierwszy pewność siebie zaczęła topnieć.

Dotarło do niej: beztroskie życie się skończyło. Świat okazał się bardziej wymagający, konkurencja była duża. Wokół nich wiele ładnych, rezolutnych dziewczyn, a ona przestała się wyróżniać. Tamte były bardziej pracowite, umiały sobie radzić. Ona wciąż żyła wyobrażeniem o sobie z liceum.

Nie stała się jednak bardziej rzetelna. Zamiast skupić się na nauce, obrała inną drogę. Stwierdziła, że dopóki uroda nie przemija, musi znaleźć męża. I to nie byle kogo liczył się status, nazwisko, kasa.

Zaczęła intensywnie chodzić na randki, spotykała się nawet ze starszymi mężczyznami, dbała o wygląd. W rozmowach regularnie wspominała o rodzinnych wartościach i potrzebie stabilizacji. Im bardziej się starała, tym mocniej było widać jej niepokój co szybko zniechęcało adoratorów.

Wreszcie jeden zwrócił jej uwagę, a ona uznała go za kandydata idealnego.

Był nim Bartosz syn lekarzy, rodzina prowadziła prywatną klinikę, dom z ogrodem na Krzykach, obracali się wśród znanych wrocławian. Bartosz skończył studia za granicą, pracował w firmie rodziców, był jedynakiem wszystko wydawało się poukładane.

Nie był piękny: raczej niski, twarz okrągła, zgarbiony. Marysia jednak machnęła na to ręką. Po co mi przystojniak bez grosza? przekonywała siebie. Prędko powołała w myślach siebie na panią na salonach: przyjęcia, drogie wycieczki, wieczory z elitą.

Droga do celu była starannie dobrana: najpierw wypadało przypadkiem pojawić się tam, gdzie Bartosz po pracy, potem zabłysnąć wdziękiem i intelektem. Wybierała stroje, ważyła gesty, starała się zachowywać nonszalancko, ale z klasą.

W końcu grunt znalazła. Spotykali się, chodzili do knajp, rozmawiali. Czuła, że Bartosz jest coraz bardziej zainteresowany. Podsuwała tematy rodzinne, wspominała, że ważna jest stabilizacja.

Nie przewidziała jednego dla rodziny Bartosza jej korzenie miały ogromne znaczenie. Rodzice dyskutowali już od dawna, kogo widzą przy synu miała być odpowiednia dziewczyna, z dobrego domu.

Kiedy Bartosz wspomniał Marysię rodzicom, matka uniosła brwi:

Kim jest ta twoja koleżanka? Co robią jej rodzice?

Zwykła rodzina, mama pracuje w banku, tata jest kierowcą, mieszkają w Rzeszowie odparł Bartosz niepewnie.

Zwykła? matka skrzywiła się. Nasza rodzina ma reputację i pozycję. Co ludzie powiedzą właściciel kliniki ożenił się z dziewczyną ze wsi?

Ona jest mądra, sympatyczna

Mądrych jest wielu ucięła matka. Potrzebujemy kogoś na naszym poziomie. Nie komplikuj sobie życia.

Marysia wciąż wymyślała kolejne scenariusze, już oczyma duszy widziała zaręczyny, wszystko szło według planu aż do pewnego lunchu, gdzie Bartosz poprosił o ważną rozmowę.

Wyglądał, jakby niósł na barkach ciężar świata. Długo szukał słów:

Moi rodzice są przeciwko naszym relacjom. Dla nich jesteśmy zbyt różni. Znaleźli mi już kogoś lepszego. Próbowałem się sprzeciwić, ale nie jestem gotowy stawiać się rodzinie. Przepraszam.

Po tej rozmowie Marysia długo wpatrywała się w swoją cappuccino, nie płakała ogarnął ją raczej gniew.

Dlaczego? myślała. Przecież zrobiłam wszystko jak trzeba! Szkoda, że z dzieckiem numer mi się nie udał wtedy by mnie nie zostawił!

Niedługo potem okazało się, że po kręgach potencjalnych kawalerów krążą na jej temat nieprzyjemne plotki. Ktoś powiedział, że poluje na bogatych mężczyzn, że wykorzystała Bartosza dla pieniędzy. Wieści rozprzestrzeniły się błyskawicznie.

