Dwa lata temu wydarzyło się coś, co na zawsze zmieniło moje spojrzenie na życie. Mój wyjazd służbowy do Krakowa dobiegał końca i czekał już na mnie powrotny autobus do rodzinnego Sieradza. Udało mi się kupić bilet wcześniej, a do odjazdu miałem jeszcze trzy godziny, więc postanowiłem trochę pospacerować po mieście.
W jednej z bocznych ulic spotkałem kobietę, którą od razu rozpoznałem moją pierwszą żonę, z którą rozwiodłem się dwanaście lat temu. Jola prawie się nie zmieniła, tylko twarz miała jakby bledszą. Czułem, że ta sytuacja była dla niej równie poruszająca, co dla mnie.
Kochałem ją kiedyś bez pamięci i chorobliwie zazdrosny byłem o każdego, nawet o jej matkę. Gdy spóźniała się choćby kwadrans, serce waliło mi jak młotem i czułem wręcz duszność. W końcu Jola odeszła nie mogła już znieść tego codziennego przesłuchiwania: gdzie była, z kim, dlaczego tak długo. Kiedyś wróciłem z pracy z małym szczeniakiem chciałem ją rozbawić tym prezentem. Jednak mieszkanie było puste, na stole leżała tylko kartka.
W liście napisała, że odchodzi, choć bardzo mnie kocha. Moje podejrzenia zniszczyły jej spokój i postanowiła odejść, prosiła o wybaczenie i błagała, żebym jej nie szukał…
I oto po dwunastu latach spotkałem ją nagle w Krakowie, gdzie przyjechałem w sprawach zawodowych. Rozmawialiśmy długo. W końcu uświadomiłem sobie, że czas ucieka i mogę nie zdążyć na autobus do Sieradza. Ośmieliłem się powiedzieć:
Przepraszam, Jolu, ale muszę już iść, bo zaraz ucieknie mi kurs.
Nagle powiedziała szeptem:
Wojtek, zrób mi jedną przysługę. Wiem, że się śpieszysz, ale proszę cię w imię wszystkiego dobrego, co było między nami. Chodź jeszcze ze mną do pewnej instytucji, to dla mnie ważne, a sama nie dam rady tam wejść.
Zgodziłem się, zastrzegając tylko: Ale bardzo szybko!. Weszliśmy do dużego gmachu, długo przechodziliśmy przez kolejne korytarze, schodziliśmy i wchodziliśmy po schodach. Miałem wrażenie, że minęło najwyżej piętnaście minut. Mijali nas ludzie najróżniejsi: dzieci, osoby starsze, młodzi, lecz wtedy nie zastanawiałem się, co właściwie robi tyle różnych osób w takim miejscu. Cała moja uwaga była skierowana na Jolę.
W pewnej chwili weszła w boczne drzwi i zamknęła je za sobą. Tuż przed tym odwróciła się i spojrzała na mnie z dziwnym uśmiechem:
To dziwne, ale nie umiałam być ani z tobą, ani bez ciebie.
Stałem przy drzwiach długo, czekając, aż wróci. Chciałem ją zapytać, co miała na myśli. Nie wracała. W końcu ocknąłem się, że naprawdę muszę biec na dworzec i jestem już spóźniony! Rozejrzałem się Przeraziłem się budynek był opuszczony, w oknach zieją dziury, nie było żadnych schodów, tylko położone deski, po których z trudem zszedłem na dół.
Na kurs do Sieradza spóźniłem się prawie godzinę. Musiałem kupić nowy bilet. Kiedy kupowałem kolejny, kasjerka powiedziała mi, że autobus, na który nie zdążyłem, miał wypadek i wpadł do rzeki. Nikt nie przeżył.
Dwa tygodnie później dotarłem do domu mojej byłej teściowej, którą odnalazłem przez urząd. Pani Stefania powiedziała mi, że Jola zmarła jedenaście lat temu, niespełna rok po naszym rozwodzie. Nie chciałem wierzyć, myśląc, że może boi się, że znowu będę nachodził jej córkę.
Poprosiłem ją wtedy, by pokazała mi grób Joli. Ku mojemu zdziwieniu, bez wahania się zgodziła. Dwie godziny później stałem na cmentarzu przed pomnikiem, a z fotografii uśmiechała się do mnie kobieta, którą kiedyś kochałem całą duszą ta, która w niewytłumaczalny sposób uratowała mi życie.




