Bez zbędnych słów

Bez zbytecznych słów

Radosław oparł się wygodnie na krześle, pozwalając, by rozluźnienie po sytej kolacji ogarnęło jego ciało. Wzrokiem powoli odnalazł Wiolettę, która w tamtej chwili uniosła do ust kieliszek schłodzonego białego wina. Subtelne światło restauracyjnych lamp otulało jej twarz, podkreślając delikatne rysy i ciepły rumieniec na policzkach. Jej oczy lśniły miękkim blaskiem zupełnie jakby odbijały rozproszone złoto lamp uniesionych nad ich stolikiem.

No i jak? Zadowolona? zapytał, starając się zachować lekki ton, jakby to pytanie wypłynęło z niego mimochodem.

Wioletta ostrożnie odstawiła kieliszek na blat. Jej usta rozciągnęły się w zadowolonym uśmiechu.

Oczywiście. Zawsze potrafisz znaleźć dla mnie takie miejsce, w którym czuję się swobodnie odparła, rozglądając się po sali.

Radosław kiwał głową z uznaniem. Ten lokal naprawdę przypadł mu do gustu. Nie było tu nachalnego przepychu, ani sztucznej elegancji; atmosfera była przemyślana i spokojna. Światło nie oślepiało, muzyka cicho sączyła się z głośników, stanowiąc tylko tło, a kelnerzy poruszali się z pełną godności powolnością, sprawnie i dyskretnie obsługując gości.

Przez ostatnie pół roku przyprowadzał tu Wiolettę już co najmniej piąty raz. Za każdym razem wychodzili z uczuciem niedającej się pomylić satysfakcji nie tylko dzięki jedzeniu, ale też wyjątkowej atmosferze, która jakby otulała ich przy tym właśnie stoliku. I za każdym razem, kiedy nadchodził moment zapłaty, Radosław bez wahania brał wszystko na siebie, nawet nie patrząc na rachunek.

Wiesz zaczęła Wioletta, bawiąc się delikatnie lnianą serwetką pomyślałam, że może gdzieś byśmy wyskoczyli na weekend? Zrobiło się trochę monotonnie.

Zobaczymy odparł wymijająco, próbując nie zdradzać wahania. W samym biurze mam teraz niezły młyn, przecież wiesz sama.

Wioletta na moment zmarszczyła brwi, a w jej oczach przemknęło cień rozczarowania. Zaraz jednak odzyskała ten swój beztroski uśmiech, jakby w ten sposób chciała zagłuszyć ledwie dostrzegalną iskrę, która przemknęła między nimi.

Rozumiem. W końcu zawsze byłeś bardzo odpowiedzialny mruknęła uprzejmie, lekko pobłażliwym tonem.

Do ich stolika spokojnym krokiem zbliżył się kelner, trzymając w rękach kartę deserów. Jego ruchy były wyćwiczone, pewne od razu widać było, że czuje się tu swobodnie.

Radosław, nie czekając na pytanie, rzucił krótko:

Dziękujemy, już wybraliśmy. Prosimy wasz popisowy deser. I jeszcze butelkę tego samego wina.

Kelner skłonił się lekko i oddalił w stronę baru, zostawiając ich samych.

Wioletta przeciągnęła palcem po brzegu Kieliszka, wywołując cichy dźwięk szkła, który przebił się przez miękki szum w tle. Popatrzyła na Radosława z cieniem troski w spojrzeniu.

Jakiś dziś inny jesteś nieobecny trochę powiedziała cicho, opuszczając głos, żeby sąsiedzi nie usłyszeli.

Radosław wzruszył ramionami, udając luz.

Jestem po prostu zmęczony odrzekł. W robocie totalna zawierucha.

To była szczera prawda ostatnie tygodnie mocno go wyczerpały. Spotkania przeplatały się ze spiętrzonymi terminami, a sen stawał się luksusem, na który mógł sobie pozwolić tylko późną nocą. Ale nie tylko praca go gryzła.

