Cena pychy

Cena pychy

Zosiu, mogłabyś pożyczyć mi parę rzeczy? zapytała z błagalnym tonem Ania, przekraczając próg serdecznie urządzonego mieszkania siostry.

Jej wzrok mimowolnie zatrzymał się na przestronnym przedpokoju z designerskimi meblami, na dużych lustrach w wytwornych ramach, na starannie ustawionej pufie przy drzwiach wszystko wyglądało tak, jakby wyjęto je wprost z okładki magazynu o aranżacji wnętrz. W sercu zakręciło się znajome, gorzkie uczucie zazdrości: u siostry zawsze wszystko wydawało się perfekcyjne.

Zosia, pojawiająca się właśnie w progu salonu, rzuciła siostrze uważne spojrzenie. W jej domowym komplecie z miękkiego kaszmiru nawet w dzień powszedni wyczuwało się lekką, niedoścignioną elegancję, o jakiej Ania od lat bezskutecznie marzyła.

Opowiadaj, co za tajemnica powiedziała spokojnie Zosia, opierając się plecami o framugę.

Ania odruchowo poprawiła rękaw swojego płaszcza już nie nowego, ale wciąż w dobrej kondycji. Unikała patrzenia na dużą reprodukcję na ścianie, na nieskazitelny porządek, na zapach świeżo parzonej kawy unoszący się w mieszkaniu.

To w sumie nieistotne… mruknęła próbując zebrać myśli.

Zosia nie spuszczała z niej wzroku i Ania wiedziała, że przemilczenie nic nie da. Głębiej odetchnęła i wyrzuciła z siebie:

W sobotę jest zjazd klasowy. Po prostu muszę tam być! Muszę wyglądać doskonale, rozumiesz? Marzę, by wszyscy pomyśleli, że moje życie jest idealne jak z bajki!

A po co ci to? zapytała Zosia, odwracając się lekko. Po co udawać przed ludźmi, których i tak prawie nie widujesz? Przecież na co dzień żyjesz nie tylko w innym mieście, ale wręcz w innym województwie!

Ania nerwowo przeczesała palcami włosy. Nagle zapragnęła mieć taką samą kuchnię z wysokim blatem, zabudowanym sprzętem i stylowymi lampami. Żeby jej poranki nie zaczynały się od pośpiechu, lecz od niespiesznej kawy w pięknym wnętrzu.

Nie rozumiesz! wyrwało się jej. Dla mnie to ważne. Chcę, żeby zobaczyli, że mi się udało. Żeby nikt nie pomyślał, że że mi nie wyszło.

Ucichła, czując, jak patrzy na siostrę z ukrytą zazdrością. Zosia zdawała się nie zwracać na to uwagi, a może nie chciała nadawać temu znaczenia.

Serio chcesz udawać kogoś, kim nie jesteś? zapytała łagodnie Zosia, siadając na krześle. Myślisz, że to kogoś naprawdę zachwyci?

Nie o to chodzi pokręciła głową Ania. Po prostu pragnę, by wydawało się, że osiągnęłam wszystko, o czym marzyłam!

Dobrze westchnęła w końcu Zosia. Chodź, zobaczymy co mam w szafie. Ale obiecaj pierwszy i ostatni raz będziesz wprowadzać ludzi w błąd! To… delikatnie mówiąc, nieuczciwe.

Nic nie rozumiesz!