Od tej pory, widząc Marysię na imprezach lub w modnych miejscach, ludzie rozmawiali szeptem, patrzyli ukradkiem lub rzucali wymuszone uśmiechy. Ci, którzy dawniej okazali zainteresowanie, teraz dystansowali się. Jeden na jej widok w restauracji szybko opuścił lokal.

Starała się nie pokazywać, że ją to dotyka. W środku jednak wiedziała: jej reputacja padła. Myśl o korzystnym zamążpójściu należała już do przeszłości. Powrót do rodzinnego Rzeszowa nie wchodził w grę byłoby to oficjalne przyznanie się do klęski. Rodzicom wciąż przekonywała przez telefon, że studia idą doskonale, że w prestiżowej firmie ma odpowiedzialne zadania, że spotyka się z kimś ze sfer.

Rodzice byli dumni, szerzyli te historie znajomym. Marysia wyobrażała sobie ich twarze, gdy opowiadają o osiągnięciach córki. To zmuszało ją do dalszego udawania. Nie chciała widzieć zawodu w ich oczach.

Jedynie Ola znała prawdę przypadkowo przyszła w odwiedziny.

Wróć do domu, tu nic cię już nie czeka stwierdziła poważnie siostra. Po prostu powiedz rodzicom prawdę.

Marysia wyprostowała się, otarła łzy i uparcie odparła:

Nigdy się nie przyznam! Będę walczyć do końca, jeszcze sobie życie urządzę tak, jak chcę!

Naprawdę wtedy w to wierzyła. Kontynuowała randki, szukała znajomości, próbowała wkręcić się wyżej. Czas jednak płynął nieubłaganie, a tzw. książę z bajki nie nadchodził. Amatorzy, którzy początkowo interesowali się nią, szybko tracili zapał przy jej roszczeniowości i braku kompromisów.

W międzyczasie oszczędności po babci prócz mieszkania zostało trochę pieniędzy topniały. Najpierw próbowała ograniczać wydatki, potem zaczęła rezygnować z kawiarni, z kupna nowych ubrań, rezygnowała z siłowni. Rachunki za czynsz, prąd, wyżywienie rosły. Odłożenie szukania pracy nie wchodziło już w grę.

Pewnego ranka, licząc resztę oszczędności, Marysia zrozumiała, że nie ma wyjścia: musi wziąć jakąkolwiek pracę. Przeglądała oferty, szukając czegoś godnego. Ale bez dyplomu, bez doświadczenia ciągle słyszała uprzejme dziękujemy.