Kilka dni wcześniej, przez zbieg okoliczności, odkrył w mediach społecznościowych nieznaną sobie stronę Wioletty. Dziwne uczucie przecież wszystko o niej wiedział a tu jakaś tajemnica! Nic niepokojącego wprost zwykłe zdjęcia, posty, komentarze znajomych. Tylko między nimi przewinęła się fotografia, która na moment kazała mu wstrzymać oddech. Wioletta na ręku u boku faceta w eleganckim garniturze. Podpis: Z najwspanialszym, Mój inspirator. Daty postów pokrywały się z tymi dniami, kiedy mówiła, że nie ma czasu i nie mogą się zobaczyć.

Radosław początkowo nie dawał wiary. O zwykłych kolegów chodzi? Spotkanie firmowe? Ale coś go tknęło i przejrzał dokładniej dopasował szczegóły, dopisał fakty. Znalazł jeszcze komentarz innego mężczyzny tym razem pod zdjęciem z tej właśnie restauracji: Jesteś cudowna jak zawsze, już nie mogę się doczekać naszej kolejnej kolacji napisał jakiś Maciej, dołączając do tego serduszko.

Od tamtej chwili coś nie dawało mu spokoju. Wziął łyk wina, próbując skupić się na jego aromacie, na powoli rozlewającym się wewnątrz cieple. Ale myśli wracały uparcie do tych zdjęć, do tych dat, do tych słów.

Nie urządził jednak sceny. Nie zażądał wyjaśnień, nie przerzucał się oskarżeniami, nie urządzał awantury w tym cichym lokalu tonącym w aksamitnym świetle i łagodnych dźwiękach muzyki. Zamiast tego podjął decyzję: czas postawić sprawę jasno, po swojemu. Nie zniknie bez słowa, jak robi wielu. Chciał, żeby zapamiętała ten wieczór nie jako zwykłe nieporozumienie, lecz jako ostateczne rozstanie.

Kolacja dobiegała końca. Kelner podszedł dyskretnie z rachunkiem słusznym, jak na taki wieczór w stylowym miejscu. Radosław wziął skórzaną okładkę, powoli otworzył ją jakby naprawdę liczył każdą złotówkę. On już i tak znał sumę. Podniósł spojrzenie na Wiolettę spojrzał prosto, bez cienia uśmiechu, bez zwykłej miękkości.

Wiesz co, tym razem zapłacę tylko za siebie. Za swoją kolację zapłać sama powiedział rzeczowo, jakby informował ją o oczywistości.

Wioletta momentalnie poczerwieniała. Jej palce ścisnęły się nerwowo na obrusie, szukała słów, lecz żadne nie wydawały się odpowiednie.

Radosław, to chyba nie jest śmieszne zdołała wydusić, próbując zachować twarz.

Nie bawi mnie to odparł spokojnie, nie podnosząc głosu. Położył rachunek tuż przed nią. Nie masz przy sobie gotówki? Cóż, możesz zadzwonić do kogoś. Na przykład do Macieja. Co, myślałaś, że się nie dowiem? Myślałaś, że będziesz mnie tak wykorzystywać?

Jej oczy rozszerzyły się gwałtownie, mieszając zdziwienie ze złością jakby usłyszała coś, czego nie spodziewała się nigdy usłyszeć.

Nie mam pojęcia, o co ci chodzi odrzekła drżącym głosem, sama czując, jak jej słowa brzmią nieprzekonująco.

Szkoda krótko odpowiedział Radosław, podnosząc się od stolika. Poradzisz sobie. Wychodzę.