I Ania zaczęła swą opowieść…

~~~~~~~~~~~~

Za szkolnych lat była prawdziwą gwiazdą klasy przyznałby to każdy. W szkolnych korytarzach ciągnął się za nią wianuszek chłopaków, każdym marzący, by choć przez chwilę zdobyć jej uwagę. Nauczyciele, nieświadomie ulegali jej zamyślonym spojrzeniom i tej melancholii w oczach, która działała niemal magicznie. Rodzice też nie mieli serca jej czemuś odmówić wystarczyło unieść brew czy westchnąć, a upragniona rzecz natychmiast pojawiała się pod jej ręką.

Przyzwyczaiła się, że wszystko dostaje bez wysiłku. Jeśli wypatrzyła nowy model trampek, które ledwie pojawiły się w Lublinie, już na drugi dzień mama dawała je w kolorowym pudełku. Jeśli pojawiał się w klasie nowy, sympatyczny chłopak, po tygodniu odprowadzał Anię do domu. Była to gra sprawdzić, jak wiele da się zdobyć, ile granic przesunąć.

Bo mogę, powtarzała sobie jak zaklęcie. To zdanie stało się jej tarczą i usprawiedliwieniem. Jeśli przyjaciółka zadawała się z chłopakiem, który podobał się Ani, bez wahania przystępowała do rywalizacji i przeważnie wygrywała. Nie czuła do nich prawdziwego uczucia chodziło raczej o dreszczyk i satysfakcję.

W końcu dawne przyjaciółki zaczęły się odsuwać. Najpierw jedna przestała ją zapraszać na spacery, potem druga znalazła nowe koleżanki. Ani to nie martwiło zawsze znalazł się ktoś, kto chciał jej aprobaty, dążył do wejścia w jej świat. Traktowała to jako normę: jeśli ktoś nie wytrzymywał warunków jej gry, to po prostu nie zasługiwał na bliskość.

Na studniówce czuła się jak królowa. Sala udekorowana lampionami i balonami wydała się jej pałacem. Rówieśnicy krążyli dookoła, łapiąc każde spojrzenie, każde słowo. Była w centrum tam, gdzie czuła się najlepiej.

Odurzona uwielbieniem i poczuciem władzy, pozwoliła sobie na zbyt wiele. Gdy rozmowa zeszła na wspomnienia ze szkoły, Ania zaczęła ostrą wyliczankę wypomniała koleżankom dawne urazy, wbiła kilka złośliwych szpilek na temat wyglądu. Słowa płynęły gładko, a w jej oczach błyszczał znajomy ogień: ciekawość, jak zareagują, czy się obronią.

Moje życie będzie bajeczne! zadeklarowała z pychą, zadzierając głowę i omiatając wzrokiem koleżanki. Jej głos był pewny, teatralny, jakby już miała to wszystko na wyciągnięcie ręki.

Zrobiła przerwę, podsycając napięcie, po czym kontynuowała z coraz większym ogniem:

Już widzę siebie: bogaty mąż, który spełnia każdą moją zachciankę, willa z ogrodem i służbą Może własny interes choć po co, skoro nie zamierzam nawet dnia pracować! Samo się poukłada pieniądze, prestiż, wygoda.

W oczach miała błysk triumfu, a na ustach zawadiacki półuśmiech. Wyobrażała sobie teraz te kryształowe żyrandole, luksusowe samochody i kolacje w najlepszych restauracjach Warszawy.

A was czeka zupełnie inny los! zmieniła ton, wycelowując palec w jedną z dziewczyn cichą prymuskę, która zawsze siedziała w pierwszej ławce pilnie notując każde polecenie nauczyciela.

Skromna koleżanka skuliła się, lecz Ania nie zwalniała:

Ty zostaniesz nauczycielką w zadłużonym miasteczku. Albo sprzedawczynią w sklepie. Bo jesteś zwykłą szarą myszą popatrz na siebie! A twoim mężem pewnie będzie robotnik z fabryki, wracający po nocnej zmianie i bijący cię z byle powodu.

Słowa leciały jakby sama dawno je ćwiczyła. Nie było w tym żartu tylko przeświadczenie o własnej wyjątkowości.

Nie bacząc na cios, skierowała się do innej:

A ty? Będziesz pracować w nudnej kancelarii, liczyć grosz do grosza i tylko marzyć o ładnej sukience. Nigdy nie będziesz mieć tego, co ja!

I tak snuła mroczne przepowiednie. Jednej wróżyła życie w ciasnej kawalerce, innej niekończące się pieluchy bez pracy zawodowej. Każda prognoza podszyta była kąśliwą uwagą o urodzie, sposobie bycia czy zdolnościach.