Tak królowa balu została kasjerką w dyskoncie. Początkowo było bardzo ciężko. Stojąc przy kasie, spotykała spojrzenia ludzi, słyszała uwagi na temat swojej urody, jakby to dziwne, że taka dziewczyna tu pracuje. Musiała uśmiechać się, obsługiwać z grzecznością i tłumaczyć sobie, że to tylko chwilowa sytuacja.

~~~~~~~~~~~~

Wczoraj dostałam zaproszenie na zjazd absolwentów! zakończyła ponuro Marysia. Muszę iść! Zaraz pomyślą, że się boję, bo źle mi się wiedzie.

Ola odstawiła łyżkę, zamieszała herbatę i spojrzała na nią poważnie.

Nie myślisz, że już wiedzą, jak wygląda twoje życie? Może zaprosili cię po to, żeby się zemścić za tamte upokorzenia? Pamiętasz, co im wtedy powiedziałaś?

Twarz Marysi zapłonęła.

Daj spokój prychnęła, machając ręką jakby odganiała muchę. Umiejętnie to ukrywam. Nikt nie wie na pewno. Muszę się tylko pojawić i udowodnić, że wciąż jestem główną postacią.

Ola oparła się na oparciu krzesła, stukając palcem w filiżankę. Coś jej tu nie grało po co zapraszać byłą królową, która upodliła koleżanki? Raczej nikt nie czekał z otwartymi ramionami.

Ale nie powiedziała tego na głos. Nauczyła się, że Marysia musi po swojemu dojść do wniosków a potem sama radzić sobie z konsekwencjami.

Dobrze wzruszyła ramionami Ola. Idź, jeśli musisz. Pamiętaj tylko, że może być różnie.

Co niby się może stać? żachnęła się Marysia. Będzie okej. Przygotuję się, wybiorę najlepszą sukienkę, fryzurę Nikt się nie domyśli, że nie wszystko gra.

Jeśli będziesz potrzebować pomocy z ubiorem czy makijażem daj znać. Pomogę.

Marysia odetchnęła z ulgą, jakby tylko na to czekała.

Dzięki powiedziała cicho. Potrzebuję twojej opinii. Muszę być idealna. Żeby nikt nie pomyślał, że coś u mnie nie tak.

********

Marysia wybiegła z restauracji, rozmazując po policzkach świeże łzy. Zimne, wieczorne powietrze uderzyło ją w nagrzaną twarz, lecz nic nie czuła nogi same uciekały z budynku, gdzie pół godziny temu udawała kogoś, kim nie była. Ola miała rację brzmiało jej w głowie. Nie powinnam tu przychodzić!

A przecież początkowo szło świetnie. Gdy weszła na salę, wszyscy spojrzeli na nią. Miała rozpracowany każdy gest, każdy krok: powolne przejście, lekki uśmiech, spojrzenie na zegarek wszystko miało mówić, że jest zajętą osobą, która znalazła czas tylko dla dawnych przyjaciół.

Natychmiast znalazła odpowiednie towarzystwo tych, którzy nie znali jej zbyt dobrze ze szkoły. I ruszyło się! Mąż-biznesmen w ciągłych delegacjach, dom z ogrodem w Wilanowie, podróże cztery razy do roku za granicę. Tak się wczuła w tę grę, że nie zauważyła, jak rozmówcy patrzą na siebie porozumiewawczo, jak ktoś się uśmiecha pod nosem.

Czuła się gwiazdą wieczoru dopóki nie usłyszała tego głosu:

Wiecie, ostatnio widziałem Marysię rzucił były kolega, prawie nieznany. I wcale nie wyglądało to na życie, które tu opisuje.

Zapadła cisza. Wszyscy spojrzeli. Marysia próbowała się uśmiechnąć, ale usta nie chciały współpracować.

No właśnie dorzuciła była koleżanka, wyciągając telefon. Mam nawet zdjęcie. Wpadłam na nią miesiąc temu w Biedronce.

I zaczęło się. Na rzutniku pojawiły się zdjęcia jedno za drugim, z prawdziwego życia Marysi.

Przy kasie w dyskoncie, w firmowym polarze, badge imienne na piersi, z wymuszonym uśmiechem wobec zniecierpliwionego klienta. Przy półce z przecenionymi produktami, z rachunkiem w ręce. W autobusie, z torbą pełną zakupów. Najbardziej żenujące z ciężką siatką wchodząca do zaniedbanej klatki w starej kamienicy.

Śmiech rozlegał się coraz głośniej. Ktoś rzucił: To miał być dom z ogrodem, tak?. Inny dorzucił: A mąż-biznesmen gdzie, pewnie w tej samej Biedronce na zmianie?

Zastygła jak wmurowana. Przecież w tym było tyle zwyczajności, tyle codziennej Polski a kilka minut temu kreowała się na kogoś wyjątkowego. Teraz zdjęcia bezlitośnie obnażyły prawdę, którą tak pieczołowicie ukrywała.

Nie czekając na następne pytania, Marysia wybiegła z sali. Nie słyszała, co za nią krzyczano, nie zauważyła, kto próbował ją zatrzymać. Był tylko zimny wiatr i własne łzy, które ścierała śpiesznie z twarzy, by choć na chwilę znaleźć spokój.

Nie dostrzegła mężczyzny i uderzyła w niego barkiem. Zachwiała się niebezpiecznie.

Czy wszystko w porządku? usłyszała z troską. Głos był tak szczery i współczujący, że znieruchomiała.

Podniosła głowę. Stał przed nią zwykły człowiek kurtka, torba z zakupami. Patrzył z życzliwą troską, jakiej dawno nikt jej nie okazał.

Nie wyszeptała, czując, że znowu zbierają się łzy. Narzeczony zostawił mnie tuż przed ślubem

Życie jej naprawdę niczego nie nauczyło…

Oceń artykuł
TwojaCena
Cena pychy