Wyjął z portfela banknoty dokładnie tyle, ile wynosiła jego część rachunku. Rzucił je na stół, odwrócił się i ruszył spokojnym krokiem w stronę wyjścia. Usłyszał za sobą coraz bardziej nerwowy głos Wioletty, która próbowała coś tłumaczyć kelnerowi ale nie zatrzymał się. Z każdym krokiem czuł, jakby zrzucał z ramion jakiś ciężar. Nie od triumfu, nie ze złośliwości z ulgą wynikającą z tego, że wreszcie zrobił to, co już dawno dojrzewało w jego myślach.

Wyszedł na ulicę, głęboko wciągnął chłodne powietrze. Nagle poczuł, że coś w nim puściło. To był koniec.

Szarpnął płaszcz i ruszył chodnikiem. Latarnie rzucały na bruk ciepłe, żółte wysepki światła, a witryny sklepowe mrugały wesoło kolorami. Ludzie mijali go zaaferowani sprawami dnia, zakochani pod rękę planowali wieczór miasto żyło własnym rytmem, a on poczuł, że właśnie tak ma być.

Myślał o tym, jakie to dziwne jeszcze niedawno był pewny, że Wioletta jest tą jedyną nie idealną, ale właśnie swoją, bliską. Pamiętał, jak wybierał jej prezenty doradzał się sprzedawcy, godzinami porównywał kolory i modele telefonów. Jak cieszył się, gdy z radości rzucała mu się na szyję po wręczeniu jej karnetu do ekskluzywnego gabinetu SPA. Jak świeciły jej oczy, gdy zapinała drobne, złote kolczyki delikatne, jedyne takie, jakby zrobione tylko dla niej.

W jego głowie przewijały się wspomnienia wspólnych popołudni, odkładania swoich spraw na później, byle tylko spędzić jeszcze godzinę razem cała satysfakcja z drobnych podarunków. Ale teraz widział wyraźnie, że to wszystko było tylko grą. Grą nie jego jej. I w środku miał tylko gorycz, jak po kawie, której nie dopił na czas.

Telefon zawibrował w kieszeni. Radosław wyciągnął go i spojrzał na wyświetlacz. Wiadomość od Wioletty: To było podłe. Mogłeś po prostu powiedzieć, że to już koniec.

Przystanął pod rozświetloną witryną księgarni, patrzył przez szybę na pstre grzbiety książek. Przez chwilę się wahał, po czym odpisał: Dokładnie to właśnie zrobiłem.

Wysłał i wyłączył telefon. Nikogo już nie potrzebował słuchać ani tłumaczyć się w tym momencie. Wszystko zostało powiedziane.

Przed nim był długi wieczór, i pierwszy raz od dawna poczuł, że może spędzić go dokładnie tak, jak sam zechce. Może pójdzie do swojego ulubionego baru, gdzie zawsze witają go z uśmiechem, zamówi coś mocniejszego i popatrzy przez szybę na ludzi, którzy wracają do swoich domów albo po prostu włóczą się bez celu. A może wróci do mieszkania, puści głośno muzykę, której ona nigdy nie znosiła wreszcie się wyśpi, nie martwiąc o to, czy rano będzie musiał ją gdzieś odwozić. Albo zadzwoni do starego przyjaciela i powie: Spotkajmy się. Po prostu.

Miał wybór. I to było dobre. Naprawdę dobre.

*************************

Następnego ranka Radosław obudził się, zanim zadzwonił budzik. W mieszkaniu panowała cisza, tylko zza okna dobiegały coraz głośniejsze odgłosy budzącego się miasta. Rozprostował zesztywniałe mięśnie, poczuł w środku niezwykłą lekkość jakby uleciało z niego jakieś niewidzialne przeciążenie. Pojawiło się za to nowe uczucie świeżość, jak po burzy, gdy nad miastem znów pojawia się słońce.

Wziął długi prysznic, pozwalając ciepłym strumieniom wody zmyć z siebie resztki napięcia. Zamknął oczy i wsłuchiwał się w miarowy szum, pierwszy raz od dawna po prostu będąc tu i teraz, bez wewnętrznego dialogu, pytań czy wyrzutów sumienia.