Dziewczyny spuszczały wzrok, niektóre z wymuszonym uśmiechem udawały, że to tylko żart. Ale powietrze gęstniało od napięcia Ani słowa raniły mimo jej luzu.

Ania śmiała się z ich min jej śmiech rozbrzmiewał jak dzwon, a chłopacy czekający na swoją królową śmiali się razem z nią, każdy nie chcąc zostać poza grupą.

Dla niej był to dowód słuszności czuła moc, jakby naprawdę mogła rozdawać przepowiednie.

Na studia wybrała uniwersytet w Poznaniu nie dlatego, że interesowała ją wybrana specjalność, lecz bo tak wypadało. Duże miasto, większy prestiż, więcej perspektyw: synowie i córki bogatych przedsiębiorców, ambitni start-upowcy, świat towarzyskiej śmietanki chciała dołączyć do ich grona. Czekało na nią też mieszkanie babci nie musiała wynajmować czy gnieść się w akademiku.

Na początku wszystko wyglądało po jej myśli. Z upodobaniem urządzała kawalerkę po swojemu, poznawała ludzi, bywała na imprezach. Nadal przyciągała spojrzenia urok i umiejętność rozmowy robiły swoje. Była pewna: to tylko kwestia czasu, aż złapie kogoś poważnego.

Rzeczywistość jednak szybko skręciła w inną stronę. Wykłady przerosły jej oczekiwania, ćwiczenia wymagały przygotowania, sesja harówki. Przyzwyczajona do łatwizny, nie umiała narzucić sobie dyscypliny. Obijała się, licząc, że wdzięk i ogładka załatwią sprawę.

Na pierwszej sesji prawie wszędzie poległa. Wykładowcy, którzy na początku byli wyrozumiali, postawili sprawę jasno: Albo się pani ogarnie, albo odpada. Po raz pierwszy poczuła, jak słabnie jej pewność siebie.

Docierało do niej, że dzieciństwo się skończyło. Świat okazał się trudniejszy niż jej się wydawało. Tu nie była jedyną atrakcyjną i zaradną; inne dziewczyny potrafiły jednocześnie dobrze się uczyć, prowadzić karierę i myśleć o przyszłości, gdy ona żyła przeszłym wyobrażeniem o własnej wyjątkowości.

Ale zamiast się zmobilizować, postawiła wszystko na jedną kartę: jak najszybciej znaleźć męża. Póki uroda nie minęła kalkulowała, licząc dni, kiedy przestanie być tą Anią.

Coraz śmielej chodziła na randki, zaczęła spotykać się z kimś starszym, dbała o wygląd. Rozmowy szybko schodziły na rodzinę, dom, wspólne życie. Im mocniej się starała, tym wyraźniejszy był jej niepokój a to odstraszało potencjalnych partnerów.

W końcu pojawił się on Konrad. Spełniał wszystkie warunki na papierze. Syn właścicieli klinik, dorastał na Grunwaldzie w Poznaniu, obracał się wśród majętnych rodzin. Po studiach za granicą wrócił, pracował w rodzinnej firmie przyszłość ustawiona od lat.

Uroda Konrada nie była filmowa: krępy, okrągła twarz, lekka wada postawy. Ale Ania pomijała te drobiazgi: Co z tego… z nim będę miała wszystko dom, pozycję, niezależność. Zdążyła już zobaczyć siebie jako panią domu, organizatorkę przyjęć, podróżniczkę po świecie.

Wymyśliła misterny plan: zyskać uwagę Konrada. Dowiedziała się, gdzie chodzi po pracy, przypadkiem pojawiała się tam sama. Potem pokazać mu swoje najlepsze strony wdzięk, humor, umiejętność rozmowy. Misternie dobierała stroje, każde słowo, każdy gest.

Stopniowo udało się jej zaciekawić Konrada. Zaczął zapraszać ją na spacery, obiady, kawę. Ania czuła, że jest coraz bliższa celu. Snuła opowieści o rodzinie, o oczekiwaniach względem życia, o tym, jak ważne jest dla niej znalezienie tego właściwego.

Czego nie przewidziała dla rodziny Konrada liczyło się pochodzenie i nazwisko. Rodzice wyobrażali sobie synową z odpowiedniej warstwy, z kontaktami i tradycją.

Gdy wspomniał mamie o Ani, ta tylko uniosła brwi:

Kim ona jest, ta twoja koleżanka? Czym zajmuje się jej rodzina?