Wyszedł z łazienki, zaparzył mocną kawę; aromat świeżo zmielonych ziaren wypełnił kuchnię ciepłem. Chwycił kubek i wyszedł na balkon.

Poranek był pogodny. Na ulicy już huczał ruch: ktoś odprowadzał dziecko do szkoły, inni gnali do pracy, a z pobliskiej kawiarni w powietrzu unosiła się woń świeżych wypieków i espresso. Radosław popijał kawę i patrzył, jak miasto powoli nabiera rozpędu.

Telefon leżał nieużywany; nie spieszyło mu się do świata powiadomień, wiadomości, zmartwień. Chciał dłużej rozkoszować się tą ciszą, zanim znowu wszystko wróci do codzienności.

W południe odblokował w końcu telefon. Ekran natychmiast rozbłysnął dziesiątkami powiadomień coś z pracy, parę wiadomości w social mediach, jedno nieprzeczytane od Wioletty. Zatrzymał na chwilę palec, ale potem po prostu wykasował wiadomość bez czytania. Już wszystko zostało powiedziane.

Zamiast tego znalazł w kontaktach numer Staszka swojego starego druha. Wykręcił numer.

No siema rzucił, gdy usłyszał znajomy głos. W brzmieniu nie było już dawnego napięcia; czuł się spokojny, prawdziwie spokojny. Co powiesz na spotkanie? Dawno cię nie widziałem.

Staszek, niezmiennie entuzjastyczny, rzucił:

Pewnie! Dawaj, powiedz tylko gdzie i kiedy.

Szybko umówili się na piwo w znanej knajpie nieopodal firmy Radosława w tej samej, gdzie zawsze zażynali trudy dnia długimi rozmowami.

Kiedy Radosław wszedł do półmrocznego lokalu, Staszek już czekał przy oknie, z dwoma kuflami jasnego piwa, jak zazwyczaj. Podniósł rękę, szeroko się uśmiechając.

No, gadaj, co tam. Wyglądasz inaczej. Nie wiem nawet, czym to się różni od starego ciebie, ale jakbyś spuścił powietrze z balona. Co się wydarzyło?

Staszek patrzył uważnie, bez nachalności. Zawsze pozwalał rozmówcy samemu wybrać głębokość rozmowy.

Radosław chwycił kufel, upił długi łyk. Chłodny chmiel orzeźwił go do końca i powiedział wprost:

Rozstałem się z Wiolettą.

Serio? Staszek aż uniósł brwi. Sama odeszła?

Nie. To ja tak postanowiłem powiedział spokojnie, i w kilku zdaniach opisał wczorajszy wieczór, wyrzucając z opowieści niepotrzebne emocje.

Staszek słuchał w milczeniu, tylko czasem skinął głową czy pobawił się kuflem. Po chwili uśmiechnął się z uznaniem:

Odważnie. Ostre zagranie, ale chyba sprawiedliwe. Na pewno masz stuprocentową pewność?

Mam Radosław oparł się z ulgą. Nie musiałem długo szukać.

I co teraz? Staszek przechylił głowę, w oczach szczera troska. To było ważne sprawdzić, czy przyjaciel znowu nie ugrzęźnie w marazmie, tylko naprawdę zacznie żyć.

Żyć odparł po prostu Radosław. Pracować, widywać się z wami, może w końcu na urlop się ruszę. A potem zobaczymy.

Brzmiał spokojnie, bez pozy, bez sztucznego tonu równie mocne w swej prostocie. Tak, jakby naprawdę już przestał szukać wymówek i zaczął żyć dla siebie.

I to jest dobre podejście Staszek klepnął go po ramieniu. A wiesz co? Moja kuzynka właśnie się przeprowadziła do Trójmiasta, organizuje tam wkrótce jazzowy festiwal. Chodź tam zrobimy mały reset? Na dwa dni muzyka, morze, świeże powietrze.

Radosław przymknął oczy, wizualizując szerokie ulice, nadmorskie bulwary, stare kamienice i dźwięki saksofonu unoszące się w powietrzu. Czemu nie? Pora zacząć myśleć o przyszłości, nie tylko oglądać się za siebie.

Jadę powiedział krótko. To nie było tylko przyzwolenie na małą przygodę to był krok naprzód, ciche przyznanie, że życie się nie kończy, tylko zaczyna.

Super! Staszek aż się roześmiał w głos. Tego ci brakowało. Przestań się zadręczać.

I nie było w tym tonu oceniania, tylko szczera radość. Radosław wiedział, że przyjaciel od dawna czekał, aż znowu zacznie patrzeć w przyszłość.

Uśmiechnął się z wdzięcznością. I poczuł, że rzeczywiście coś się w nim zmieniło; nie nagle i nie gwałtownie, ale jakby po długiej zimie przez śnieg przebijała się pierwsza trawa. To było nowe i dobre.

Tydzień później faktycznie pojechał do Trójmiasta. Festiwal okazał się strzałem w dziesiątkę nocami chodzili po urokliwych uliczkach, słuchali muzyki w ciasnych klubach i na świeżym powietrzu. Czasem jazz, czasem blues, młodzi muzycy zapraszali do eksperymentów wszystko mieszało się w jednym, letnim klimacie miasta.

Zaglądali do małych kawiarni, próbowali śmiesznych wypieków, porównywali smaki i śmiali się do łez z własnych wyborów. Raz schowali się przed drobnym deszczem pod daszkiem budki z grzańcem, patrząc na ludzi śpieszących z parasolami, a pewien facet w żółtym sztormiaku biegł tak śmiesznie z teczką że przez chwilę nie mogli opanować śmiechu.

Jednego wieczoru trafili do baru z widokiem na Motławę. Na zewnątrz powoli zapadał zmierzch, lampy odbijały się w wodzie, a z głośników sączył się leniwy jazz. Radosław uniósł szklankę, popatrzył w dal i nagle zdał sobie sprawę, że nie myśli o Wioletcie. Zupełnie.

Kiedyś jej obraz wracał do niego nawet w najbardziej przyziemnych sytuacjach. Teraz po prostu siedział, słuchał, czuł ciepło w sobie. I ta świadomość nie wymagała już żadnych uzasadnień.

Zamyśliłeś się rzucił z uśmiechem Staszek, unosząc kufel. W miękkim świetle jego twarz wydawała się odprężona, naprawdę obecna.

Po prostu Radosław wzruszył ramionami. Mam wrażenie, że pierwszy raz od dawna oddycham pełną piersią. Jakby przez całe miesiące wstrzymywałem oddech, a dziś mogę wreszcie wydechnąć.

Kątem oka oglądał za oknem ruch wieczornego miasta latarnie, tramwaje, śmiejących się ludzi, rozmawiających przez telefon, zakochanych idących pod rękę. Wszystko takie zwyczajne, a jednak tak piękne.

Staszek posłał mu serdeczny uśmiech, jak wtedy, gdy bliski człowiek w końcu obraca kartę.

I dobrze. Wypijmy za to, co przed nami.

Zdrowie, wypowiedziane prosto i szczerze, bez zbędnego patosu. Zderzenie szkła, które połączyło się z cichymi dźwiękami miasta za szybą.

Na zewnątrz ktoś grał na saksofonie czy to uliczny muzyk stanął właśnie dziś pod ich oknami, czy w sąsiednim barze ktoś puścił tę melodię? Rytm był niespieszny, rozkołysany jak ich nastrój wieczór, który niczego nie wymagał.

Radosław wziął mały łyk, poczuł przyjemne ciepło napoju, a jeszcze mocniej ciepło własnego wnętrza. To nie było pijaństwo. To było pewność, że wszystko naprawdę zmierza ku dobremu. Nie dlatego, że świat przestał stawiać przeszkody, ale dlatego, że nie bał się już patrzeć w przyszłość.