Uczy się, rodzice zwyczajni, z mniejszego miasta odparł Konrad.

Zwyczajni? Przecież wiesz, że tu liczą się układy i reputacja. Chcesz, żeby cała okolica mówiła: Syn właścicieli klinik ożenił się z dziewczyną bez rodowodu?

Konrad próbował się przeciwstawić:

Ale jest inteligentna, interesująca…

Takich jest wielu ucinała matka szukaj kogoś odpowiadającego naszej klasie. Nie komplikuj sobie życia.

Ania wciąż snuła wizje. Planowała przedstawić Konrada rodzicom, wybrać razem apartament… Jednak któregoś dnia zadzwonił on i zaprosił na poważną rozmowę.

W kawiarni był spięty jak struna. W końcu powiedział:

Moi rodzice… są przeciwni naszemu związkowi. Dla nich jesteśmy z innych światów.

Ania poczuła, jak nagle odpływa jej grunt spod nóg, ale wymusiła uśmiech:

Czy to naprawdę ważne? Jesteśmy dorośli.

Dla nich owszem. Mają już dla mnie inną kandydatkę i… Nie jestem gotów zmagać się z rodziną. Przepraszam.

Długo siedziała potem nad pustą filiżanką. Nie płakała, tylko czuła bezsilny gniew.

Dlaczego? Robiłam wszystko idealnie! Dlaczego on jest taki uwiązany rodzicami? Gdyby tylko udało się z dzidziusiem, już by nie uciekł!

Ale to nie był koniec upadku. Wkrótce usłyszała, że w środowisku potencjalnych narzeczonych krążą o niej nieciekawe plotki ktoś doniósł, że poluje na majątnych, wykorzystała Konrada dla pieniędzy. Te pogłoski rozchodziły się lotem błyskawicy.

Kiedy teraz pojawiała się na imprezach, czuła spojrzenia, szepty, wymuszone uprzejmości. Kilku chłopaków, dotąd jej przychylnych, nagle zaczęło się dystansować. Jeden z nich zamiast podejść, tylko kiwnął głową na powitanie i szybko zniknął w tłumie.

Ania udawała, że ją to nie obchodzi. Ale wiedziała, że jej reputacja legła w gruzach. O dobrym małżeństwie mogła zapomnieć. Przynajmniej w tym środowisku.

Powrót do rodzinnego Chełma byłby przyznaniem się do klęski. Przez całe lata zbyt dużo opowiadała rodzicom, by teraz powiedzieć prawdę. Podtrzymywała więc legendę: w słuchawce opowiadała, jak świetnie sobie radzi na renomowanej uczelni, jak szef w prestiżowej firmie powierza jej coraz większą odpowiedzialność, jak zaleca się do niej udany kawaler ze znanej rodziny.

Mama słuchała z dumą, czasem przekazywała te wieści znajomym. Ania wyobrażała sobie ich rozpromienione twarze i to pchało ją do podtrzymywania iluzji. Jedyną, która znała prawdę, była Zosia. Przez przypadek odwiedziła ją któregoś dnia.

Wróć do domu, inaczej nic cię tu nie czeka powiedziała surowo Zosia. Po prostu przyznaj się rodzicom, że ich okłamywałaś.

Ania wtedy wyprostowała się, otarła łzy i rzuciła z przekonaniem:

Przyznać się do kłamstwa? Nigdy! Będę walczyć do końca i jeszcze się wybiję!

Wtedy naprawdę wierzyła w swoje słowa. Chodziła dalej na randki, poznawała ludzi, próbowała wejść w wymarzony świat. Ale czas mijał, a wymarzony mąż się nie pojawiał. Mężczyźni tracili zainteresowanie, rozbijali się o jej wygórowane żądania i zupełny brak ustępstw.

Tymczasem oszczędności z babcinego spadku stopniały. Najpierw Ania oszczędzała, potem przestała chodzić do kawiarni, ograniczyła wydatki na ubrania, zrezygnowała z siłowni. Rachunki za mieszkanie, prąd i jedzenie jednak tylko rosły.

Któregoś ranka, przeliczając resztki oszczędności, pojęła dłużej zwlekać nie można. Przejrzała ogłoszenia, mając nadzieję na coś godnego, ale bez dyplomu i doświadczenia słyszała same nie.

Tak oto dawna szkolna królowa zaczęła pracę na kasie w Biedronce. Pierwsze tygodnie były trudne. Za kasą czuła spojrzenia klientów, słyszała ciche komentarze, że za ładna na taką robotę. Musiała uśmiechać się, kasować zakupy, żegnać klientów i stale przypominać sobie, że to tylko przejściowe.