*************************

Po powrocie do domu nie wrócił od razu do własnych rytuałów. Zamiast tego zaczął powoli zmieniać codzienność. Coraz częściej wpadał do znajomych: wyskakiwał z kimś do kawiarni, proponował spacer po Łazienkach czy Starówce.

W końcu zapisał się na basen od dawna marzył, by pływać naprawdę, a nie tylko utrzymywać się na wodzie. Pierwsze zajęcia były zmęczeniem, ale z każdym tygodniem czuł, jak ciało robi się mocniejsze, a głowa coraz lżejsza. Woda koiła i uspokajała, zmywała resztki dawnych napięć.

A potem… kupił podręcznik do hiszpańskiego. Nie musiał uczyć się go do pracy po prostu od zawsze chciał próbować mówić w innym języku. Zaczął od podstaw, potem wciągnęły go filmy z hiszpańskimi napisami. Z każdym tygodniem zapisywał nowe zwroty, wsłuchiwał się w brzmienie obcych słów.

W pracy dostał nowe projekty wymagające, ale inspirujące. Szef chwalił, koledzy chętniej zapraszali do wspólnych wyzwań praca znowu dawała satysfakcję.

Od czasu do czasu koledzy ciągnęli go na grilla za miasto. W soboty całą paczką rozpalali ognisko, piekli kiełbaski, nabijali się z dawnych historii, snuli plany na przyszłość. Radosław brał w tym udział z dziecięcą radością smakowały mu te proste chwile: zapach dymu, szum drzew i śmiech, w którym nie było ani cienia spięcia.

Często bywał na seansach kina plenerowego w pobliskim parku. Brał koc, termos herbaty, rozkładał się na trawie. Czasem puszczali stare, przedwojenne filmy, czasem współczesne komedie czy dramaty. Uwielbiał te wieczory: świeże powietrze, ledwo kołysząca się trawa, muzyka miasta w oddali i delikatny śmiech publiczności. To tutaj czuł, że życie towarzyszy nie tylko przeszłości i przyszłości, lecz także właśnie tym drobnym momentom. I to było piękne.

Pod koniec jesieni, kiedy wieczory zrobiły się już zdecydowanie chłodniejsze, przyszedł na kolejny seans w parku. Tym razem wyświetlali starą polską komedię. Ludzie śmiali się, a on znów napawał się tą atmosferą miękkim światłem projektora, zapachem liści i ledwo słyszalnym z sąsiedniego baru zapachem grilla.

Po ostatniej scenie błąkał się jeszcze chwilę po alejkach, pakował swój koc i termos. Już kierował się ku wyjściu, gdy usłyszał delikatny kobiecy głos:

Przepraszam…

Odwrócił się. Stała przed nim drobna dziewczyna w grubym, puszystym szaliku, jasne włosy wymykały się spod beżowej czapki. Jej oczy iskrzyły się figlarnie, a usta wykrzywiał serdeczny uśmiech.

Widziałam, że przychodzisz tu co tydzień zaczęła nieśmiało. Jesteś kinomanem?

Radosław na sekundę zastygł, wchłaniając ten moment: cichy głos, otwarty uśmiech, pewność gestów. Odpowiedział tym samym, lekko się uśmiechając.

Zdecydowanie. Szczególnie cenię seanse pod gołym niebem. Wszystko wtedy jakoś bardziej do człowieka trafia i humor, i powaga.

Też tak myślę przytaknęła. W kinie rzędy ciszy i obcych twarzy, a tu jakbyś był uczestnikiem wydarzeń razem z bohaterami.

Zawahała się sekundę, a potem wyciągnęła dłoń:

Jestem Kinga.

Imię zabrzmiało znajomo, ale wcześniej znał kogoś tylko pobieżnie o takim imieniu. Uścisnął jej dłoń była ciepła, pewna, bez uścisku na pokaz.

Radosław.

Rozmowa potoczyła się naturalnie, jakby znali się już od dawna: o filmach, reżyserach, miejscach w mieście i ulubionych parkach. Kinga opowiadała, że dopiero się oswaja z nową dzielnicą, a już odkryła parę przytulnych zakątków. On dzielił się swoimi ulubionymi kawiarniami, księgarnią z antykwariatami, małą galerią trzy ulice dalej.

Czas płynął, światła w parku gasły, ale im nie śpieszyło się do domów.

W końcu Kinga spojrzała na zegarek i cicho westchnęła:

Powinnam już wracać. Jutro znowu wczesna pobudka.

Wtedy Radosław poczuł pierwszy raz od miesięcy impuls tej starej, nieśmiałej odwagi.

Może kiedyś skoczymy razem do kawiarni? Znam tu w okolicy miejsce, gdzie serwują genialne kakao i pyszne muffiny.

Kinga ożywiła się z radosną pewnością w głosie:

Z przyjemnością.

Szybko wymienili się numerami. To, co zwykle wydawało się formalnością, nagle nabrało wagi. Kiedy Kinga zniknęła za zakrętem, Radosław jeszcze chwilę patrzył jej śladem, potem ruszył wolno do domu, kieszenie miał pełne ciepłego powietrza i czegoś, co przypominało dobre nadzieje.

Rośli w nim nadzieja prosta, cicha, bez planowania, bez wymuszonych marzeń. Chciał tylko żyć i już wiedział, że właśnie w ten sposób każda codzienność może być naprawdę ciekawa.

************************

Nazajutrz Radosław obudził się z ledwo skrywaną iskierką ekscytacji. Padał drobny deszcz, po szybie ściekały leniwe krople. Mieszkanie było ciepłe i pachniało świeżą kawą. Sięgnął po telefon, nalał kawy do kubka, usiadł przy stole.

Bez zastanowienia napisał do Kingi: Hej, może kino w sobotę? Tym razem klasycznie w kinie, bo prognozy nie wyglądają dobrze na weekend. Wysłał i spróbował nie myśleć, jak bardzo zależy mu na odpowiedzi.

Odpowiedź pojawiła się niemal od razu: Jestem za. Ale proszę, wybierzmy coś wesołego uwielbiam się śmiać. Radosław uśmiechnął się, czytając te naturalne, przyjazne słowa.

Odłożył telefon, wychylił łyk kawy i spojrzał za okno na szare niebo. Nawet ten szary dzień nie wydawał się już ponury był w nim spokój i ciche oczekiwanie na nowe.

W tym samym czasie Kinga po powrocie z pracy wpadła do mieszkania, rzuciła buty w przedpokoju i położyła się na kanapie z telefonem w dłoni. Światło wyświetlacza rzucało na jej policzki miękką łunę przeczytała ostatnią wiadomość od Radosława i mimowolnie się uśmiechnęła.

Ciekawe, co z tego będzie szepnęła do siebie, nie do końca wiedząc, do kogo właściwie kieruje te słowa.

Nie miała pojęcia, co przyniesie ta znajomość. Może tylko sympatyczne wieczory, a może coś więcej. Ale już czuła w sobie to lekkie, miękkie podniecenie nie nerwowe, ale radosne, jak przed nieznanym, które nagle zaprasza do tańca.

W pracy wszystko jej się układało. Właśnie zakończyła trudny, wymagający projekt i otrzymała, oprócz gratulacji, zapewnienie dalszych zleceń. To budowało w niej poczucie pewności. Kiedy telefon znów zawibrował i pojawiła się wiadomość od Radosława, wiedziała już, że sobotni wieczór spędzi właśnie z nim.

Trzeba się zastanowić, co założyć powiedziała do siebie, jakby się trochę drażniła z własnym odbiciem.