~~~~~~~~~~~

Wczoraj dostałam zaproszenie na zjazd klasowy zakończyła swą opowieść Ania, markotnie mieszając herbatę. Nie mogę się nie zjawić. Wszyscy pomyślą, że źle mi się powodzi i przestraszyłam się konfrontacji!

Zosia odłożyła łyżeczkę, z której dopiero co mieszała napar, i patrzyła na siostrę z lekkim niedowierzaniem.

A nie sądzisz, że już wiedzą jak naprawdę żyjesz i chcą się pośmiać, tak w rewanżu za stare urazy? Przecież pamiętają twoje szkolne proroctwa.

Ania rzuciła głową i aż poczerwieniała.

Co za bzdury! prychnęła, jakby odganiała natrętną muchę. Dobrze się maskuję. Nikt nie wie niczego konkretnego. Po prostu muszę się pojawić i udowodnić, kto tu rządzi!

Zosia odchyliła się, stukając palcem w rant filiżanki. Coś tu nie grało. Po co zapraszać kogoś, kto upokarzał innych? Mało kto marzy o odświeżeniu znajomości z osobą, która niegdyś patrzyła z góry.

Ale nie powiedziała tego głośno. Nauczyła się, że Ania i tak robi wszystko po swojemu, a potem sama sprząta kłopoty.

Dobrze przytaknęła Zosia starając się mówić neutralnie. Skoro chcesz iść idź. Ale przemyśl, czy jesteś gotowa na wszystko, co może się zdarzyć.

A niby co może się wydarzyć? obruszyła się Ania. Przygotuję się, wybiorę najlepszą sukienkę, zrobię włosy Nikt nie zgadnie, że u mnie nie wszystko w porządku.

Jeśli potrzebujesz pomocy z ubiorem lub fryzurą mów śmiało. Pomogę.

Ania widocznie się odprężyła, jakby tylko na to czekała.

Dziękuję odetchnęła. Naprawdę chcę wyglądać bez zarzutu. Żeby nikomu przez myśl nie przeszło, że coś jest nie tak.

**********************

Ania wybiegła z restauracji, rozmazując łzy na policzkach. Chłodne powietrze uderzyło ją w rozpaloną twarz, ale nie zauważyła nogi niosły ją gdziekolwiek, byle dalej od miejsca, gdzie przed chwilą jeszcze grała wymarzoną rolę. Zosia miała rację! Po co było tu przychodzić?

A początkowo wszystko układało się wzorowo. Wchodząc do sali bankietowej, od razu przyciągnęła spojrzenia. Miała każdy gest wyćwiczony: powolny chód, lekki uśmiech, przelotna zerknięcia na zegarek wszystko miało sugerować, że jest zajętą osobą, która z trudem znalazła chwilę dla dawnych kolegów.

Szybko dołączyła do odpowiedniej grupy tych, którzy nie znali jej zbyt blisko w czasach szkolnych. I zaczęła swą opowieść: mąż-biznesmen, akurat w delegacji w Berlinie; wielki dom z ogrodem, kwitnące róże przez cały rok; cztery wyjazdy na Majorkę do roku. Tak wkręciła się w własną fikcję, że nie zauważyła spojrzeń, przygasanych uśmiechów, wymienianych w ukryciu grymasów.

Czuła się królową wieczoru do czasu, aż padły słowa:

A ja ostatnio widziałem Anię… usłyszała głośno nieznany głos jakiegoś kolegi z równoległej klasy. Prawdziwe życie Ani bardzo różni się od tych jej bajek.

Zapanowała cisza. Wszyscy zamilkli w oczekiwaniu. Ania chciała się uśmiechnąć, lecz nie mogła.

No właśnie! wtrąciła się inna koleżanka, wyciągając telefon. Mam nawet zdjęcia. Spotkałam ją miesiąc temu przypadkiem.

I zaczęło się. Na wielkim ekranie, do którego ktoś szybko podłączył komórkę, jedna po drugiej Ukazały się fotografie z codzienności Ani.

Ot, Ania za kasą w supermarkecie, z wymuszonym uśmiechem, w roboczym fartuchu z plakietką. Tam pochylała się nad półką, licząc drobniaki przy promocji. Tu wysiada z miejskiego autobusu, tuli zakupy w siatce. Najgorsze z ciężkimi torbami wchodzi do obskurnej klatki schodowej starego bloku.

Ktoś cicho zachichotał. Ktoś inny powtórzył: A miała willę!. Ktoś dodał: Może jej mąż biznesmen też w markecie?

Ania stała jak wmurowana, czuła tylko gorąco na policzkach i rozkołysanie nóg. Niby nic strasznego tak żyją setki osób ale ona przed chwilą przechwalała się luksusem, w który sama powoli zaczynała wierzyć. Teraz zdjęcia bezlitośnie zdejmowały maskę, którą tak pieczołowicie nakładała.

Nie czekając na dalsze pytania, Ania wybiegła. Nie słyszała docinków, nie widziała kto próbował ją złapać. Było tylko zimne powietrze, łzy i ucieczka, aż do najbliższej ławki, gdzie przysiadła, łapiąc oddech i próbując uporządkować myśli.

Nie zauważyła nawet mężczyzny, w którego przypadkiem wpadła.

Wszystko w porządku? usłyszała ciepły, przejęty głos, tak prawdziwy, że aż się zatrzymała.

Spojrzała zwyczajny człowiek, ciepła kurtka, siatka z zakupami. Ale jego spojrzenie miało tyle troski, że opadły ostatnie resztki jej odporności.

Nie… wyszeptała cicho, czując, że znowu wzbierają łzy. Narzeczony zostawił mnie tuż przed ślubem…

No cóż, życie Ani nie uczy niczego.

Oceń artykuł
TwojaCena
Cena pychy