Wyciągnęła najpierw kwiecistą sukienkę, potem wełnianą spódnicę, ale żadna nie pasowała na kino. Ostatecznie wybrała ulubione jeansy i miękki sweter w pastelowym kolorze. Niech będzie wygodnie postanowiła, zerkając w lustro.

Sobota była chłodna, ale pogodna. Dojechała do kina z wyprzedzeniem, żeby spokojnie wybrać miejsca i kupić popcorn karmelowy, jej ulubiony. W holu pełno ludzi: głośne rozmowy, dzieci bawiące się przy automatach, gwar. Wybrała środkowe miejsca tu najlepiej widać ekran.

Radosław wszedł po chwili. Od razu ją wypatrzył i podszedł z szerokim uśmiechem.

Cześć! Zawsze jesteś pierwsza?

Zawsze się niecierpliwię przyznała się z rumieńcem. Trochę się denerwuję.

Ja też powiedział szczerze. Ale to chyba dobre uczucie, prawda?

Kiwnęła głową, czując, jak napięcie powoli ustępuje miejsca entuzjazmowi.

Popcorn z karmelem to najlepszy wybór mrugnął, wskazując jej kubek. Ja zawsze wybieram ten smak.

Zaśmiała się perliście:

Więc już mamy coś wspólnego.

Rozmawiali jeszcze chwilę, zanim zgasło światło. Film był dokładnie taki, jak chcieli lekki, zabawny, ciepły. Śmiali się często, bywało, że dokładnie jednocześnie. Przerzucali między sobą spojrzenia szukając potwierdzenia: jasne, też to czuję.

Po seansie, kiedy światła rozjaśniły salę a ludzie zaczęli wychodzić, nie spieszyli się do wyjścia. Ruszyli w miasto wieczór był chłodny, ale miasto pulsowało ciepłem restauracji i świateł na ulicach.

Szli spacerem, rozmawiali o pracy, o książkach Kinga uwielbiała kryminały, Radosław ostatnio pasjonował się literaturą popularnonaukową o kosmosie. Rozmowa płynęła lekko jakby naprawdę znali się od lat.

A byłaś kiedyś za granicą? zapytał nagle.

Tak, byłam w Barcelonie odpowiedziała z iskrą w oczach. Wąskie uliczki, tapas, kolory Magia.

Teraz jeszcze bardziej ciągnie mnie do Hiszpanii rzucił z uśmiechem. A ty, dokąd marzysz, żeby pojechać?

Japonia wypaliła bez namysłu. Kultura, tradycja, sakura, technologia To musi być niesamowite.

Może kiedyś pojedziemy tam razem? rzucił, nawet się nie zastanawiając.

Kinga zatrzymała się na sekundę, spojrzała na niego i przytaknęła zmagając się z szerokim uśmiechem:

Byłoby super.

Zeszli na bulwar nad rzeką. Miasto cicho szumiało nocą, gdzieś z daleka dobiegała muzyka. Przystanęli nad wodą, patrząc na odbicia latarni. Czuła się spokojna, zadowolona.

Dziękuję za dzisiaj powiedziała cicho, patrząc mu w oczy.

Ja też dziękuję odparł łagodnie. Powtórzymy?

Chętnie popatrzyła ciepło.

Pożegnali się, a Radosław odważył się delikatnie ująć jej dłoń. Ciepło jej palców zostało z nim, gdy szła w stronę przystanku, a on jeszcze długo patrzył za jej sylwetką rozświetlaną przez miejskie latarnie.

Wiedział już to nie koniec. To początek. Początek czegoś nowego, lekkiego, pełnego nadziei.

************************

Za każdym razem, gdy o niej myślał, czuł w sercu zwyczajne szczęście. Bez wygórowanych oczekiwań. Bez presji. Po prostu: wszystko mogło się dopiero zacząć.

Oceń artykuł
TwojaCena
Bez zbędnych słów